Świat książek przeplata się w moim życiu z muzyką i teatrem. Nie jest to jednak kolejny blog z recenzjami - dzielę się tu moimi kulturalnymi inspiracjami i odkryciami, a także emocjami, które chociaż nieuchwytne, można próbować zamknąć w słowie.
środa, 15 listopada 2017

ilustrisZdarzają się takie poniedziałki, które odmieniają wszystko. Kiedyś już o tym pisałam - zmiana dekoracji. Dawniej mnie to przerażało - teraz przyjmuję to ze spokojem. Wszystko dobre i wszystko złe. Wszystkie odejścia i wszystkie powroty. Wszystkie zamknięte drzwi i obiecujące możliwości. 

Po prostu czasami zdarza się taki surrealistyczny poniedziałek, który jest jak przetarcie szyby. Nagle wszystko staje się jasne - co jest ważne, a co nie, którędy dalej pójść i jakie podjąć decyzje, o co się można wściekać, a o co nie warto. Co dalej robić. Kogo nazywać przyjacielem. 

Takie poniedziałki dają pewność, że nie można być pewnym, bo "pewność niepewna". Jedyne co można zrobić, to kochać. Póki czas. 

fot. ilustris.pl

23:17, blondyn_i_blondyna83 , Blondyna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 listopada 2017

targikrkPod koniec października po raz kolejny przekonałam się, że nie ma innej imprezy na świecie, która tak by mnie kręciła, jak targi książki. Pomimo tłoku, ścisku, braku tlenu, dzikich stad czytelników, długaśnych kolejek - było po prostu super. Duża w tym zasługa Kasi, która dzielnie torowała mi drogę :)

Same przygotowania do wyjazdu do Krakowa to była przyjemność - przeglądanie harmonogramu spotkań, planowanie, strategia - do kogo w pierwszej kolejności, do kogo później, na którym stoisku sprawdzić, czy są promocje. Na szczęście pojechał z nami Gazela, który wyposażony w odpowiednią listę dokonał błyskawicznych zakupów (w ogóle na zakupy najlepiej z Gazelą, przekonałam się o tym już wielokrotnie). Znalazł też optymalne miejsce do parkowania i tylko dzięki niemu nie staliśmy w korku przez godzinę, jak większość spragnionych czytelniczych emocji nieboraków. 

Jechałam do Krakowa głównie ze względu na Beatę Pawlikowską, której pogodne nastawienie do świata często pomaga mi rozpocząć nowy dzień, ale ten wyjazd całkowicie zdominował Eric Emmanuel Schmitt, autor kultowej książki "Oskar i pani Róża". Cóż za uroczy człowiek! Z wyglądu przypomina trochę poczciwego morświna, ale jak się odezwie (po francusku!), uśmiechnie, to po prostu oczu (i uszu) nie można od niego oderwać. Dostałyśmy się do niego tylko dlatego, że ochroniarze przepuścili nas w pierwszej kolejności - kolejka oczekujących była wprost gigantyczna. Później byłyśmy też na ogólnym spotkaniu, na które Eric przybył mocno spóźniony, bo nie mógł się przecisnąć przez tłum ;) Pięknie opowiadał o swojej najnowszej książce. W ogóle to jest piękny człowiek - do dzisiaj jestem pod wrażeniem. 

ees

Poza Schmittem udało mi się spotkać Piotra Adamczyka - Gazela dopytywał, czy to ten papież ;) Nie, nie ten :P Ten od "Domu tęsknot" i książki "Pożądanie mieszka w szafie", według mnie z dwóch znanych Piotrów Adamczyków - ten ciekawszy :)

