Świat książek przeplata się w moim życiu z muzyką i teatrem. Nie jest to jednak kolejny blog z recenzjami - dzielę się tu moimi kulturalnymi inspiracjami i odkryciami, a także emocjami, które chociaż nieuchwytne, można próbować zamknąć w słowie.
wtorek, 24 lipca 2018

zaureliaPodczas moich majówkowych wojaży odwiedziłam jak zwykle Częstochowę. Była to tym bardziej miła wyprawa, że umówiłam się na pogawędkę z Panem Mygą, bratem Haliny Poświatowskiej. Zostałam zaproszona do ogrodu, w którym Haśka spędzała mnóstwo czasu, a w którym teraz stoi klimatyczna altanka i po którym biega młody, rozszczekany, przeuroczy jamnik Aurelia. 

To było sympatyczne, leniwe popołudnie spędzone przy herbatce, wypełnione opowieściami i wspomnieniami. Panie Zbigniewie, dziękuję serdecznie za gościnę! :) Jak zwykle czas płynął zbyt szybko i jak zwykle nie chciało mi się wychodzić. 

W prezencie od Pana Zbigniewa dostałam małą, zieloną książeczkę, którą przeczytałam od razu po powrocie na Ruinkę. Jest to opracowanie Bożeny Gorskiej "Rola Pani Hiob nie była dla niej". Znajdziemy w nim na wstępie bardzo interesujące porównanie losów dwóch poetek, które uczęszczały do tego samego collegu, ale nigdy się nie spotkały - Haliny Poświatowskiej i Sylvii Plath. "Dwie introwertyczne analityczki własnego wnętrza. Jedna dążąca do samounicestwienia, druga - do życia" - pisze Gorska. 

Jednak głównym tematem jest oczywiście Poświatowska, jej życie i twórczość. Gorska stawiarola bardzo interesującą tezę, a mianowicie, że Haśka "została 'wybrana' - tak jak wybrany był Hiob. Hiob umarł 'syty dni'. Ona żyła i umarła dni swoich ciągle głodna. A żywiła się buntem przeciwko losowi, bo nigdy nie przyjęła roli 'Pani Hiob'". Gorska pochyla się nad poezją Poświatowskiej, nad pojawiającymi się w niej najpopularniejszymi motywami, nad jej muzykalnością, ale też nad tym, kim i jaka była Halina Poświatowska.  

W publikacji Autorka rozprawia się też z mitami i przekłamaniami, jakie się pojawiły w wielu książkach i opracowaniach dotyczących Haśki. Mamy tutaj cały przegląd lektur i dowiadujemy się, po które na pewno nie warto sięgać. W swoich ocenach Gorska nie jest subtelna - pisze wprost, momentami bardzo ironicznie. 

W tej małej, świetnie napisanej książeczce poruszono wiele wątków. Lektura jest więc szybka, ale owocna, a w dodatku urozmaicona zdjęciami Poświatowskiej. Zabrakło jedynie jakiegoś dobrego redaktora, który zwróciłby uwagę na szczegóły dotyczące formy, nie treści. Ale na to mogę przymknąć oko. Polecam i radzę się pospieszyć z kupnem, bo wydanie liczy tylko 200 egzemplarzy. 

sobota, 14 lipca 2018

- Co się stało?

- Przykleiłam się do łóżka.

- ???

- Depilowałam nogi woskiem i chyba nie zmył się do końca...

Bridget Jones przy mnie wymięka ;)

bridget

13:11, blondyn_i_blondyna83 , Blondyna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 lipca 2018

Przeczytałam "Ciotkę Zgryzotkę" Małgorzaty Musierowicz, a potem jej recenzje. Wiele z nich było obraźliwych, niektóre wulgarne i pozbawione szacunku do Autorki (niektórzy piszą o niej per "Małgośka", a są pewnie w wieku jej wnuków). Podejrzewam, że większość recenzentów nie napisało nawet pół książki, o bestsellerze nie wspominam. Nie rozumiem też, po co kupują kolejne tomy Jeżycjady, skoro według nich (co podkreślają) Musierowicz od dawna nie napisała nic dobrego. 

