Świat książek przeplata się w moim życiu z muzyką i teatrem. Nie jest to jednak kolejny blog z recenzjami - dzielę się tu moimi kulturalnymi inspiracjami i odkryciami, a także emocjami, które chociaż nieuchwytne, można próbować zamknąć w słowie.
sobota, 02 marca 2019

Książki Izy Sowy są ze mną od bardzo dawna, mam ich sporo w mojej biblioteczce, niektóre z nich dostałam od samej Autorki, którą poznałam kilka lat temu w Krakowie dzięki Monice Szwai. To od Izy dostałam też kiedyś pocztówkę z sową, od której rozpoczęło się moje kolekcjonowanie sów. 

tymczasemCzasami mam potrzebę wracania do tych książek i wtedy też sprawdzam, czy Iza napisała coś nowego. Tak pod koniec zeszłego roku trafiłam na powieść Tymczasem. Muszę przyznać, że w tej "opowieści o kobiecie (nie zawsze) sukcesu" zatopiłam się z przyjemnością. 

Tymczasem to historia Monique, która pozornie nie ma powodów do narzekania (pracuje jako osobista stylistka), ale tak naprawdę jej życie składa się ze złudzeń. Doskonale wszyscy to znamy - z zewnątrz czyjaś egzystencja jawi się niczym bajka, ale gdy tylko przyjrzymy się jej bliżej, okazuje się, że to tylko gra pozorów. Sam początek opowiadanej przez Izę Sowę historii jest lekko naciągany (bohaterce odłączają prąd, postanawia więc spontanicznie wybrać się do Krakowa), ale można na to przymknąć oko, bo cała reszta fabuły jest świetna, dobrze opisana i zatrważająco znajoma. Bo kto z nas nie ma swojego "tymczasu", który zmienia się w sytuację trwającą latami? Kto z nas nie przekonał się, jak długo trwa czasami "tymczasem"? 

Jest w tej książce wiele niepokoju i beznadziei, braku perspektyw i poczucia straconych szans. Narracja Izy Sowy jest zawsze neurotyczna, taka, że podczas czytania wyczuwa się lekkie nerwowe napięcie. Jednak w Tymczasem (co mnie zaskoczyło!) jest też odrobina optymizmu, a bohaterka nie pogrąża się w bagienku, tylko postanawia coś w swoim życiu zmienić. 

Wiele się w tej powieści dzieje, czyta się szybko i refleksyjnie, bo nie sposób nie odnieść całej tej historii do własnych doświadczeń, przemyśleń i realiów współczesnego świata. 

Na koniec jeszcze mój ulubiony cytat z tej powieści:

"Ja się od niczego nie odcinam. (...) Biorę od życia, co mi daje. Kopniaki, całusy, łakocie i witaminy. W końcu zawsze mogło być gorzej"

Czyż nie mówiłam, że w Tymczasem bywa optymistycznie? W dobie łudząco do siebie podobnych, napisanych bez polotu powieści o miłosnych i erotycznych podbojach, ta książka naprawdę się wyróżnia. Iza, czekam na więcej! :)

środa, 27 lutego 2019

Kinga Dębska znana jest przede wszystkim jako reżyserka "Moich córek krów". Właśnie w związku z tym filmem pojawił się z nią wywiad (o ile dobrze pamiętam w "Twoim stylu"), na który trafiłam i pomyślałam sobie, że to musi być fajna babka. 

Lubię jej wrażliwość i szczerość, takie odzieranie rzeczywistości z szat, ale bez epatowania przemocą, agresją i niepotrzebną golizną. Jej twórczość jest bardzo życiowa, nieprzesadzona i pod wieloma względami - moja. 

Film "Moje córki krowy" nie zrobił jednak na mnie tak wielkiego wrażenia, jak na krytykach. Był dla mnie zbyt mało trójwymiarowy. Natomiast książka wydana pod tym samym tytułem - delicje. Pisałam o niej tutaj

Rok temu z okazji moich urodzin trafiłam do kina na kolejny film Kingi Dębskiej pt. "Plan B", w którym można zobaczyć m.in. Marcina Dorocińskiego i Kingę Preis. Scena, w której Marcin Dorociński je posiłek z psem Kotletem, trafiła na listę moich ulubionych filmowych scen. Cały film jest świetny, a promująca go piosenka "Jeszcze w zielone gramy" w całkiem nowej odsłoniewywołuje u mnie zawsze dreszcz i napędza do działania, gdy już ledwo ciągnę. Posłuchajcie:

Kiedy więc dowiedziałam się, że Kinga Dębska będzie promować swój nowy film "Zabawa, zabawa" w katowickim kinie Rialto, natychmiast zakupiłam bilety i zawiadomiłam znajomych. W ten sposób wybraliśmy się na pokaz całkiem sporą ekipą.

rialto

A w Rialcie - jak widać na załączonym obrazku - jak w domu :) Uwielbiam klimat tego kina, możliwość kupienia herbaty w dzbanku i delektowania się winem. Im częściej bywam w Rialto, tym mniej odpowiada mi popcornowy zapach Multikina. Kinga Dębska też była zachwycona charakterem tego miejsca. 