kgNa stoisku u Katarzyny Grocholi zorientowałam się, że ona wydała całkiem nową powieść, a ja przytargałam do podpisu moje stare, zaczytane książki (Gazela, spoglądając na moją tasię z książkami: "Magda, czy na targi nie jedzie się po to, by kupować książki, a nie po to, by je tam zwozić?"). Pani Grochola jako jedyna wiedziała, jak obchodzić się z kimś tak nieruchawym jak ja i była w tym bardzo naturalna. Podobno pracowała kiedyś w szpitalu jako salowa. W każdym razie ewidentnie ma wprawę, wyczaiła, że nie podam jej książek, sama po nie sięgnęła, wyszła do mnie zza stoliczka, by zrobić zdjęcie, bardzo fajna, empatyczna babka. No i szybko znalazłyśmy wspólny temat, bo miała bardzo oryginalne skarpetki, które od razu zauważyłam i skomplementowałam - okazało się, że Pani Grochola (tak jak ja) ma słabość do ubrań, w których nikt inny by nie wyszedł ;)

U Pani Gutowskiej-Adamczyk, która w ostatnich latach wysunęła się na prowadzenie w kategorii "moja ulubiona autorka", było jak u mamy, tak rodzinnie i domowo :) Dostałam nawet ciastko z wróżbą i autografy na wszystkich tomach "Cukierni pod Amorem" (które też przytargałam z mojej osobistej biblioteczki).

mga

Na koniec prawie straciłam życie, przeciskając się do Janusza Leona Wiśniewskiego (tego od "Samotności w sieci") i po tym traumatycznym przeżyciu stwierdziłam, że chyba już czas na ostateczną ewakuację ;) Na szczęście jak zwykle mogłam skorzystać z gościnnej kanapy Eli (dziękuję!), odpocząć, posilić się i ruszyć do Tychów, a nie była to łatwa podróż, bo Bydlakiem kołysał orkan Grzegorz :) Na osłodę dostaliśmy od Eli najlepsze ciasto na świecie - wilgotne, pyszne, ze śliwkami i kawałkami czekolady. Niebo w gębie! 

mykrk

Relaks u Eli :)

Wczoraj rozpoczęły się targi w Katowicach, ale w ten weekend z książkami wygrał basen i Robert Kasprzycki. Zresztą nie chciałam się wystawiać na pokusę - w Katowicach zawsze jest mnóstwo antykwariuszy, u których można znaleźć prawdziwe literackie skarby... :) A ja na razie nie mogę inwestować w książki, tylko raczej... w dodatkową półkę na opasłe tomy ;)

sobota, 04 listopada 2017

Beata Pawlikowska napisała mnóstwo książek, zresztą tworzy je nieustannie i trudno za nią nadążyć ;) Czytam je niechronologicznie, ale systematycznie :) Łapię po prostu to, co akurat jest dostępne w bibliotece. 

Tak trafiłam na kolejną książkę z 2014 roku, która jest fragmentem całego cyklu. Tytuł "Jestem bogiem podświadomości" niespecjalnie do mnie trafiał. Trochę obawiałam się banałów. Ale jak zwykle było bardzo interesująco. 

Ujmujące jest to, że Beata Pawlikowska niczego nie nakazuje i nie zakazuje. Ona jedynie daje wskazówki, jak zmienić swoje życie. Wyjaśnia pewne mechanizmy i opisuje, jak sama borykała się z różnymi problemami. A na końcu podsumowuje, że każdy z nas może sobie egzystować, jak chce i nie robić nic, ale niech potem nie narzeka, że jest mu źle :) Logiczne, prawda?

jbpPawlikowska daje receptę, a kto i czy z niej skorzysta, to już nie jej sprawa. To świetny zabieg, bo czytelnik nie czuje się pouczany i tresowany. Czytanie tej książki to spotkanie z Przyjacielem, który dobrze nam radzi. 

Irytujące w tym poradniku są wtrącenia "O, Jezu". Ogólnie wstawkom około religijnym daleko jest do tradycyjnie pojmowanego chrześcijaństwa. Jeśli ktoś jest mocno wierzący, pewnie z wieloma tezami się nie zgodzi. 