Muszę przyznać - też mi się "Ciotka Zgryzotka" nie podobała. Z różnych względów. Ale przeczytałam, bo:

- lubię Borejków (nawet tych współczesnych),

- przeczytałam wszystkie tomy Jeżycjady i byłam ciekawa, jak to wszystko dalej się potoczy,

- chciałam wyrobić sobie opinię na temat. 

ciotkaByły momenty, przy których się wzruszyłam. Mniej (dużo mniej) zdarzyło się fragmentów, przy których się uśmiechnęłam. O chichotaniu (jak to było przy poprzednich tomach) nie ma mowy. Brakuje więc w "Ciotce Zgryzotce" poczucia humoru i akcji. Raczej jest to kronika rodzinna, zaglądanie do domów poszczególnych sióstr Borejko i ich potomków. 

Oczywiście najbardziej interesowało mnie, co z nestorami rodu, bo od lat dywaguje się, kiedy i jak Autorka ich uśmierci. W "Ciotce Zgryzotce" wydaje się, że Ignacy żegna się z życiem, ale jednak nie. Ma się nieźle, chociaż ewidentnie się starzeje. 

Spośród wielu niedociągnięć fabuły (które szczegółowo opisali na forach i blogach internauci), chciałam zwrócić uwagę tylko na jeden fragment, który spokojnie możemy zaliczyć do literatury fantasy. Dotyczy on panny młodej i jej mamy w dniu ślubu:

Dorota zostawiła całe to zamieszanie i udała się niespiesznie do domu, gdzie się spokojnie wykąpała, następnie wysuszyła swoją jedwabistą, jasną grzywę, a w końcu przywdziała prostą białą sukienkę i na tym zakończyła proces, który innym pannom młodym przysparza całych godzin nerwowej udręki. Jej mama równie spokojnie, a do tego zręcznie, splotła piękny, gruby wianek z białych frezji oraz mirtu i umieściła go z dumą na głowie swej jedynaczki. 

Czy znacie chociaż jedną pannę młodą, która idzie do ślubu bez makijażu? Bez muśnięcia rzęs tuszem, bez błyszczyka? Bez niczego? Bo ja nie.

Ale tak to już jest w przypadku współczesnych książek Musierowicz - albo się je czyta i przyjmuje takimi, jakie są (czyli lekko naciągane i oderwane od rzeczywistości), albo szkoda oczu i nerwów. Przede wszystkim zaś szkoda Autorki, która czyta zapewne te wszystkie obelgi i dowiaduje się, jakim jest beznadziejnym pisarzem. A jest przecież twórcą kultowych książek dla młodzieży i należy jej się szacunek. Tak po prostu. 

niedziela, 08 lipca 2018

ustronMiałam kiepski początek roku. Zarezerwowałam więc sobie krótki pobyt w Bieszczadach, ale szybko się okazało, że z różnych względów nie dojdzie on do skutku. I dokładnie tego dnia, gdy zadzwoniłam w Bieszczady, że jednak nie przyjadę, dostałam zaproszenie do Ustronia od Fundacji Bliżej Szczęścia. Nie ma przypadków, prawda? Taki prezent od Losu :)

Byłam wykończona fizycznie i psychicznie, cztery dni w górach to było jak gwiazdka z nieba. Poza tym do Ustronia wybierała się też moja kumpela "po fachu", chorująca na rdzeniowy zanik mięśni Gosia, z którą dotychczas kontaktowałam się głównie przez Facebooka i Skypa. Bardzo się cieszyłam, że w końcu uda nam się spotkać. 

I w ten sposób trafiłam na warsztaty z osobami głównie chorującymi na SM, bardzo zgranymi i znającymi się od lat. Podczas pierwszego, ogólnego spotkania nie miałam pojęcia o kim i o czym mówią. Ale prawie od samego początku czułam się z nimi swobodnie. 

To był naprawdę wyjątkowy czas - chociaż wiosna dopiero się zaczynała (warsztaty odbywały się w kwietniu), było ciepło i słonecznie, w programie interesujące zagadnienia, współtowarzysze życzliwi. Nie zabrakło spacerów, pogaduszek z Gosią (która tak samo jak ja musi od czasu do czasu leżakować - miałyśmy więc okazję, by wykorzystać to leżakowanie na ploteczki), sesji zdjęciowych, wizyty w pijalni wód, o uczeniu młodych kelnerów przyrządzania drinków z malibu nie wspominam ;) Bajeczne cztery dni na regenerację sił.

