Świat książek przeplata się w moim życiu z muzyką i teatrem. Nie jest to jednak kolejny blog z recenzjami - dzielę się tu moimi kulturalnymi inspiracjami i odkryciami, a także emocjami, które chociaż nieuchwytne, można próbować zamknąć w słowie.
poniedziałek, 08 października 2018

CzęstochowaCzy ktoś tu też Częstokocham? ;) Ja kocham Częstochowę coraz bardziej i odwiedzam ją zawsze z dużą przyjemnością. Dlatego pewnego majowego dnia po pracy wsiadłam do auta i przejechałam około 100 km tylko po to, by wziąć udział w koncercie "Puls", który był poświęcony Halinie Poświatowskiej. Oczywiście wycieczka ta była możliwa dzięki mojemu Tacie, który ostatnio jakoś daje się namówić na różne moje szalone pomysły ;)

Wstyd się przyznać, ale trochę się na ten koncert spóźniłam, bo utknęłam na Frytkowej Alei, gdzie spędziłam miłe chwile z Aliną, Mateuszem i całkiem nową, uroczą sową. Aleja Frytkowa w Częstochowie jest sławna, dużo o niej słyszałam, ale dopiero w tym roku udało mi się na nią dotrzeć. Wybór frytek spory, same frytki trochę utopione w majonezie, ale tytki, waga i Pani Sprzedawczyni robią klimat. 

Na szczęście nie przesiedziałam tam całego wieczoru i z lekkim poślizgiem zjawiłam się na koncercie. Impreza była plenerowa i jak tylko znalazłam się w pobliżu, pojawił się ktoś z obsługi i powiedział mi, że dla niepełnosprawnych jest specjalne miejsce. Ulalala! To nie było miejsce, to była cała loża. Prezydent Częstochowy robił sobie przy okazji tego wydarzenia wstęp do kampanii wyborczej, co mnie nieco raziło, ale tą miejscówką dla wózkowiczów zrobił na mnie wrażenie. Nie musiałam się prosić, przepychać i walczyć, żeby coś zobaczyć. Zostałam odnaleziona, usadowiona, czułam się bezpiecznie i komfortowo. Ostatnio byłam tak potraktowana dawno temu we Francji. Europejskie standardy dotarły do Polski. Brawo, Częstochowo!

scena

A sam koncert... przepiękny! Dawno nie brałam udziału w takim widowisku. Mnóstwo artystów, tancerze, choreografia, przeuroczy Skubas, genialny i charyzmatyczny James Morton - którego nie znałam wcześniej, a który dał z siebie wszystko i był prawdziwą gwiazdą wieczoru. Do tego czytane fragmenty prozy Haśki, jej ogromne, powieszone wzdłuż sceny zdjęcie... Miało się wrażenie, że ona tam z nami była... Niezapomniany wieczór i niezwykła atmosfera. Retransmisja w radiu zrobiła na mnie mniejsze wrażenie, tam po prostu trzeba było być!

Po koncercie wróciłam na Jasnogórską, bo zaparkowaliśmy pod Domem Poezji i wiedziałam już, że to był jeden z tych wieczorów, które zostają w sercu i w pamięci na zawsze. Fotorelację autorstwa Aliny znajdziecie na moim fanpage'u.

Gdyby ktoś z Was miał ochotę poczuć klimat Częstochowy i na nowo zgłębić twórczość Poświatowskiej, to w rocznicę jej śmierci (11 października -> czwartek) w Domu Poezji odbędzie się kolejny koncert, nieco bardziej kameralny, ale na pewno wartościowy. Mnie tym razem nie uda się na niego dotrzeć, ale Wam polecam serdecznie :)

 koncert51

piątek, 05 października 2018

- Tato, szukają technicznego do teatru. Jaka szkoda, że nie możesz być takim technicznym, miałabym za darmo wejściówki. 

- Jakim technicznym? Jakim technicznym? - dziwi się Tata. 

- Oj, Tato, przecież świetnie dałbyś sobie radę. Śrubkę dokręcić, scenografię ustawić. Co to dla ciebie? Łatwizna. 

- Jakim technicznym? Chyba aktorem.

:P :D :) 

No, tak. Nie ma się co ograniczać. W końcu życie zaczyna się po sześćdziesiątce ;)

ztata

Z Tatą w Darłówku :)

środa, 03 października 2018

Po bardzo długiej przerwie poszłam do teatru. Ależ mi tego brakowało! Wybrałam się sama i delektowałam się tym, że w końcu mam czas, ochotę i możliwość, by odciąć się od wszystkiego i zniknąć tuż po zgaszeniu na widowni świateł. 