Wieczór był przemiły, a film świetny, ukazujący alkoholizm w kobiecym wydaniu. Najbardziej zachwyciła mnie w nim Dorota Kolak, którą dotychczas widywałam tylko w serialach. Tu zagrała bardzo trudną rolę, w której pod wieloma względami musiała się obnażyć (bo żadna kobieta po pijaku nie wygląda dobrze, a im starsza, tym gorzej). Doskonale zagrała też (jak zwykle!) Agata Kulesza. Można powiedzieć, że Kinga Dębska postawiła w tym filmie na dojrzałość, ale pojawia się w nim też wątek młodej dziewczyny, którą zagrała jej córka.  

Po pokazie odbyło się spotkanie z reżyserką - można było zadawać pytania, a mnie udało się zdobyć autograf w kolejnej książce jej autorstwa pt. "Porozmawiaj ze mną" i zamienić kilka słów. Czekam na serial "Szóstka", który Kinga Dębska wyreżyserowała dla TVN i mam nadzieję, że będzie tak dobry, jak jej filmy. Książka oczywiście już przeczytana (dobra!), a recenzja niebawem :)

kingadebska

Z Kingą Dębską. Fot. Sylwia Ptasińska

piątek, 22 lutego 2019

Zapisałam się do specjalisty, który sprawdzi, czy uda mi się podać lek na zanik mięśni. 

- Jak powie, że chujnia z grzybnią, to po sprawie - wyjaśniam Gazeli, który wybiera się ze mną na tę szałową wycieczkę. 

- Jak powie, że chujnia z grzybnią, to pójdziemy na frytki. A jak powie, że spoko, to też pójdziemy. 

Plan więc już jest - i to niezależny od okoliczności. Jak dobrze, że obok mam osoby, które tak świetnie rozumieją moje życiowe priorytety. 

To gdzie w Zakopanem można zjeść dobre frytki? Czekam na info :)

gazela

Z Gazelą :)

poniedziałek, 11 lutego 2019

Debiutancka powieść Marzeny Rogalskiej "Wyprzedaż snów" wpadła mi w ręce w wakacje. Miała odpowiedni format, by zabierać ją na spacery dookoła jeziora, a i treść wydawała się idealna do czytania w pełnym słońcu :) 

wyprzedażPoczątek był zachęcający - główna bohaterka po latach wraca do Krakowa. Motyw powrotu mocno zużyty, ale mnie osobiście nadal on pociąga i fascynuje. Czytałam więc z zainteresowaniem, bo Kraków kocham, a książka jest napisana z iście epickim rozmachem. Żadne tam pójście na skróty - szczegółowe opisy, dopracowane postaci. 

Ale w pewnym momencie powieść ta zamienia się w bajkę dla mocno wyrośniętych panienek, bo okazuje się, że Agata rozdaje swoim przyjaciołom wyśnione i zapisane przez siebie na karteczkach sny, a te stają się wskazówką do spełnienia marzeń każdego z nich. Sny są oczywiście idealnie dopasowane do konkretnych osób, a marzenia spełniają się w rekordowym tempie (im bliżej końca książki, tym szybciej się urzeczywistniają). Końcówkę czytałam już z czystej przyzwoitości, bo nie lubię odkładać niedoczytanych książek. Im bliżej finału, tym bardziej miałam wrażenie, że Autorce też się zaczęło spieszyć, bo epicki rozmach jakoś stężał, a poszczególne wątki były omawiane i kończone w ekspresowym tempie. 

Ogólnie - nie podobało mi się. A szkoda, bo styl Rogalska ma świetny i gdyby nie "baśniowe" wstawki, miałaby we mnie wierną fankę. Odpowiada mi też jej poczucie humoru i wrażliwość, wypisałam więc sobie z tej książki kilka cytatów. 

