Świat książek przeplata się w moim życiu z muzyką i teatrem. Nie jest to jednak kolejny blog z recenzjami - dzielę się tu moimi kulturalnymi inspiracjami i odkryciami, a także emocjami, które chociaż nieuchwytne, można próbować zamknąć w słowie.
sobota, 23 czerwca 2018

Rok temu razem z Elżbietą, całkiem spontanicznie wybrałyśmy się na Twinpigs Country Festival, który organizowany jest w Żorach. Dawno temu byłam na podobnym pikniku w Mrągowie i od tej pory mam sentyment do muzyki country, zwłaszcza tej wykonywanej na żywo. Lubię społeczność country, ich stroje i mentalność - taką pełną optymizmu i totalnego wyluzowania. Pociąga mnie swego rodzaju ludyczność tych spotkań, wspólne tańce, otwartość i serdeczność. 

twinpigsTwinpigs Country Festival mnie nie zawiódł - byli kowboje, uśmiechy, świetna muzyka, ogólny chillout. Odpoczęłam, zjadłam frytki, kupiłam sobie bajeczne, kowbojskie chusty i kolczyki. Poza tym zwiedziłam westernowy park rozrywki, na terenie którego festiwal się odbywa - na co dzień bilety są dosyć drogie, a w czasie tej imprezy wstęp jest wolny. Plusem jest dostosowanie do wózków i to bardzo dyskretne - wydaje się, że podjazdu nie ma, a okazuje się, że jest i to wszędzie. Budynki na zdjęciach wyglądają dużo lepiej niż w rzeczywistości, ale całość ma swój urok :) Po miasteczku krążą odpowiednio przebrani animatorzy, jest mini zoo, ale w czasie festiwalu tylko nieliczne zwierzęta były wypuszczone. Sporo jest atrakcji dla dzieci - karuzele, park linowy, nawiedzona sztolnia. Bezdzietny dorosły na pewno ma tam mniej do zwiedzania/oglądania niż milusińscy. 

Piszę o tym wszystkim, bo dzisiaj rozpoczęła się kolejna edycja Twinpigs Country Festival. Ja na nią nie dotrę (nadal mam chore gardło), ale Wam serdecznie polecam - koncerty będą się odbywać także jutro. Zdjęcia z tamtego roku znajdziecie na moim fanpage'u - może ktoś z Was skusi się na niedzielę w stylu country ;) Warto!

niedziela, 17 czerwca 2018

Wszystko zaczęło się od serialu "O mnie się nie martw". Nie oglądałam go w telewizji, trafiłam na niego przypadkiem w Internecie, co miało swoje plusy, bo nie musiałam czekać na kolejne odcinki. Codziennie, przy obiedzie serwowałam sobie jeden - na poprawę humoru, na kiepski nastrój, na zmęczenie, na nic niechcenie. Pierwsze sezony są naprawdę zabawne, kolejne - ciut mniej, ale i tak świetnie można się przy nich zrelaksować. Głównym bohaterem jest adwokat grany przez przyciągającego uwagę Stefana Pawłowskiego. I to on był dla mnie początkowo gwiazdą tego serialu, ale z czasem to Krzysztof (w tej roli Paweł Domagała) stał się moim numerem jeden. 

Szkoda, że nie ma jakiś prestiżowych nagród dla aktorów grających w serialach, bo Paweł Domagała na pewno na takową zasłużył. Jego Krzysztof jest bardzo autentyczny i dopracowany, a przy tym - niezmienny. To wielka zaleta, bo nic tak nie drażni, jak bohater, który w jednym sezonie jest taki, a w kolejnym - zupełnie inny. Duża w tym też zasługa twórców serialu, ale pełna kreacja konkretnej postaci to już dzieło aktora. 