Prawdziwa uczta dla mojego umysłu!

sercaW Teatrze Małym po wakacjach już od progu czuć powiew świeżości, jest nieco nowocześniej, zrobiło się jakoś więcej przestrzeni, tylko niestety lada przy kasie tak wysoka, że nikt, absolutnie nikt nie ma szansy mnie zza niej zobaczyć. Ale to nie szkodzi, bo na wstępie wyczaił mnie jakiś młody człowiek z obsługi i zapytał, czy mi pomóc. Od razu poczułam się raźniej ;)

Spektakl z cyklu tych łatwych, miłych i przyjemnych, ale tego właśnie potrzebowałam. "Serca na odwyku" składają się z dwóch części, które mogą funkcjonować oddzielnie, bo opowiadają historie dwóch par. Historie te w żaden sposób się nie łączą - poza tym, że ich motywem przewodnim jest miłość. Dzięki temu spektakl się nie dłuży i naprawdę wciąga, bo widz ma wrażenie, że podgląda sąsiadów z naprzeciwka ;) 

Zachwyciła mnie Hanna Śleszyńska, która pojawiła się na scenie w towarzystwie Michała Pieli. Nigdy wcześniej nie widziałam jej na żywo. Gra fenomenalnie i świetnie wygląda. Blado po niej wypadło małżeństwo Żaków - wprawdzie mimika Cezarego Żaka jest przezabawna, ale brakuje mu charyzmy, którą emanuje Śleszyńska. Historia jej bohaterki - wyzwolonej, mocno stąpającej po ziemi policjantki - też mi się bardziej spodobała niż trudne relacje małżeńskie zaprezentowane w drugiej części spektaklu. 

Jednym słowem - warto. Nie jest to głupawa farsa, a zabawne, lekkie przedstawienie, w którym można znaleźć i nadzieję na lepsze jutro, i życiową goryczkę. Doskonała obsada, świetne teksty i tematyka, która dotyka każdego z nas. 

21:03, blondyn_i_blondyna83
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 września 2018

Wypożyczyłam tę książkę w ciemno - nie przeczytałam nawet, co wydawca napisał na okładce. Przyciągnęło mnie oczywiście nazwisko autorki - jej powieść "Zanim się pojawiłeś" bardzo przypadła mi do gustu, o czym zresztą Wam pisałam

moyesZ "Razem będzie lepiej" nie poszło mi tak łatwo. To opasła książka i im dłużej ją czytałam, tym bardziej zastanawiałam się, co mnie podkusiło, by po nią sięgnąć. Główna bohaterka - Jess - jest w beznadziejnym położeniu. Facet ją zostawił z dziećmi (w tym jedno nie jest jej), nie płaci alimentów, kasy dziewczyna nie ma, praca jest podła, a potomstwo specyficzne. Po tym fatalnym wstępie i ogólnym zarysie sytuacji czytelnik oczekuje, że będzie lepiej - liczy na jakieś światełko w tunelu. Nic z tego - Jess generuje kolejne długi, jeżdżąc nieubezpieczonym autem, okrada jednego swojego pracodawcę, a drugi ją zwalnia. Czy może być gorzej? Może, ale nie będę zdradzać szczegółów. 

Pojawia się również czynnik męski - Ed, typ faceta, którego najbardziej nie lubię, a mianowicie zachowawczy, bogaty złamas. Koszmarnie się męczyłam, czytając o nim, chociaż w pewnym momencie pojawiła się iskierka nadziei, że nie jest taki beznadziejny, na jakiego wygląda. 

W każdym razie sytuacja tak się komplikuje, że cała ta ekipa (Ed, Jess, jej dzieci, a także jej wielki pies) wyruszają w podróż. Nie mogą jechać zbyt szybko, bo mała Tanzie wymiotuje. Pies śmierdzi (jak każdy duży pies). Goni ich czas.

Początkowo ta książka mnie przytłaczała. Brak perspektyw i piętrzące się problemy bohaterów były dla mnie dobijające, bo sama miałam dosyć dużo kłopotów. Ale w pewnym momencie się wciągnęłam - i to było najgorsze, bo zostało mi sto stron, wyjeżdżałam na urlop i właściwie powinnam tę książkę oddać do biblioteki.