Wszystkim innym serdecznie tę książkę polecam, bo poza życiową mądrością, wskazówkami i żółtymi karteczkami można w niej też znaleźć sporo informacji dotyczących żywienia. Przyznam, że nie spotkałam się jeszcze w literaturze z tak jasnymi i konkretnymi danymi na temat jedzenia. Beata Pawlikowska mówi wprost o tym, w jaki sposób pozyskuje się tanie produkty, co jest dodawane do przetworzonej żywności i w jaki sposób jesteśmy oszukiwani przez producentów i reklamy. Po tej lekturze apetyt na słodycze z hipermarketu znacznie spada, etykiety stają się bardziej zrozumiałe, a świadomość wzrasta. Jest to wiedza wstrząsająca, ale bardzo pożyteczna. I chociaż nadal od czasu do czasu pożeram śledzie z puszki czy prażynki, to wychodzę z założenia, że lepiej wiedzieć ;)

Czyta się szybko, sprzyjają temu rysunki, obrazki, notatki. Jest w tej książce dużo pozytywnej energii i prawdziwej troski o drugiego człowieka. Beata Pawlikowska pisze z serca i to po prostu się czuje. 

jaibeata

Z Beatą Pawlikowską na tegorocznych Targach Książki w Krakowie :)

W ostatnich miesiącach wpadłam w jakąś dziurę czasową i mentalnie nadal jestem na czerwcu. Tymczasem świat gna i wymaga podejmowania coraz to nowych aktywności - ani się obejrzę, a trzeba będzie szykować choinkę. Mój ukochany kalendarz ma coraz mniej kartek do zapisania, a wydaje mi się, że dopiero go kupiłam i otworzyłam na pierwszej stronie. 

Bardzo dużo pracuję i miałam chwilowe problemy z oczami, które odmówiły czytania czarnych znaczków na białym tle, przynajmniej w takich ilościach, jakie im serwowałam. Musiałam więc trochę odpocząć od komputera.

Mój pokój systematycznie zamienia się w mały składzik z książkami - walczą z nimi szminki i błyszczyki, które mam po prostu wszędzie, ale książki są cały czas na prowadzeniu. Czytam Jandę i Pawlikowską na zmianę, czasami wsiąkając w jakiś film, o którym piszą. Jeśli dodamy do tego fakt, że sezon teatralny mamy w pełni, to od razu widać, że jestem bardzo zajęta ;)

jesien

Co jeszcze robiłam, gdy mnie tutaj nie było? Zaliczyłam wakacyjny kurs rosyjskiego, przekonałam się, że nadal jestem rybą w wodzie, zrujnowałam auto mojego kuzyna (Tobiasz, wybacz), dowiedziałam się, że męski zarost pielęgnuje się przy pomocy węgla z Bieszczad (!!), zachwycałam się jesienią, biegałam po Katowicach, doświadczałam i porządkowałam moją bardzo zabałaganioną czasoprzestrzeń. 

I zrozumiałam, że choćby mi oczy wypadały, muszę pisać. Chcę pisać. Niezależnie od tego, ile spadnie na mnie obowiązków. Zrobiłam więc plan notek na bloga i odkopuję moje pomysły na książki. To nie jest czas na postanowienia noworoczne, ale staroroczne - owszem ;) A na pisanie to najlepsza pora roku. Może więc się uda. 

00:30, blondyn_i_blondyna83 , Blondyna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 października 2017

W związku z tym, że wczoraj byłyśmy z Kasią na naszym ulubionym kartoflu, przypomniała mi się pewna wakacyjna historia. 

A mianowicie: po powrocie znad morza Kasia opowiadała mi o swoich wrażeniach. 

- No, a w niedzielę byłam w pierogarni - powiedziała w pewnym momencie. 

- W pierogarni?! - zdziwiłam się. - Kasia, byłaś w Gdańsku, myślałam, że mi opowiesz o Długim Targu, Neptunie, chodzeniu po plaży, o morzu i tak dalej, a ty mi mówisz o pierogarni?!

- Ale to była zajebista pierogarnia - podkreśliła Kasia. 