Krzysztof jest ludzki, momentami irytujący, przezabawny i wzruszający w swojej prostocie. Pawła Domagałę lubię więc w pierwszej kolejności za Krzysztofa. 

domagalaPóźniej trafiłam na jego muzykę - gdzieś tam obiły mi się o uszy jego piosenki z płyty "Opowiem ci o mnie", widziałam jakieś fragmenty teledysku, ale dopiero na jesień wsiąkłam. Słuchałam utworów z Youtuba, nie miałam płyty, ale wybrałam się na koncert - to był mój prezent na Mikołajki. Sama go sobie kupiłam i sama na tę imprezę się wybrałam. Bawiłam się świetnie :) Po koncercie zrobiłam sobie z Pawłem fotkę, zamieniłam z nim słowo, powiedziałam, jak bardzo pomaga mi Krzysztofem ;) i swoją muzyką - dzień po dniu. To było bardzo miłe spotkanie :)

Płytę dostałam pod choinkę. Słuchałam jej w kółko, nie śpiąc z moim ciężko chorym psem. Za ten niemal tydzień nocnego czuwania będę Pawłowi wdzięczna do końca życia. Do dzisiaj słucham jego piosenek, gdy cierpię na bezsenność. 

Mniej więcej w tamtym okresie jeden z moich kolegów zapytał, co ja widzę w tym Domagale :) Lubię go po prostu - za wrażliwość, za dobre serce, za jego artystyczne projekty, za prostotę, za jego wersję mojej ukochanej piosenki "Imię deszczu". Lubię jego barwę głosu i mimikę. 

Dlatego na tegoroczne Mikołajki też kupię sobie bilet na jego koncert :) W listopadzie - nowa płyta, a od wczoraj można posłuchać singla, który ją zapowiada. Teledysk jest bajerancki, sami zobaczcie, chociaż oglądanie go (ostrzegam!) wciąga :) Nuta wpada w ucho, jest pozytywna, dodaje energii. Myślę więc, że drugi krążek Domagały mnie nie rozczaruje i stanie się kolejnym antidotum na złe dni. 

15:19, blondyn_i_blondyna83 , Muzyka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 czerwca 2018

Jestem chora, leżę w łóżku i czytam książki Lucy Dillon. Kiedyś, całkiem przypadkiem trafiłam na jej powieść "Policz do stu", która urzekła mnie stylem, nieprzewidywalnością i... ewidentnym zamiłowaniem autorki do psów :) Teraz wróciłam do jej twórczości, bo potrzebuję relaksu, spokoju i czegoś, co mnie wciągnie. 

Historia Libby i Jansona opisana w "Dobrym uczynku" wciągnęła mnie bardzo. Są w niej zaskakujące zwroty akcji, jest miłość, ale też różnego rodzaju rozterki i do końca nie wiadomo, czy będzie różowo. Mąż Libby to żaden idealny bohater - od samego początku ma sporo za uszami i z każdą stroną ma się ochotę doradzić tej biednej dziewczynie, by po prostu go sobie darowała. Ale Libby to mądra babeczka - robi swoje, podejmuje trudne decyzje i liczy się z uczuciami innych. Nie jest naiwna, nie jest też chyba zakochana, bo jej uczucie to nie motyle w brzuchu, a odpowiedzialność za drugiego człowieka. Kocha i walczy o swoich bliskich. 

dobryiMożna interesująco pisać o małżeńskiej miłości? Można :) I to tak, że czyta się z wypiekami. 

Poza tym książka ta składa się z tajemnic - i to jej kolejny plus. Pojawia się tajemnicza dziewczyna, która traci pamięć, mroczny brat Jansona - Luke i historia hotelu Łabędź, która tylko powierzchownie jest miła i przyjemna. W "Dobrym uczynku" mnóstwo jest niedomówień - wszystkiego dowiadujemy się dopiero na końcu. Czyta się więc wybornie :)

Tłem tej powieści są psy - basset, lord Bob jest opisany jak człowiek. Scena, w której pociesza załamaną Libby, na długo pozostanie w moim sercu. Od pewnego momentu towarzyszy mu waleczna, drobna Fido. A główną ideą hotelu Łabędź jest oczywiście przyjmowanie gości z psami. 