Nie oddałam, zabrałam ją nad morze. I naprawdę było warto zapłacić złotówkę kary, bo te ostatnie sto stron łyknęłam niczym smażonego dorsza w porcie. Popełniłabym ogromny błąd, gdybym nie doczytała do końca. 

Jeśli więc macie ochotę na niełatwą historię, na trudy podróży;), na poznanie bohaterów, którzy nie są idealni, ale za to bardzo ludzcy, na wielkie emocje i łzy (nie da się przy tej książce nie płakać), to sięgnijcie po "Razem będzie lepiej" Jojo Moyes. Naprawdę warto! :)

wtorek, 18 września 2018

- O! Kupiłeś musztardę! I to taką z wyższej półki! Super - ucieszyłam się.

- Przechodziłem w sklepie obok musztardy i usłyszałem ten twój głosik: "Czy jest musztarda? Czy jest musztarda?".

Uważajcie na głosy w Waszych głowach, zwłaszcza te o musztardzie ;)

jedzenie

Tagi: Jedzenie
20:52, blondyn_i_blondyna83 , Całe życie z wariatami
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 września 2018

Ostatnio w moim życiu trochę brakowało szczęśliwych zakończeń, więc po raz kolejny przeczytałam "Szczęśliwe zakończenie" Lucy Dillon. Jest to bardzo uniwersalna powieść dla kobiet - znajdą w niej coś dla siebie i singielki, i mężatki, które próbują pogodzić pracę zawodową z opieką nad dziećmi. 

luucydW "Szczęśliwym zakończeniu" są bowiem przedstawione losy dwóch kobiet - samotnej Michelle i Anny, która wychowuje trzy pasierbice. Bohaterki te są zupełnie różne, ale łączy je nić sympatii i - jak się okazuje na końcu - prawdziwa przyjaźń. Jak zwykle w książkach Lucy Dillon pojawia się tu wiele zwrotów akcji i w pełni ich historię poznajemy dopiero na końcu. Po drodze można się porządnie wzruszyć, ale też uśmiechnąć, gdyż trzy "przyszywane" córeczki Anny dają jej nieźle popalić ;)

Autorka dotyka bardzo delikatnych kwestii jak przemoc psychiczna w związku czy potrzeba spełnienia się w roli matki. Co zrobić, gdy nasz ukochany nie chce dzieci, a dla nas jest to ostatni moment? Odejść? Jak bardzo można się poświęcić dla bliskiego człowieka? 

Poza tym powieść ta wypełniona jest książkami - tytułami i sympatycznymi molami książkowymi, wśród których każdy czytelnik czuje się jak wśród swoich. Lucy Dillon pokazuje, jak wielki wpływ na nasze życie mają lektury, a także jak wiele wspomnień ze sobą niosą. Wszystko tu zaczyna się i kończy na książkach. To zaskakujące, bo zazwyczaj w utworach tej autorki na pierwszym planie są psy. W "Szczęśliwym zakończeniu" też się pojawiają i są przesympatyczne, ale to czytanie jest tematem wiodącym. 

Wielkim atutem tej powieści są sugestywne i bardzo szczegółowe opisy pomieszczeń - księgarni prowadzonej przez Annę i sklepiku Michelle. Obydwie te przestrzenie są przedstawione tak, że czytelnik od razu ma ochotę je odwiedzić. Lucy Dillon nie zanudza opisami - kreuje natomiast miejsca, w których chce się być. Poza tym po raz kolejny przenosi nas do angielskiego miasteczka Longhampton i dyskretnie daje znać, co słychać u bohaterów, którzy pojawiali się w innych jej utworach.

Czytałam "Szczęśliwe zakończenie" po raz drugi - bez znużenia i z przyjemnością. Zapewne w dużej mierze wynika to z tego, że mam słabą pamięć do książek ;) Ale nie bez znaczenia jest fakt, że to po prostu dobra, opasła, pełna ciepła i wzruszeń powieść. Polecam!

wtorek, 24 lipca 2018

zaureliaPodczas moich majówkowych wojaży odwiedziłam jak zwykle Częstochowę. Była to tym bardziej miła wyprawa, że umówiłam się na pogawędkę z Panem Mygą, bratem Haliny Poświatowskiej. Zostałam zaproszona do ogrodu, w którym Haśka spędzała mnóstwo czasu, a w którym teraz stoi klimatyczna altanka i po którym biega młody, rozszczekany, przeuroczy jamnik Aurelia. 