Duża w tym zasługa Ani i Grzegorza, którzy warsztaty organizowali, ale też całej ekipy, która nas miło i ciepło przyjęła. Zaskakujące było dla mnie, że uznali nas za "swoich", bez uprzedzeń i wstępnej obserwacji. Serdecznie za to dziękuję! :) Dziękuję też za zaproszenie i możliwość zgłębiania wielu interesujących zagadnień w tak pięknych okolicznościach przyrody. 

gosia

Piszę o tym dopiero teraz, bo odkopuję się powoli z zaległości (początek roku był naprawdę ciężki), a takiego wypadu nie mogłabym przemilczeć :) Do dzisiaj wspominamy z Tatą, jak nam tam było sielsko. Z Gosią natomiast umówiłyśmy się na kolejny wyjazd - tym razem będziemy podbijać Pomorze. Już nie mogę się doczekać!

23:14, blondyn_i_blondyna83 , Blondyna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 lipca 2018

Lucy Dillon stwarza w swoich książkach świat, do którego chce się wracać - są w nim sympatyczni (ale bardzo realistyczni!) bohaterowie, psy (dużo psów!), ładne domy, piękne krajobrazy, bibeloty. Fabuła jest starannie dopracowana, niby akcja toczy się powoli, ale zawsze w którymś momencie zaskakuje.

spacerPodczas czerwcowego chorowania przeczytałam "Spacer po szczęście" i trafił on na listę moich ulubionych lektur. Opowiada o Juliet, która w młodym wieku zostaje wdową i odcina się od świata, całe dnie spędzając w swoim prowizorycznie urządzonym domu. Towarzyszy jej Minton - ukochany pies. To on ją motywuje do minimalnej aktywności fizycznej i wychodzenia na zewnątrz. Wykorzystując to, jej mama podstępem angażuje ją do opieki nad własnym psem - labradorką Coco. Później pojawia się jamnik Hector - kolejny podopieczny. I w ten sposób Juliet zaczyna pracować jako opiekunka dla zwierząt. 

Zdziwią się ci, którzy myślą, że jest to ckliwa opowiastka o leczniczym i terapeutycznym wpływie zwierząt. Zwierzęta są tu bardzo ważne - opisane tak samo szczegółowo, jak ludzie. Każde z nich ma nie tylko uczucia, ale też swoje zwyczaje i zainteresowania. Coco kocha jeść i spać, a jest (wraz ze swoją panią) na nieustannej diecie, Hector cały czas ogląda się za panienkami, a spanielka Damson ma stany lękowe, gdy zostaje sama w domu. Nie są tłem wydarzeń - są współbohaterami. 

"Spacer po szczęście" to powieść o tym, że nigdy nie wiemy, kiedy widzimy kogoś po raz ostatni. Każda rozmowa może być pożegnaniem. Lucy Dillon pokazuje, jak wiele czasu tracimy na sprzeczki, konflikty, które wobec wieczności naprawdę nie mają wielkiego znaczenia. 

Poza tym książka ta niesie ze sobą przesłanie, że nie ma małżeństw idealnych, takich, w których panuje cały czas równowaga i harmonia. Czasami jednak, zanim ruszymy w świat w poszukiwaniu motyli w brzuchu i wielkich uniesień, warto się nad swoim (często zwyczajnym i przewidywalnym) małżeństwem pochylić. 

Historia Juliet, a także jej rodziny i sąsiadów, to historia o przemijaniu. Przy końcówce bardzo się wzruszyłam. Wszystkie elementy tej fabuły łączą się w naprawdę piękną całość. Całość, która uczy nas, że życiowe katastrofy czasami trzeba po prostu przeczekać, przepłakać, że niczego nie możemy ani cofnąć, ani przyspieszyć. Juliet każdego dnia ruszała na swój "spacer po szczęście" i chociaż wiązało się to z wieloma trudnymi chwilami, w końcu odnalazła spokój serca. 