I teraz mam dylemat, bo na mojej domowej kupce "Do przeczytania" leży... druga powieść Rogalskiej "Gra w kolory". Cały czas się zastanawiam, czy ją czytać, czy od razu "przekazać dalej", ale coś czuję, że ciekawość zwycięży ;) 

niedziela, 10 lutego 2019

Trzeba mieć wielką odwagę, by w Polsce mówić o Żydach, bo chociaż tyle lat minęło od Holocaustu, nadal jest to temat delikatny. Dla jednych z tego względu, że są antysemitami (a jednak oficjalne stanowisko jest takie, że antysemitą być nie wypada), a dla drugich - bo wciąż uważają, że to zbyt bolesne.                                 

Dwie damy, które niezwykle cenię (Magda Umer i Krystyna Janda), sięgnęły jednak po wspomnienia żydowskiej dziewczyny i zrobiły taką sztukę, że nikt nie może przejść obok niej obojętnie. Sabina Baral wyemigrowała z Polski w 1968 roku i o tym opowiada w swoich "Zapiskach z wygnania" - o swoich przeżyciach i o tym, co się działo z tymi Żydami, którzy ocaleli po wojnie. 

Przyznaję - nigdy wcześniej nie słyszałam o tym, że pod koniec lat 60. Żydzi byli wyrzucani z Polski (a zdawałam maturę z historii i sporo o Żydach czytałam). Może dlatego to przedstawienie było dla mnie takie wstrząsające. Bo jak można wyrzucać z domu ludzi, którzy cudem przeżyli wojnę i dopiero co zaczynali dochodzić do siebie po traumie?

zapiski baral

Krystyna Janda, jak wiadomo, nie ma w sobie nic z żydowskiej dziewczyny. A zagrała tak, że już po kilkunastu minutach zapomniałam, kim ona tak naprawdę jest, miałam ochotę ją pocieszać, wspierać i przepraszać za tamtych, którzy szykanowali jej rodzinę i skazali ich na tułaczkę. Widziałam Krystynę Jandę na żywo kilka razy i to jest po prostu magia - ona zamienia się w postaci, które gra i cały czas skupia uwagę widzów. Nie ma ani chwili na jakieś tam zamyślenia czy rozważania, co jutro zrobić na obiad, bo cały czas są emocje.

Tak było i tym razem. Widziałam osoby, które wychodziły z sali i płakały, ale też takich, którzy ewidentnie mieli wypisane na twarzy, co myślą o takich antypolskich przedstawieniach. Bo ono faktycznie trochę antypolskie jest. Ale jest też prawdziwe, oparte na relacji kogoś, kto tamte wydarzenia przeżył. Kto cierpiał. I kto dzisiaj nie darzy Polski jakimś wielkim sentymentem ----> warto obejrzeć wywiad z Sabiną Baral w Dzień Dobry TVN

Spektakl jest zrobiony mistrzowsko. Krystynie Jandzie towarzyszy zespół. Zamiast scenografii są videoprojekcje. Wszystko ascetyczne i poruszające najwrażliwsze struny ludzkiej duszy (nie wiem, czy każdej, ale mojej na pewno). To po prostu trzeba zobaczyć - choćby po to, by wyrobić sobie opinię na temat. 

01:08, blondyn_i_blondyna83 , Teatr
Link Komentarze (4) »
środa, 07 listopada 2018

Czasami wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że twój ukochany samochód dokonał żywota, a potem nadchodzi poniedziałek, dzwoni mechanik i okazuje się, że wystarczyła mała naprawa, a samochód jest już do odbioru. Jupi!

Czasami masz kiepski nastrój (bo wiadomo: samochód), a w perspektywie tydzień wypełniony po brzegi obowiązkami, a potem przychodzi poniedziałek i wygrywasz w Radio Katowice bilety na koncert Meli Koteluk, na które na pewno w tej chwili nie byłoby cię stać.

Chyba zacznę lubić poniedziałki :) 

 

happykato

Wczorajsza radość w Katowicach

Na Melę wybierałam się już dawno, ale zawsze coś było nie po drodze - brakowało czasu, kasy albo towarzystwa. Tym razem się udało :) Koncert odbywał się w dawnym Górnośląskim Centrum Kultury - sala nieco mroczna, wszystko jakby z poprzedniej epoki i lekko zakurzone, światło przytłumione, a sufit wzbudzający mało zaufania. Ale Mela dała radę :) Jest niezwykła, przypomina mi neurotycznego krasnala. Ubrana w czerwony, nieco za duży kostium wzbudziła we mnie dużo sympatii. A jej muzyka - wiadomo - różni się od powszechnej, popowej papki i przenosi słuchacza w inny wymiar. Dobrze było tam być, zatopić się w dźwiękach i zapomnieć o wszystkim :)

Radio Katowice, serdecznie dziękuję! 