No, tak. Zrozumiałe. Zwyczajną pierogarnię można sobie odpuścić. Ale zajebistej już nie. I pal licho Neptuna, w końcu do przyszłego roku nie zniknie, a z pierogarnią różnie może być :P 

jedzenie

Napis w jednej z gdańskich knajp. Fot. Kasia Kowieska, miłośniczka jedzenia

Tagi: Jedzenie
23:46, blondyn_i_blondyna83 , Całe życie z wariatami
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 października 2017

Na jednej z moich książkowych kupek "do przeczytania" znalazłam ostatnio powieść Anny Bojarskiej "Bóg pali cygara". Byłam akurat po kilku bardzo słabych pozycjach dedykowanych głównie kobietom i zastanawiałam się, czy na pewno chcę znowu czytać coś takiego. Niestety, współczesna polska proza dla kobiet jest bardzo monotematyczna, przewidywalna i tym samym nudna.

Tymczasem Anna Bojarska miło mnie zaskoczyła. W jej książce nic nie jest przewidywalne, bohaterowie długo ukrywają swoją tożsamość (nawet przed sobą nawzajem), są naprawdę wyjątkowi. Sama historia, gdyby ją streścić, jest banalna - ona i on, cudzoziemcy w Paryżu, w tle piękne widoki i krajobrazy, obydwoje poranieni, specyficzni i potrzebujący miłości. 

bogA jednak Anna Bojarska opowiedziała to w taki sposób, że od książki trudno się oderwać. Przede wszystkim dlatego, że - zwłaszcza na początku - trzeba się mocno skupić, by zrozumieć, kto jest kim i o co w tym wszystkim chodzi. Dużo w tej powieści dialogów, akcja jest dynamiczna, nie zdarzają się trudne do przebrnięcia dłużyzny. 

Wielki plus należy się też za erotykę, która (co ważne!) nie dominuje nad fabułą. Ostatnio jak grzyby po deszczu pojawiają się powieści zbudowane na schemacie akcja-seks-akcja-seks-akcja-jeszcze więcej seksu, przy czym seks opisany jest niczym wykopki na polu - w kółko to samo, bez polotu i wyobraźni. U Anny Bojarskiej o seksie czyta się z apetytem, bo jest sensualny i namiętny, pozbawiony rzemieślniczych, siermiężnych opisów kto, komu i gdzie. 

Podobało mi się również zakończenie, takie słodko-gorzkie, momentami bardzo zabawne, ale na pewno nie ckliwe i mdłe. Trudno osiągnąć w literaturze taki efekt. 

Czytałam z wypiekami, z zainteresowaniem i z prawdziwą przyjemnością. Jeśli literatura dla kobiet - to tylko taka. 

22:36, blondyn_i_blondyna83 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 września 2017

Brnęłam przez tę książkę niczym przez ciemny bór. I to nie dlatego, że jest kiepsko napisana, czy siermiężnie tłumaczona. Jest dobra, ale nasycona takimi treściami, że trudno się ją czyta przed snem. 

kair"Hipokryzja, rozpusta, zdradzone ideały" - czytamy na okładce "Kairu. Historii pewnej kamienicy" Alaa Al Aswany. Ja bym dodała jeszcze wykorzystywane kobiety, podstarzałych erotomanów, zdesperowanych gejów i terroryzm. Jest to mieszanka bardzo przygnębiająca, chociaż zapewne prawdziwa. 

Powieść wpadła mi w ręce niedługo po śmierci Magdy Żuk i uświadomiła mi, że Egipt, który dotychczas kojarzył mi się ze słońcem, wakacjami i luksusem, może być naprawdę niebezpieczny, zwłaszcza dla kogoś, kto nie zna tamtejszych "obyczajów". Z drugiej strony niewyobrażalne wydaje się, że niektórzy żyją tam na co dzień i muszą się po prostu podporządkować - chcą, czy nie chcą.