Książka bliska memu sercu :) Polecam!

sobota, 23 czerwca 2018

Rok temu razem z Elżbietą, całkiem spontanicznie wybrałyśmy się na Twinpigs Country Festival, który organizowany jest w Żorach. Dawno temu byłam na podobnym pikniku w Mrągowie i od tej pory mam sentyment do muzyki country, zwłaszcza tej wykonywanej na żywo. Lubię społeczność country, ich stroje i mentalność - taką pełną optymizmu i totalnego wyluzowania. Pociąga mnie swego rodzaju ludyczność tych spotkań, wspólne tańce, otwartość i serdeczność. 

twinpigsTwinpigs Country Festival mnie nie zawiódł - byli kowboje, uśmiechy, świetna muzyka, ogólny chillout. Odpoczęłam, zjadłam frytki, kupiłam sobie bajeczne, kowbojskie chusty i kolczyki. Poza tym zwiedziłam westernowy park rozrywki, na terenie którego festiwal się odbywa - na co dzień bilety są dosyć drogie, a w czasie tej imprezy wstęp jest wolny. Plusem jest dostosowanie do wózków i to bardzo dyskretne - wydaje się, że podjazdu nie ma, a okazuje się, że jest i to wszędzie. Budynki na zdjęciach wyglądają dużo lepiej niż w rzeczywistości, ale całość ma swój urok :) Po miasteczku krążą odpowiednio przebrani animatorzy, jest mini zoo, ale w czasie festiwalu tylko nieliczne zwierzęta były wypuszczone. Sporo jest atrakcji dla dzieci - karuzele, park linowy, nawiedzona sztolnia. Bezdzietny dorosły na pewno ma tam mniej do zwiedzania/oglądania niż milusińscy. 

Piszę o tym wszystkim, bo dzisiaj rozpoczęła się kolejna edycja Twinpigs Country Festival. Ja na nią nie dotrę (nadal mam chore gardło), ale Wam serdecznie polecam - koncerty będą się odbywać także jutro. Zdjęcia z tamtego roku znajdziecie na moim fanpage'u - może ktoś z Was skusi się na niedzielę w stylu country ;) Warto!

niedziela, 17 czerwca 2018

Wszystko zaczęło się od serialu "O mnie się nie martw". Nie oglądałam go w telewizji, trafiłam na niego przypadkiem w Internecie, co miało swoje plusy, bo nie musiałam czekać na kolejne odcinki. Codziennie, przy obiedzie serwowałam sobie jeden - na poprawę humoru, na kiepski nastrój, na zmęczenie, na nic niechcenie. Pierwsze sezony są naprawdę zabawne, kolejne - ciut mniej, ale i tak świetnie można się przy nich zrelaksować. Głównym bohaterem jest adwokat grany przez przyciągającego uwagę Stefana Pawłowskiego. I to on był dla mnie początkowo gwiazdą tego serialu, ale z czasem to Krzysztof (w tej roli Paweł Domagała) stał się moim numerem jeden. 

Szkoda, że nie ma jakiś prestiżowych nagród dla aktorów grających w serialach, bo Paweł Domagała na pewno na takową zasłużył. Jego Krzysztof jest bardzo autentyczny i dopracowany, a przy tym - niezmienny. To wielka zaleta, bo nic tak nie drażni, jak bohater, który w jednym sezonie jest taki, a w kolejnym - zupełnie inny. Duża w tym też zasługa twórców serialu, ale pełna kreacja konkretnej postaci to już dzieło aktora. 

Krzysztof jest ludzki, momentami irytujący, przezabawny i wzruszający w swojej prostocie. Pawła Domagałę lubię więc w pierwszej kolejności za Krzysztofa. 

domagalaPóźniej trafiłam na jego muzykę - gdzieś tam obiły mi się o uszy jego piosenki z płyty "Opowiem ci o mnie", widziałam jakieś fragmenty teledysku, ale dopiero na jesień wsiąkłam. Słuchałam utworów z Youtuba, nie miałam płyty, ale wybrałam się na koncert - to był mój prezent na Mikołajki. Sama go sobie kupiłam i sama na tę imprezę się wybrałam. Bawiłam się świetnie :) Po koncercie zrobiłam sobie z Pawłem fotkę, zamieniłam z nim słowo, powiedziałam, jak bardzo pomaga mi Krzysztofem ;) i swoją muzyką - dzień po dniu. To było bardzo miłe spotkanie :)

Płytę dostałam pod choinkę. Słuchałam jej w kółko, nie śpiąc z moim ciężko chorym psem. Za ten niemal tydzień nocnego czuwania będę Pawłowi wdzięczna do końca życia. Do dzisiaj słucham jego piosenek, gdy cierpię na bezsenność. 