W drodze powrotnej jogging na przystanek z Aliną (Alina, zważywszy na szpilki - podziwiam!), a potem godzina opowieści o nieplanowanej ciąży w autobusie (miejska komunikacja zawsze zapewni ci rozrywkę). 

Jaki z tego wniosek? Nawet poniedziałek może pozytywnie cię zaskoczyć :) A dalej będzie tylko lepiej!

sobota, 03 listopada 2018

Umawiamy się z Moniką, moją kuzynką, na zakupy. "No, to możemy jechać z rana, gdzieś tak o 13" - pisze mi Monika na Messengerze. 

:D :D :D

spanie

Ostatnio umówiłyśmy się na 14.30 do kina i ostatecznie zamiast na filmie wylądowałyśmy w pizzerii, bo żadna z nas "rano" nie zdążyła zjeść śniadania ;) Genów nie wydłubiesz.

zmonią

Z Monią latem na Paprocanach.

poniedziałek, 29 października 2018

oknabitMiało być słowo na niedzielę z Ojcem Knabitem, ale niedziele u mnie zawsze mijają zbyt szybko, piszę więc w poniedziałek (robiąc wyjątek, bo w poniedziałki jestem bardzo zmęczona i nie piszę nic;).

Książkę Ojca Knabita "Młodość to nie tylko wiek. Młodość to stan ducha" z dedykacją (!) dostałam w prezencie (dziękuję!). Jak to bywa u mnie, swoje odleżała, sięgnęłam po nią dopiero podczas ostatniego, jesiennego pobytu na Ruince. Przeczytałam ją migiem, w jeden wieczór, opatulona kocem, przy akompaniamencie trzaskającego w piecu ognia. Było miło, jak się domyślacie ;)

Publikacja została wydana z okazji Światowych Dni Młodzieży i zawiera motywatory Ojca Leona. Muszę przyznać - nie wszystkie były dla mnie motywujące, a te z założenia zabawne nie zawsze mnie śmieszyły. Ale było parę myśli, haseł, cytatów, nad którymi się zatrzymałam. Lubię Ojca Knabita - po prostu. Udało mi się kiedyś zamienić z nim parę słów na Targach Książki w Krakowie - to naprawdę niezwykły, charyzmatyczny człowiek. Dlatego przeczytałam, chociaż nie zgadzam się z niektórymi jego poglądami. Ale szanuję, bo uważam, że wiele dobrego zdziałał i to nie tylko dla kościoła katolickiego.  

Książkę czyta się szybko, bo składa się z krótkich wypowiedzi i wywiadów. Czy miała szansę dotrzeć do młodych ludzi? Nie wiem. We mnie zostawiła dobre wspomnienia, ale ja już młoda jestem tylko duchem ;) Idealna na jesienny wieczór, na porządkowanie wartości, na chwilę refleksji. 

22:26, blondyn_i_blondyna83 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 października 2018

Historia z ogórkami w roli głównej wydarzyła się latem, ale warto do niej wrócić dzisiaj, kiedy za oknem deszcz i chłód. 

Jechałam sobie pewnego wieczoru samochodem na wieś i myślałam o ogórkach. Że mogłam je kupić przed wyjazdem i poprosić, by Mama zrobiła mi małosolne. Marzyły mi się bardzo, takie pachnące i chrupiące. Na wieś jedzie się długo, około dwóch godzin, a one cały czas chodziły mi po głowie. 

wies2018Przyjechałam na miejsce, poszłam spać, wstałam w południe, poleżałam w wannie, a następnie poszłam na spacer i po przejechaniu bardzo krótkiego dystansu spotkałam... chłopa z ogórkami, który stał przy drodze. Nie, nie sprzedawał ogórków, po prostu sobie stał. Spojrzał na mnie i rzekł:

- Mam dla pani ogórki. Prosto z pola. 

Prawie spadłam z wózka! Próbowałam mu wytłumaczyć, że jadę na spacer i nie mam gdzie zabrać ogórków, że może wpadnę po nie następnego dnia i zapłacę (nie miałam przy sobie ani grosza, a głupio mi było je brać za darmochę), ale on się uparł, wypakował część rzeczy, które miałam w torbie zawieszonej na wózku, upchał mi je po bokach, a do torby wsadził ogórki i koper.

Trudno w to uwierzyć, ale koper też dla mnie miał!