To było sympatyczne, leniwe popołudnie spędzone przy herbatce, wypełnione opowieściami i wspomnieniami. Panie Zbigniewie, dziękuję serdecznie za gościnę! :) Jak zwykle czas płynął zbyt szybko i jak zwykle nie chciało mi się wychodzić. 

W prezencie od Pana Zbigniewa dostałam małą, zieloną książeczkę, którą przeczytałam od razu po powrocie na Ruinkę. Jest to opracowanie Bożeny Gorskiej "Rola Pani Hiob nie była dla niej". Znajdziemy w nim na wstępie bardzo interesujące porównanie losów dwóch poetek, które uczęszczały do tego samego collegu, ale nigdy się nie spotkały - Haliny Poświatowskiej i Sylvii Plath. "Dwie introwertyczne analityczki własnego wnętrza. Jedna dążąca do samounicestwienia, druga - do życia" - pisze Gorska. 

Jednak głównym tematem jest oczywiście Poświatowska, jej życie i twórczość. Gorska stawiarola bardzo interesującą tezę, a mianowicie, że Haśka "została 'wybrana' - tak jak wybrany był Hiob. Hiob umarł 'syty dni'. Ona żyła i umarła dni swoich ciągle głodna. A żywiła się buntem przeciwko losowi, bo nigdy nie przyjęła roli 'Pani Hiob'". Gorska pochyla się nad poezją Poświatowskiej, nad pojawiającymi się w niej najpopularniejszymi motywami, nad jej muzykalnością, ale też nad tym, kim i jaka była Halina Poświatowska.  

W publikacji Autorka rozprawia się też z mitami i przekłamaniami, jakie się pojawiły w wielu książkach i opracowaniach dotyczących Haśki. Mamy tutaj cały przegląd lektur i dowiadujemy się, po które na pewno nie warto sięgać. W swoich ocenach Gorska nie jest subtelna - pisze wprost, momentami bardzo ironicznie. 

W tej małej, świetnie napisanej książeczce poruszono wiele wątków. Lektura jest więc szybka, ale owocna, a w dodatku urozmaicona zdjęciami Poświatowskiej. Zabrakło jedynie jakiegoś dobrego redaktora, który zwróciłby uwagę na szczegóły dotyczące formy, nie treści. Ale na to mogę przymknąć oko. Polecam i radzę się pospieszyć z kupnem, bo wydanie liczy tylko 200 egzemplarzy. 

sobota, 14 lipca 2018

- Co się stało?

- Przykleiłam się do łóżka.

- ???

- Depilowałam nogi woskiem i chyba nie zmył się do końca...

Bridget Jones przy mnie wymięka ;)

bridget

13:11, blondyn_i_blondyna83 , Blondyna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 lipca 2018

Przeczytałam "Ciotkę Zgryzotkę" Małgorzaty Musierowicz, a potem jej recenzje. Wiele z nich było obraźliwych, niektóre wulgarne i pozbawione szacunku do Autorki (niektórzy piszą o niej per "Małgośka", a są pewnie w wieku jej wnuków). Podejrzewam, że większość recenzentów nie napisało nawet pół książki, o bestsellerze nie wspominam. Nie rozumiem też, po co kupują kolejne tomy Jeżycjady, skoro według nich (co podkreślają) Musierowicz od dawna nie napisała nic dobrego. 

Muszę przyznać - też mi się "Ciotka Zgryzotka" nie podobała. Z różnych względów. Ale przeczytałam, bo:

- lubię Borejków (nawet tych współczesnych),

- przeczytałam wszystkie tomy Jeżycjady i byłam ciekawa, jak to wszystko dalej się potoczy,

- chciałam wyrobić sobie opinię na temat. 

ciotkaByły momenty, przy których się wzruszyłam. Mniej (dużo mniej) zdarzyło się fragmentów, przy których się uśmiechnęłam. O chichotaniu (jak to było przy poprzednich tomach) nie ma mowy. Brakuje więc w "Ciotce Zgryzotce" poczucia humoru i akcji. Raczej jest to kronika rodzinna, zaglądanie do domów poszczególnych sióstr Borejko i ich potomków. 

Oczywiście najbardziej interesowało mnie, co z nestorami rodu, bo od lat dywaguje się, kiedy i jak Autorka ich uśmierci. W "Ciotce Zgryzotce" wydaje się, że Ignacy żegna się z życiem, ale jednak nie. Ma się nieźle, chociaż ewidentnie się starzeje. 