Mniej więcej w tamtym okresie jeden z moich kolegów zapytał, co ja widzę w tym Domagale :) Lubię go po prostu - za wrażliwość, za dobre serce, za jego artystyczne projekty, za prostotę, za jego wersję mojej ukochanej piosenki "Imię deszczu". Lubię jego barwę głosu i mimikę. 

Dlatego na tegoroczne Mikołajki też kupię sobie bilet na jego koncert :) W listopadzie - nowa płyta, a od wczoraj można posłuchać singla, który ją zapowiada. Teledysk jest bajerancki, sami zobaczcie, chociaż oglądanie go (ostrzegam!) wciąga :) Nuta wpada w ucho, jest pozytywna, dodaje energii. Myślę więc, że drugi krążek Domagały mnie nie rozczaruje i stanie się kolejnym antidotum na złe dni. 

15:19, blondyn_i_blondyna83 , Muzyka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 czerwca 2018

Jestem chora, leżę w łóżku i czytam książki Lucy Dillon. Kiedyś, całkiem przypadkiem trafiłam na jej powieść "Policz do stu", która urzekła mnie stylem, nieprzewidywalnością i... ewidentnym zamiłowaniem autorki do psów :) Teraz wróciłam do jej twórczości, bo potrzebuję relaksu, spokoju i czegoś, co mnie wciągnie. 

Historia Libby i Jansona opisana w "Dobrym uczynku" wciągnęła mnie bardzo. Są w niej zaskakujące zwroty akcji, jest miłość, ale też różnego rodzaju rozterki i do końca nie wiadomo, czy będzie różowo. Mąż Libby to żaden idealny bohater - od samego początku ma sporo za uszami i z każdą stroną ma się ochotę doradzić tej biednej dziewczynie, by po prostu go sobie darowała. Ale Libby to mądra babeczka - robi swoje, podejmuje trudne decyzje i liczy się z uczuciami innych. Nie jest naiwna, nie jest też chyba zakochana, bo jej uczucie to nie motyle w brzuchu, a odpowiedzialność za drugiego człowieka. Kocha i walczy o swoich bliskich. 

dobryiMożna interesująco pisać o małżeńskiej miłości? Można :) I to tak, że czyta się z wypiekami. 

Poza tym książka ta składa się z tajemnic - i to jej kolejny plus. Pojawia się tajemnicza dziewczyna, która traci pamięć, mroczny brat Jansona - Luke i historia hotelu Łabędź, która tylko powierzchownie jest miła i przyjemna. W "Dobrym uczynku" mnóstwo jest niedomówień - wszystkiego dowiadujemy się dopiero na końcu. Czyta się więc wybornie :)

Tłem tej powieści są psy - basset, lord Bob jest opisany jak człowiek. Scena, w której pociesza załamaną Libby, na długo pozostanie w moim sercu. Od pewnego momentu towarzyszy mu waleczna, drobna Fido. A główną ideą hotelu Łabędź jest oczywiście przyjmowanie gości z psami. 

Spora objętość (ponad 400 stron), dużo wzruszeń, ale też poczucia humoru, życiowe dylematy, nieznośna teściowa, niefrasobliwy mąż i mnóstwo zagadek - idealna lektura dla kogoś, kto większość dnia leży w łóżku i chce poczytać coś miłego, ale nie prostackiego. 

Jutro spędzam czas podobnie, biorę się więc za kolejną powieść Lucy Dillon. Mam nadzieję, że będzie równie dobra :)

środa, 06 czerwca 2018

Czasami przestajesz wierzyć w romantyzm. W te wszystkie romantyczne dyrdymały, przypadki, różowe zachody słońca, cudowne zbiegi okoliczności. Po prostu życie staje się dla ciebie prozą i to raczej taką ciężką do przełknięcia. 

Nie piszesz. Nie umiesz już chyba pisać. A na pewno nie o miłości.

Fundujesz więc sobie domowe SPA - malujesz paznokcie, kąpiesz się w olejkach, robisz maseczkę. Relaks. Nie ma romantyzmu, niech przynajmniej będzie coś dla ciała. 