Oprócz ciekawostek dotyczących współczesnego Egiptu, można w tej książce znaleźć cały wachlarz uczuć i emocji. Miłość, namiętność, zdradę, chęć zemsty, a nawet tragikomiczny konflikt między bratem i siostrą. Bohaterów jest kilku, akcja wartka, ale tak jak pisałam - optymistyczny akcentów w "Kairze" jest niewiele. 

Kto odważny, ten czyta. Mnie raz wystarczyło i na pewno już do tej książki nie wrócę. 

23:32, blondyn_i_blondyna83 , Recenzje
Link Komentarze (1) »
czwartek, 14 września 2017

Wielkimi krokami zbliżają się Targi Książki w Krakowie, a ja tu mam jeszcze dla Was stosik zdjęć, trochę informacji i mnóstwo dobrych wspomnień z majowych Targów Książki w Warszawie. Minęło mnóstwo czasu, wiem, bieżące informacje nie są mocną stroną tego blogu ;) Ale bardzo miło się pisze o tamtych, wiosennych dniach, gdy za oknem jest zimno, ciemno i jesiennie. 

targiwawa

Muszę przyznać, że od wielu lat marzyłam, by stanąć przy tym wejściu. Zawsze, gdy oglądałam/słuchałam relacje z warszawskich targów, chciałam być tam, w centrum wydarzeń, przeciskać się w tłumie, łapać książkowe okazje, mijać celebrytów, przeglądać nowości, biegać między stoiskami, by zdobyć autografy - po prostu poczuć to. No i w końcu się udało! :)

Oczywiście, można powiedzieć, że targi jak targi - takie same są w Krakowie czy Katowicach. Jest jednak parę różnic. Po pierwsze - liczba stoisk, straganów, budek z książkami na targach warszawskich jest po prostu miażdżąca. Trudno mi powiedzieć, ile czasu trzeba mieć, by chociaż pobieżnie zobaczyć wszystko. Nie wiem, czy to jest w ogóle możliwe. Już przed stadionem dostępne były używane książki u antykwariuszy. A w środku można było dostać oczopląsu. 

Dobrze więc, że wypisałam sobie pisarzy, do których chciałam dotrzeć. Nurowska, Rusinek, Zagajewski, poza tym Biedroń i jeszcze kilku, na których ostatecznie zabrakło mi czasu, bo przemieszczanie się (zwłaszcza na wózku) w tym dzikim tłumie zajmowało nam mnóstwo czasu i energii. I to jest następna różnica - liczba zwiedzających. Szpilki nie wetkniesz, wszyscy chodzą sobie po głowach, kolejki kilometrowe. Ale - co trzeba zaznaczyć - stałyśmy tylko w jednej. Okazało się bowiem, że niepełnosprawni mają pierwszeństwo. 

kolejka

Poza tym ogromne przestrzenie. Trochę czasu zajęło nam prześledzenie mapki i zlokalizowanie konkretnych stoisk, a także kierunek poruszania się w tym morzu ludzi.

Najbardziej ciekawa byłam Zagajewskiego, o którym dawno temu uczyłam się na studiach. Może nie powinnam się przyznawać, ale nie miałam pojęcia, że on wydaje też prozę. A na targach jegokoziolek książki były... po 10 zł! Skorzystałam.

Najmilej było u Biedronia :) Nie zawiódł mnie, w życiu jest równie sympatyczny i otwarty, co w internecie. Od razu zagadał mnie i dziewczyny, które mi towarzyszyły, zrobił sobie z nami zdjęcie i wrzucił na swoje Instastory (przy okazji dowiedziałam się, co to takiego :P). 

Pani Nurowska bardzo rozmowna, ale ja już byłam na wykończeniu i za wiele nie pogadałyśmy. Rusinek - jak zwykle - elegancki, uprzejmy, ujmujący. 