Spora objętość (ponad 400 stron), dużo wzruszeń, ale też poczucia humoru, życiowe dylematy, nieznośna teściowa, niefrasobliwy mąż i mnóstwo zagadek - idealna lektura dla kogoś, kto większość dnia leży w łóżku i chce poczytać coś miłego, ale nie prostackiego. 

Jutro spędzam czas podobnie, biorę się więc za kolejną powieść Lucy Dillon. Mam nadzieję, że będzie równie dobra :)

środa, 06 czerwca 2018

Czasami przestajesz wierzyć w romantyzm. W te wszystkie romantyczne dyrdymały, przypadki, różowe zachody słońca, cudowne zbiegi okoliczności. Po prostu życie staje się dla ciebie prozą i to raczej taką ciężką do przełknięcia. 

Nie piszesz. Nie umiesz już chyba pisać. A na pewno nie o miłości.

Fundujesz więc sobie domowe SPA - malujesz paznokcie, kąpiesz się w olejkach, robisz maseczkę. Relaks. Nie ma romantyzmu, niech przynajmniej będzie coś dla ciała. 

Czujesz się lekko. Włosy zaplatasz w dwa warkocze, żeby się ładnie falowały następnego dnia. Jest całkiem miło, za oknem czerwcowy wieczór. Żal siedzieć w domu. Wkładasz więc dresowe spodnie, podkoszulek i jakiś wiekowy top - pierwszy z brzegu, bo idziesz tylko poczytać nad jezioro (i kompletnie nie interesuje cię, czy zachód słońca będzie różowy). Nie malujesz się - przecież za godzinę idziesz spać. No, może za dwie. 

Wyglądasz... ekologicznie :D Tak to nazwijmy. Mocno ekologicznie. 

Idziesz nad jezioro. 

I nagle zaczynasz grać w komedii romantycznej. Początkowo trudno ci uwierzyć - bo takie rzeczy się nie zdarzają. Nie tobie. Nie tobie w dresie, bez make upu i w wiekowym topie. Ale jednak. Jest magicznie. I trafia się nawet różowy zachód słońca. 

Zapominasz o dresie. O warkoczykach, w których wyglądasz mocno niepoważnie. O kolacji. Wracasz do domu po kilku godzinach. Piszesz post na blogu po północy, chociaż jest środek tygodnia i dawno temu powinnaś spać. 

Do końca nie wiesz, co tu się wydarzyło. Ale cokolwiek to nie było, było przemiłe :) 

Odrealnienie realnego - tego mi było trzeba. Drobny impuls do odszukania dawno zagubionego romantyzmu :) 

sun

01:18, blondyn_i_blondyna83 , Blondyna
Link Komentarze (2) »
środa, 16 maja 2018

#VQRV to spektakl dynamit, jeden z najlepszych, jakie widziałam. Jest dosadny, sensualny i... bolesny. Dotyka spraw, które nosimy na co dzień w sercach. Moja znajoma powiedziała, że podczas jednej ze scen płakała jej dusza. 

Esencja współczesnej Polski i Polaków. Naszych przywar, wad, zwyczajów, świeckich tradycji, polskiego piekiełka. Wszystko aktualne, namacalne i takie znajome - z podwórka, z pracy, ze szkoły, z Facebooka. Po prostu Polska w pigułce - z marszami, awanturami, specyficzną mentalnością, stereotypami. Miażdżąca ocena sytuacji - wręcz wbijająca w fotel, zważywszy na to, że każdy w jakimś stopniu odnajduje w tym spektaklu siebie. 

Na scenie - ku oburzeniu lub zniesmaczeniu niektórych - pojawia się też słowo klucz, czyli SMOLEŃSK. Dla mnie jednak jest ono użyte w odpowiednich proporcjach (to nie jest sztuka o Smoleńsku, na szczęście) i doskonale wyważone. Byłoby nienaturalne, gdyby go zabrakło. Bo przyznajmy, że każdy z nas - chciał czy nie - żył w jakimś stopniu tym wydarzeniem. We #VQRVie Smoleńsk odbija się więc - podobnie jak odbija się nadal w życiu publicznym - nieprzyjemnym łoskotem, który drażni nerwy i receptory słuchowe. 