Zawróciłam do domu, bo przecież nie będę jeździć po wsi z ogórkami prosto z pola ;) A potem skoczyłam do Cioci Uli, opowiedziałam jej tę historię i dostałam gotowe ogórki małosolne. Takie, o jakich marzyłam. Pachnące czosnkiem. Pycha!

Jaki z tego morał? Że życie jest czasami fantastycznie nieprzewidywalne. Nikt nie wiedział, że chodzą za mną ogórki. Nikomu się z tego nie zwierzyłam. Tymczasem one na mnie czekały, po prostu. Dlatego czasami nie warto dywagować i kombinować. Życie i tak da nam to, czego najbardziej potrzebujemy - nawet jeżeli są to tylko ogórki ;) 

Fot. Lato na Ruince. 

21:28, blondyn_i_blondyna83 , Blondyna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 23 października 2018

Pierwsze, co zlokalizowałam nad morzem (oprócz Bałtyku, smażalni i budki z bardzo fajnymi i tanimi ubraniami ;), to półka z tzw. wolnymi książkami, które każdy mógł sobie wypożyczyć, przeczytać i oddać. Znalazłam tam dwa tomy "Wieku samotności" Marii Nurowskiej i skuszona nazwiskiem autorki, zabrałam je sobie do czytania (chociaż z domu przywiozłam oczywiście kilka innych lektur). Kiedyś, też podczas wakacji, przypadkiem trafiłam na "Rosyjskiego kochanka" Nurowskiej i (jakkolwiek to brzmi) utknęłam z nim na 1,5 dnia w łóżku. Był naprawdę niezły ;)

zaczytana"Wiek samotności" okazał się równie wciągający - tym bardziej że tłem wydarzeń była burzliwa historia naszego kraju, a ja bardzo lubię wątki historyczne! Muszę przyznać, że czytałam głównie przy śniadaniu, ale raz zarwałam też kawałek nocy. Jednak całości nie udało mi się pochłonąć, książki oddałam grzecznie (aczkolwiek z wielkim żalem) na półkę, wróciłam do domu i postanowiłam tom drugi wypożyczyć w tyskiej Mediatece. 

Jakież było moje rozczarowanie, gdy okazało się, że w moim mieście ta książka jest "zaczytana", wycofana z obiegu i niedostępna! Byłam bliska zakupienia "Wieku samotności" na Allegro, ale pogrzebałam w Internecie i okazało się, że trzy tomy "Panien i wdów" Nurowskiej z 2007 roku (Wydawnictwo WAB) to dokładnie to samo, co dwa tomy "Wieku samotności". A "Panny i wdowy" były dostępne! Ważny jest rok wydania, bo na podstawie książek powstał serial, film i wydano też jakieś wersje zmienione oraz okrojone. 

Historia "Panien i wdów" sięga aż powstania styczniowego i 1863 roku. Losy bohaterek śledzimy do początku lat 90. Jak wszystkim wiadomo, w tym przedziale czasowym dużo się w naszym kraju działo. W rodzinie Lechickich - również. 

Umiejętnie prowadzona fabuła splata wątki historyczne i dzieje kolejnych pokoleń kobiet, dla których punktem odniesienia jest rodzinna siedziba - pałac w Lechicach. Sporo jest tu patosu i martyrologii, bohaterki (jak to mają w zwyczaju polskie kobiety) często same sobie komplikują życie, ale czyta się (zwłaszcza pierwsze tomy) jednym tchem. Ostatnia część, jak dla mnie, jest najsłabsza.

Wielkim atutem tej sagi jest obiektywne spojrzenie na historię, a nie powielanie polskich mitów. W "Pannach i wdowach" mówi się na przykład o tym, że nie wszyscy powstańcy warszawscy byli święci. Poza tym autentyczność tej książki uratowała jedna z bohaterek, Susanne, która w pewnym momencie mówi do swojej siostrzenicy: "Twoich rodziców zniszczyła idea, którą sobie po kolei wbijacie do głowy. A trzeba po prostu żyć! Trzeba przeżyć życie do późnej starości, poznać jego smak, a potem umrzeć po ludzku, we własnym łóżku". Tym samym dla przeciwwagi miłości ojczyzny mamy miłość własną - i jest to według mnie bardzo zdrowe podejście.

Ale "Panny i wdowy" to nie tylko historia i wielkie, dziejowe wydarzenia. To również romanse, namiętności, kobiece rozterki, zawiedzione miłości. Jest o czym czytać. Ja czytałam z przyjemnością i Wam też polecam :)

fot. Z trzema tomami "Panien i wdów" upolowanymi w tyskiej Mediatece. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16
Tagi