Niestety, ze względu na ograniczony czas nie udało mi się dotrzeć na spotkanie z prof. Bralczykiem. Natknęłam się natomiast na idola mych dziecięcych lat - Koziołka Matołka, dowiedziałam się, kim jest Filip Chajzer (cóż za miły człowiek!), na własne oczy zobaczyłam opaleniznę Zygmunta Chajzera i bezgranicznie zakochałam się w aktorze, Marku Bukowskim (w telewizji widać, że jest przystojny, ale na żywo...!). Jednym słowem - wrażeń było pod dostatkiem. Książek też, musiałyśmy kombinować, by niczego nie gubić po drodze, bo byłam na normalnym wózku i ktoś musiał mnie pchać, a wszystkie trzy nieźle się zaopatrzyłyśmy ;) 

Więcej zdjęć do obejrzenia na moim facebookowym profilu. Zbieram siły na Kraków - kolejne święto książki już 26 października :) 

Dziękuję Kasi i Eli za ten fajny czas i spełnione marzenie :) Naprawdę warto tam było być!

fot. Kasia Kowieska, Ela Kamińska

poniedziałek, 11 września 2017

Recenzja ukazała się w czasopiśmie "Guliwer" nr 2/2017:

Niektóre książki dla dzieci czyta się nie tylko z zachwytem i zainteresowaniem, ale też z prawdziwym podziwem. Tak jest w przypadku "Detektywów z klasztornego wzgórza" Zuzanny Orlińskiej, powieści wydanej przez Wydawnictwo Literatura w serii „A to historia!”. Wiele tu faktów i szczegółów, które świadczą o tym, jak dużo pracy i zaangażowania autorka włożyła w ten utwór. 

„Pisząc, korzystałam z mnóstwa książek, dzienników, wspomnień, fotografii, stron internetowych i z ówczesnej prasy. Zdarzało mi się sprawdzać w gazetach z maja 1930 roku prognozę pogody na kolejne dni – tak bardzo zależało mi, żeby wszystko wyglądało jak w rzeczywistości”  – przyznała we wstępie Zuzanna Orlińska. Dlatego powieść ta jest prawdziwą podróżą w czasie. Poza tym nie tylko dostarcza rozrywki na wysokim poziomie, ale jest też nietypową i bardzo przyjemną lekcją historii. 

detektywiJestem więc pełna podziwu, bo "Detektywi…" nie są zwyczajną, miłą i lekką książką dla dzieci. To prawdziwe arcydzieło, które spodoba się każdemu małemu czytelnikowi, a wprawi w zachwyt tych milusińskich, którzy już się w czytaniu „zaprawili” i lubią literaturę z wyższej półki. 

Jest w tej książce wszystko, co podoba się dzieciom – przyjaźń, przygoda, tajemnica. A poza tym pojawiają się wątki typowo kryminalne, takie jak porwanie, uwięzienie i działalność przebiegłych złoczyńców. Sporo w niej zwrotów akcji, bo oto dwoje młodych bohaterów – Bronka i Jerzyk, podejmują się rozwikłania skomplikowanej zagadki. Tylko oni zauważają, jakie zagrożenie wisi nad ich rodzinnym miastem – Czerwińskiem. Niestety, nikt nie bierze pod uwagę ich ostrzeżeń i podejrzeń. Nikt poza samym… Kornelem Makuszyńskim. 

To kolejny zabieg, który sprawia, że powieść ta jest niezwykle wartościowa – pojawiają się w niej autentyczne postacie. „Większość bohaterów tej książki żyła naprawdę, choć w powieści czasami przeżywają wymyślone przygody”  – przyznała autorka i na końcu dodała noty historyczne dla szczególnie zainteresowanych czytelników. Poza krótkimi informacjami biograficznymi są tam zamieszczone również wyjaśnienia, jak na przykład te dotyczące księdza Twardowskiego, który jako chłopiec wybrał się do Kornela Makuszyńskiego i został odprawiony z kwitkiem. Ta historia także została barwnie opisana i wpleciona do fabuły.