Spośród wielu niedociągnięć fabuły (które szczegółowo opisali na forach i blogach internauci), chciałam zwrócić uwagę tylko na jeden fragment, który spokojnie możemy zaliczyć do literatury fantasy. Dotyczy on panny młodej i jej mamy w dniu ślubu:

Dorota zostawiła całe to zamieszanie i udała się niespiesznie do domu, gdzie się spokojnie wykąpała, następnie wysuszyła swoją jedwabistą, jasną grzywę, a w końcu przywdziała prostą białą sukienkę i na tym zakończyła proces, który innym pannom młodym przysparza całych godzin nerwowej udręki. Jej mama równie spokojnie, a do tego zręcznie, splotła piękny, gruby wianek z białych frezji oraz mirtu i umieściła go z dumą na głowie swej jedynaczki. 

Czy znacie chociaż jedną pannę młodą, która idzie do ślubu bez makijażu? Bez muśnięcia rzęs tuszem, bez błyszczyka? Bez niczego? Bo ja nie.

Ale tak to już jest w przypadku współczesnych książek Musierowicz - albo się je czyta i przyjmuje takimi, jakie są (czyli lekko naciągane i oderwane od rzeczywistości), albo szkoda oczu i nerwów. Przede wszystkim zaś szkoda Autorki, która czyta zapewne te wszystkie obelgi i dowiaduje się, jakim jest beznadziejnym pisarzem. A jest przecież twórcą kultowych książek dla młodzieży i należy jej się szacunek. Tak po prostu. 

niedziela, 08 lipca 2018

ustronMiałam kiepski początek roku. Zarezerwowałam więc sobie krótki pobyt w Bieszczadach, ale szybko się okazało, że z różnych względów nie dojdzie on do skutku. I dokładnie tego dnia, gdy zadzwoniłam w Bieszczady, że jednak nie przyjadę, dostałam zaproszenie do Ustronia od Fundacji Bliżej Szczęścia. Nie ma przypadków, prawda? Taki prezent od Losu :)

Byłam wykończona fizycznie i psychicznie, cztery dni w górach to było jak gwiazdka z nieba. Poza tym do Ustronia wybierała się też moja kumpela "po fachu", chorująca na rdzeniowy zanik mięśni Gosia, z którą dotychczas kontaktowałam się głównie przez Facebooka i Skypa. Bardzo się cieszyłam, że w końcu uda nam się spotkać. 

I w ten sposób trafiłam na warsztaty z osobami głównie chorującymi na SM, bardzo zgranymi i znającymi się od lat. Podczas pierwszego, ogólnego spotkania nie miałam pojęcia o kim i o czym mówią. Ale prawie od samego początku czułam się z nimi swobodnie. 

To był naprawdę wyjątkowy czas - chociaż wiosna dopiero się zaczynała (warsztaty odbywały się w kwietniu), było ciepło i słonecznie, w programie interesujące zagadnienia, współtowarzysze życzliwi. Nie zabrakło spacerów, pogaduszek z Gosią (która tak samo jak ja musi od czasu do czasu leżakować - miałyśmy więc okazję, by wykorzystać to leżakowanie na ploteczki), sesji zdjęciowych, wizyty w pijalni wód, o uczeniu młodych kelnerów przyrządzania drinków z malibu nie wspominam ;) Bajeczne cztery dni na regenerację sił.

Duża w tym zasługa Ani i Grzegorza, którzy warsztaty organizowali, ale też całej ekipy, która nas miło i ciepło przyjęła. Zaskakujące było dla mnie, że uznali nas za "swoich", bez uprzedzeń i wstępnej obserwacji. Serdecznie za to dziękuję! :) Dziękuję też za zaproszenie i możliwość zgłębiania wielu interesujących zagadnień w tak pięknych okolicznościach przyrody. 

gosia

Piszę o tym dopiero teraz, bo odkopuję się powoli z zaległości (początek roku był naprawdę ciężki), a takiego wypadu nie mogłabym przemilczeć :) Do dzisiaj wspominamy z Tatą, jak nam tam było sielsko. Z Gosią natomiast umówiłyśmy się na kolejny wyjazd - tym razem będziemy podbijać Pomorze. Już nie mogę się doczekać!

23:14, blondyn_i_blondyna83 , Blondyna
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15
Tagi