Nic bardziej nie wkurwia, jak ta pieprzona bezsilność. 

Oprócz Smoleńska i scen w pociągu w pamięci (już na zawsze) pozostaje zestawienie typowej śląskiej baby z fit młodzieńcem. Ukłony dla reżysera (Gabriel Gietzky) - ten fragment #VQRVu to po prostu mistrzostwo. Rozbrajająco prawdziwa jest też charakterystyka właścicieli wynajmowanych mieszkań. Zresztą - wszystko w tym spektaklu jest z życia wzięte. 

Wielkim atutem tego przedstawienia są młodzi aktorzy - absolwenci Szkoły Aktorskiej Teatru Śląskiego - doskonale przygotowani, bardzo zaangażowani i profesjonalni. We #VQRVie nie czuć powiewu młodości - raczej dojrzałość. Jest on jasnym oglądem sytuacji - zapewne dlatego, że powstał na podstawie wypowiedzi tych osób, które w nim występują. Młodych, ale najwyraźniej doświadczonych przez życie. 

Bilet na #VQRV kosztuje zaledwie 15 zł. Spektakl można zobaczyć na Scenie w Malarni Teatru Śląskiego. Jeśli więc ktoś czuje się #vqrviony w ten czy inny sposób, powinien się na niego wybrać. Okazja ku temu będzie jeszcze w maju. Warto! 

Tagi: vqrv
23:28, blondyn_i_blondyna83 , Teatr
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 maja 2018

Wracam Poświatowską, bo dzisiaj przypadają jej 83 urodziny, a już 26 maja w Częstochowie koncert "Puls" zainspirowany jej twórczością. 

poswiatowskaKsiążka Poświatowska we wspomnieniach i inspiracjach została wydana w 2016 roku, ale dopiero teraz miałam okazję spędzić z nią kilka chwil. Zabrałam "Haśkę" na majówkę, na wieś i tam, wśród zieleni, w pełnym słońcu po raz kolejny zgłębiałam jej historię. 

Poezji Haśki i opowieści jej brata, Zbigniewa Mygi, nigdy nie mam dosyć. Dlatego czytało mi się z wielką przyjemnością, bo spora część tej książki to nadmienione w tytule publikacji wspomnienia. Zbigniew Myga ma świetne pióro, ale też poczucie humoru. Zagłębiając się w jego krótkie opowieści dotyczące nie tylko Poświatowskiej, ale całej rodziny, ma się wrażenie wejścia w krąg bardzo sympatycznych osób. Możemy się więc dowiedzieć, jakie słownictwo było używane w domu Haśki, jakie towarzyszyły im zwierzęta, a nawet jakie stosowano kosmetyki i zabiegi upiększające. Interesująca jest też historia rodzinnego domu Poświatowskiej, który w pewnym momencie stał się pracownią innego artysty - Jerzego Kędziory. Zbigniew Myga pokazuje życie swojej siostry "od kuchni", przywołuje rodzinne anegdoty i liczne historie związane z Haliną oraz jej bliskimi. 

Druga część tej publikacji - dla mnie mniej interesująca - to rozmowy z osobami, dla których Halina stała się inspiracją i autorytetem. Rozmowy te przeprowadziła spokrewniona z Poświatowską dziennikarka - Kalina Słomska. Każda z tych osób - a są wśród nich m.in. artyści, aktorzy, poeci - wybrała jeden wiersz Haśki. Pojawia się tu wypowiedź Ewy Lipskiej, Anny Marii Jopek, Muńka Staszczyka i wielu innych, którzy w ten czy inny sposób, mniej lub bardziej metafizycznie spotkali się z Poświatowską. Brakuje rozmowy z moimi ulubieńcami - Januszem Radkiem i Magdą Umer, których interpretacje wierszy Haśki znają wszyscy Polacy.