Zaprezentowanie tak znanych postaci jak Bolesław Leśmian czy Kazimierz Wierzyński wymaga nie tylko doskonałej znajomości ich losów i przyzwyczajeń, ale też czasów, w których żyli. Na kartach powieści, poza głównymi bohaterami, bardzo często pojawia się też wspomniany Kornel Makuszyński – wyjątkowy przyjaciel dzieci. Pisarz nie został tu w żaden sposób wyidealizowany, wręcz przeciwnie, pokazano jego chwile słabości, a nawet kompleksy. Zapewne Zuzanna Orlińska doskonale się bawiła, wymyślając mu śmiałe i momentami bardzo niebezpieczne przygody. 

Na początku książki zamieszczono mapę Czerwińska, a na końcu – stare zdjęcia. Można dokładnie prześledzić, jakimi trasami przemieszczali się bohaterowie i gdzie toczyła się akcja. Wydanie odpowiada więc temu, jak szczegółowa jest treść.

"Detektywi z klasztornego wzgórza" to jedna z tych książek, która łączy w sobie walory literackie i edukacyjne, jest też doskonałą odpowiedzią na to, czego oczekują młodzi czytelnicy. Jestem przekonana, że żaden z nich nie będzie zawiedziony tą lekturą.

niedziela, 10 września 2017

Mało jest tak sympatycznych rzeczy jak literacka paczka-niespodzianka :) Dostałam taką od wydawnictwa Edycja Świętego Pawła, a w niej - same cudeńka!

Przede wszystkim - codziennik, czyli coś pomiędzy książką a kalendarzem. Stawia się go na biurko i codziennie przerzuca jedną stronę. Codziennik z Edycji Świętego Pawła jest wypełniony złotymi myślami Antoine'a de Saint-Exupery'ego, którego cenię nie tylko za "Małego Księcia", ale też za "Nocny lot". Solidnie wykonany na pewno nie rozsypie się po roku, jest raczej do wieloletniego użytku. Karty są mocne, dobre jakościowo, pięknie ilustrowane i nasycone kolorami. 

Dzięki temu gadżetowi codziennie rano czuję się jak mała dziewczynka i z emocjami podobnymi do tych, które towarzyszyły mi kiedyś przy kalendarzach adwentowych, przerzucam stronę :D Przekłada się je tak łatwo, że mogę to robić sama - mam więc dodatkową frajdę :) Dzisiaj trafiłam na taki cytat:

codziennik

Poza tym w paczce znalazłam też książeczki z cytatami autora "Małego Księcia" na każdą okazję - z życzeniami, dla przyjaciela, z wyrazami miłości, uznania i inne. Wydawnictwo Edycja Świętego Pawła ma ich w ofercie bardzo dużo - w twardych i miękkich oprawach. Są małe, ładne, niedrogie i wartościowe, idealne na prezent (na przykład zamiast czekolady lub kwiatów). Mogą też być subtelnym dowodem pamięci o kimś bliskim. Urzekły mnie od pierwszego wejrzenia :)

książeczki

książeczki2

twardowskiDo tego wszystkiego dorzucono jeszcze "Pytania codzienne na cały rok" ks. Jana Twardowskiego, czyli specyficzny kalndarz z krótką refleksją na każdy dzień. Książka niezbyt duża (można ją zawsze mieć przy sobie), pięknie wydana, w twardej oprawie, ze starannie dobranymi treściami. Świetna także dla tych, którzy niekoniecznie lubią poezję, ale mają tendencje do dłuższych lub krótszych rozmyślań na temat życia. W środku, pod każdym pytaniem jest trochę miejsca na własne notatki. 

Serdecznie dziękuję Agnieszce z Edycji Świętego Pawła za tak piękny prezent :) Z darów korzystam na co dzień, z dużą przyjemnością! A Czytelników (w ramach przygotowań do zimy) zachęcam do odwiedzin na stronie wydawnictwa, bo można tam znaleźć wiele wartościowych lektur - dla Was i dla Waszych bliskich :)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
Tagi