Czujesz się lekko. Włosy zaplatasz w dwa warkocze, żeby się ładnie falowały następnego dnia. Jest całkiem miło, za oknem czerwcowy wieczór. Żal siedzieć w domu. Wkładasz więc dresowe spodnie, podkoszulek i jakiś wiekowy top - pierwszy z brzegu, bo idziesz tylko poczytać nad jezioro (i kompletnie nie interesuje cię, czy zachód słońca będzie różowy). Nie malujesz się - przecież za godzinę idziesz spać. No, może za dwie. 

Wyglądasz... ekologicznie :D Tak to nazwijmy. Mocno ekologicznie. 

Idziesz nad jezioro. 

I nagle zaczynasz grać w komedii romantycznej. Początkowo trudno ci uwierzyć - bo takie rzeczy się nie zdarzają. Nie tobie. Nie tobie w dresie, bez make upu i w wiekowym topie. Ale jednak. Jest magicznie. I trafia się nawet różowy zachód słońca. 

Zapominasz o dresie. O warkoczykach, w których wyglądasz mocno niepoważnie. O kolacji. Wracasz do domu po kilku godzinach. Piszesz post na blogu po północy, chociaż jest środek tygodnia i dawno temu powinnaś spać. 

Do końca nie wiesz, co tu się wydarzyło. Ale cokolwiek to nie było, było przemiłe :) 

Odrealnienie realnego - tego mi było trzeba. Drobny impuls do odszukania dawno zagubionego romantyzmu :) 

sun

01:18, blondyn_i_blondyna83 , Blondyna
Link Komentarze (2) »
środa, 16 maja 2018

#VQRV to spektakl dynamit, jeden z najlepszych, jakie widziałam. Jest dosadny, sensualny i... bolesny. Dotyka spraw, które nosimy na co dzień w sercach. Moja znajoma powiedziała, że podczas jednej ze scen płakała jej dusza. 

Esencja współczesnej Polski i Polaków. Naszych przywar, wad, zwyczajów, świeckich tradycji, polskiego piekiełka. Wszystko aktualne, namacalne i takie znajome - z podwórka, z pracy, ze szkoły, z Facebooka. Po prostu Polska w pigułce - z marszami, awanturami, specyficzną mentalnością, stereotypami. Miażdżąca ocena sytuacji - wręcz wbijająca w fotel, zważywszy na to, że każdy w jakimś stopniu odnajduje w tym spektaklu siebie. 

Na scenie - ku oburzeniu lub zniesmaczeniu niektórych - pojawia się też słowo klucz, czyli SMOLEŃSK. Dla mnie jednak jest ono użyte w odpowiednich proporcjach (to nie jest sztuka o Smoleńsku, na szczęście) i doskonale wyważone. Byłoby nienaturalne, gdyby go zabrakło. Bo przyznajmy, że każdy z nas - chciał czy nie - żył w jakimś stopniu tym wydarzeniem. We #VQRVie Smoleńsk odbija się więc - podobnie jak odbija się nadal w życiu publicznym - nieprzyjemnym łoskotem, który drażni nerwy i receptory słuchowe. 

Nic bardziej nie wkurwia, jak ta pieprzona bezsilność. 

Oprócz Smoleńska i scen w pociągu w pamięci (już na zawsze) pozostaje zestawienie typowej śląskiej baby z fit młodzieńcem. Ukłony dla reżysera (Gabriel Gietzky) - ten fragment #VQRVu to po prostu mistrzostwo. Rozbrajająco prawdziwa jest też charakterystyka właścicieli wynajmowanych mieszkań. Zresztą - wszystko w tym spektaklu jest z życia wzięte. 

Wielkim atutem tego przedstawienia są młodzi aktorzy - absolwenci Szkoły Aktorskiej Teatru Śląskiego - doskonale przygotowani, bardzo zaangażowani i profesjonalni. We #VQRVie nie czuć powiewu młodości - raczej dojrzałość. Jest on jasnym oglądem sytuacji - zapewne dlatego, że powstał na podstawie wypowiedzi tych osób, które w nim występują. Młodych, ale najwyraźniej doświadczonych przez życie. 

Bilet na #VQRV kosztuje zaledwie 15 zł. Spektakl można zobaczyć na Scenie w Malarni Teatru Śląskiego. Jeśli więc ktoś czuje się #vqrviony w ten czy inny sposób, powinien się na niego wybrać. Okazja ku temu będzie jeszcze w maju. Warto! 

Tagi: vqrv
23:28, blondyn_i_blondyna83 , Teatr
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
Tagi