Całość uzupełniają listy Haliny, liczne fotografie, obrazy, grafiki. Książka jest przepięknie wydana, w twardej oprawie, przeżyła więc moje majówkowe czytanie w ogrodzie i innych okolicznościach przyrody ;) Dla fanów Haśki - lektura obowiązkowa. Dla miłośników poezji - również. Na pewno będę do niej wracać. 

czwartek, 11 stycznia 2018

- Kasia, Egusia nie ma, nie chodzę na spacery, może będziemy się umawiać na jakieś bieganie nad jeziorem czy coś, żeby nie oklapnąć tak do końca? Wiesz, muszę się ruszać i być w formie. 

Po dziesięciu minutach:

- Kasia, może skoczysz do sklepu na drugą stronę po colę? Nie dam dziś rady bez coli. 

Po dwudziestu minutach:

- Magda, kupiłam też chipsy paprykowe, nie mogłam się oprzeć. 

Trudno być fit w środku zimy, gdy umarł ci przyjaciel i główny motywator, a wiosna wydaje się być odległą przygodą, która nigdy się nie przydarzy. 

my2017

Życie bez psa. Cóż to za życie? :( fot. Marta Witek

22:56, blondyn_i_blondyna83 , Blondyna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 26 grudnia 2017

- Wszystkie problemy na twojej biednej, małej głowie - wzdycha mój Tata, ale już po sekundzie się reflektuje - E, w sumie to ja mam małą głowę. Ty masz łeb jak sklep. Dasz radę. 

No, tak. Kto, jeśli nie ja. 

Piszę wyrywkowo, uciekam w fabułę, gdy już mam naprawdę dosyć, a to ostatnio zdarza się często. Może uda mi się tu wrócić, gdy ogarnę wszystkie prace zlecone, kupowanie pralki i bolesne pożegnania. Sercem z Wami.

14:13, blondyn_i_blondyna83 , Blondyna
Link Komentarze (3) »
środa, 15 listopada 2017

ilustrisZdarzają się takie poniedziałki, które odmieniają wszystko. Kiedyś już o tym pisałam - zmiana dekoracji. Dawniej mnie to przerażało - teraz przyjmuję to ze spokojem. Wszystko dobre i wszystko złe. Wszystkie odejścia i wszystkie powroty. Wszystkie zamknięte drzwi i obiecujące możliwości. 

Po prostu czasami zdarza się taki surrealistyczny poniedziałek, który jest jak przetarcie szyby. Nagle wszystko staje się jasne - co jest ważne, a co nie, którędy dalej pójść i jakie podjąć decyzje, o co się można wściekać, a o co nie warto. Co dalej robić. Kogo nazywać przyjacielem. 

Takie poniedziałki dają pewność, że nie można być pewnym, bo "pewność niepewna". Jedyne co można zrobić, to kochać. Póki czas. 

fot. ilustris.pl

23:17, blondyn_i_blondyna83 , Blondyna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 listopada 2017

targikrkPod koniec października po raz kolejny przekonałam się, że nie ma innej imprezy na świecie, która tak by mnie kręciła, jak targi książki. Pomimo tłoku, ścisku, braku tlenu, dzikich stad czytelników, długaśnych kolejek - było po prostu super. Duża w tym zasługa Kasi, która dzielnie torowała mi drogę :)

Same przygotowania do wyjazdu do Krakowa to była przyjemność - przeglądanie harmonogramu spotkań, planowanie, strategia - do kogo w pierwszej kolejności, do kogo później, na którym stoisku sprawdzić, czy są promocje. Na szczęście pojechał z nami Gazela, który wyposażony w odpowiednią listę dokonał błyskawicznych zakupów (w ogóle na zakupy najlepiej z Gazelą, przekonałam się o tym już wielokrotnie). Znalazł też optymalne miejsce do parkowania i tylko dzięki niemu nie staliśmy w korku przez godzinę, jak większość spragnionych czytelniczych emocji nieboraków. 

Jechałam do Krakowa głównie ze względu na Beatę Pawlikowską, której pogodne nastawienie do świata często pomaga mi rozpocząć nowy dzień, ale ten wyjazd całkowicie zdominował Eric Emmanuel Schmitt, autor kultowej książki "Oskar i pani Róża". Cóż za uroczy człowiek! Z wyglądu przypomina trochę poczciwego morświna, ale jak się odezwie (po francusku!), uśmiechnie, to po prostu oczu (i uszu) nie można od niego oderwać. Dostałyśmy się do niego tylko dlatego, że ochroniarze przepuścili nas w pierwszej kolejności - kolejka oczekujących była wprost gigantyczna. Później byłyśmy też na ogólnym spotkaniu, na które Eric przybył mocno spóźniony, bo nie mógł się przecisnąć przez tłum ;) Pięknie opowiadał o swojej najnowszej książce. W ogóle to jest piękny człowiek - do dzisiaj jestem pod wrażeniem. 

ees

Poza Schmittem udało mi się spotkać Piotra Adamczyka - Gazela dopytywał, czy to ten papież ;) Nie, nie ten :P Ten od "Domu tęsknot" i książki "Pożądanie mieszka w szafie", według mnie z dwóch znanych Piotrów Adamczyków - ten ciekawszy :)

kgNa stoisku u Katarzyny Grocholi zorientowałam się, że ona wydała całkiem nową powieść, a ja przytargałam do podpisu moje stare, zaczytane książki (Gazela, spoglądając na moją tasię z książkami: "Magda, czy na targi nie jedzie się po to, by kupować książki, a nie po to, by je tam zwozić?"). Pani Grochola jako jedyna wiedziała, jak obchodzić się z kimś tak nieruchawym jak ja i była w tym bardzo naturalna. Podobno pracowała kiedyś w szpitalu jako salowa. W każdym razie ewidentnie ma wprawę, wyczaiła, że nie podam jej książek, sama po nie sięgnęła, wyszła do mnie zza stoliczka, by zrobić zdjęcie, bardzo fajna, empatyczna babka. No i szybko znalazłyśmy wspólny temat, bo miała bardzo oryginalne skarpetki, które od razu zauważyłam i skomplementowałam - okazało się, że Pani Grochola (tak jak ja) ma słabość do ubrań, w których nikt inny by nie wyszedł ;)

U Pani Gutowskiej-Adamczyk, która w ostatnich latach wysunęła się na prowadzenie w kategorii "moja ulubiona autorka", było jak u mamy, tak rodzinnie i domowo :) Dostałam nawet ciastko z wróżbą i autografy na wszystkich tomach "Cukierni pod Amorem" (które też przytargałam z mojej osobistej biblioteczki).

mga

Na koniec prawie straciłam życie, przeciskając się do Janusza Leona Wiśniewskiego (tego od "Samotności w sieci") i po tym traumatycznym przeżyciu stwierdziłam, że chyba już czas na ostateczną ewakuację ;) Na szczęście jak zwykle mogłam skorzystać z gościnnej kanapy Eli (dziękuję!), odpocząć, posilić się i ruszyć do Tychów, a nie była to łatwa podróż, bo Bydlakiem kołysał orkan Grzegorz :) Na osłodę dostaliśmy od Eli najlepsze ciasto na świecie - wilgotne, pyszne, ze śliwkami i kawałkami czekolady. Niebo w gębie! 

mykrk

Relaks u Eli :)

Wczoraj rozpoczęły się targi w Katowicach, ale w ten weekend z książkami wygrał basen i Robert Kasprzycki. Zresztą nie chciałam się wystawiać na pokusę - w Katowicach zawsze jest mnóstwo antykwariuszy, u których można znaleźć prawdziwe literackie skarby... :) A ja na razie nie mogę inwestować w książki, tylko raczej... w dodatkową półkę na opasłe tomy ;)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
Tagi