Świat książek przeplata się w moim życiu z muzyką i teatrem. Nie jest to jednak kolejny blog z recenzjami - dzielę się tu moimi kulturalnymi inspiracjami i odkryciami, a także emocjami, które chociaż nieuchwytne, można próbować zamknąć w słowie.
sobota, 31 grudnia 2016

Na Sylwka idę do Kasi, do domu będę wracać pieszo. 

- A jaka ma być pogoda? - pyta mnie Kasia, wiedząc, że im zimniej, tym trudniej kierować mi wózkiem. 

- Mroźna. 

- To nie dość, że będziesz pijana, to jeszcze zamarznięta. 

Hahaha, no może nie będzie tak źle. Błażej, który ma mnie odprowadzić, zaoferował, że w najgorszym wypadku może mnie zholować ;) 

Bawcie się dobrze, niech Wam nic nie zamarznie! :) I dużo dobrego w Nowym Roku! 

nowyrok

Moje ulubione selfie z 2016 roku ;)

wtorek, 27 grudnia 2016

Są takie chwile, kiedy człowiek ma pewność, że nic nie dzieje się przypadkiem, że wszystko, co nas spotyka układa się niczym wielki obraz z puzzli. Coś takiego zdarzyło mi się w piątek, tuż przed Wigilią. Pojechałam w ten dzień do Ajkusia, na psi cmentarz, gdzie odbyłam z nim świąteczną pogawędkę. 

Kiedy wracałam, myślałam sobie o nim już bez żalu. O tym, że zawsze będziemy razem - w tym czy innym wymiarze. Jak Jogi i Bubu, jak Wilma i Fred ;) Nie spodziewałam się, że w domu czeka na mnie starannie zapakowany, niezwykły prezent - coś, co dawno temu stworzyła moja znajoma i co przepadło - jak mi się wydawało - na jakimś konkursie czy wystawie. Zupełnie zapomniałam o tej pracy, na której widnieje napis "Razem" i my z Ajkim uchwyceni w pędzie. 

razem

Gapiłam się na tę pracę, próbując zrozumieć, jakim cudem ona znalazła się u mnie - Mama nie znała osoby, która ją przyniosła. Kto ją znalazł albo odkupił? Gapiłam się i nie mogłam uwierzyć, że to dzieje się naprawdę - przeszłość, już oswojona, zapukała do mnie i przypomniała, że "jesteś - a więc musisz minąć, miniesz - a więc to jest piękne". 

Ten niezwykły podarunek stał się klamrą między tym, co było, a tym, co jest i uświadomił mi, że tamto życie już nie wróci, że nie można się ciągle oglądać wstecz. Czas zabrać tobołek doświadczeń i ruszać dalej :) Na szczęście już się tego "dalej" nie boję, raczej czuję radość i zew przygody :)

Na tej pracy ręcznie dopisano kilka razy: "Życie jest cudem". Banał. Ale w kontekście historii mojej i Igora, w kontekście tamtego wieczoru i powrotu z psiego cmentarza, nabiera to głębokiego znaczenia. Bo życie naprawdę jest wielką tajemnicą, którą można odkryć tylko w takich krótkich momentach, gdy doświadczamy, że wszystko ma sens i tworzy niepojętą dla nas całość. 

P.S. Autorkę tego niezwykłego prezentu namierzyłam ;) Agnieszko, dziękuję <3

 

poniedziałek, 26 grudnia 2016

choinkaWstaję rano i spoglądam na moją mocno oryginalną w tym roku choinkę - ubraną w pióra. Widząc moją zadumę nad drzewkiem, Tata mówi:

- Tak, tak, kurczak nadal stoi. Nie odleciał przez noc. 

:D

Aż szkoda, że lada chwila trzeba ją będzie rozebrać i wystawić na balkon, żeby się nie przegrzała. Ale wiosną... wiosną posadzimy ją na wsi! I to jest bardzo przyjemna perspektywa :) 

Tagi: choinka
22:56, blondyn_i_blondyna83 , Całe życie z wariatami
Link Komentarze (2) »
niedziela, 25 grudnia 2016

Trudno skupić się na świętach, gdy głowę ma się zajętą TĄ informacją :) Jest nadzieja, ale jest też mnóstwo pytań i wątpliwości, czuję się więc lekko oszołomiona. Nigdy nie sądziłam, że doczekam takiej chwili. I już nawet nie chodzi o mnie, a o te wszystkie dzieciaki, które rodzą się z SMA - one nie doświadczą już koszmaru tej choroby, lęku i licznych uciążliwości - one po prostu otrzymają cztery razy w roku zastrzyk... i po sprawie! NIEWIARYGODNE!

Przedwczoraj otrzymaliśmy też jeszcze jedną bardzo ważną informację od Fundacji SMA, a mianowicie:

Dzisiaj jesteśmy o krok bliżej do rozszerzonego dostępu do Nusinersenu w Polsce i są coraz większe szanse, że jednak uda się go uruchomić w co najmniej jednym szpitalu. Faktem jest, że do dopełnienia pozostało jeszcze sporo formalności, które pewnie potrwają jeszcze wiele miesięcy, ale już można mieć dużo nadziei. Wasze zaangażowanie w akcję budowania świadomości SMA - jak również niezliczone rozmowy prowadzone przez Fundację SMA w Polsce i za granicą - nareszcie przynoszą wymierny skutek. Nasza Społeczność SMA jest fantastyczna!

Dziękuję więc wszystkim, którzy zaangażowali się w akcję "Tak dla terapii na SMA w Polsce", za wysyłanie listów i robienie zdjęć, bo - jak widać, są efekty! :) Dziękuję za kibicowanie, trzymanie kciuków, za zapał i za to, że po prostu Wam się chciało! Za wiadomości, rozmowy i słowa otuchy! To bardzo budujące mieć takie wsparcie :)

Czekam więc na rozwój wypadków, kompletuję dokumentację medyczną i z nadzieją patrzę w przyszłość :)

A w te święta życzę Wam przede wszystkim nadziei - takiej mocnej i prawdziwej, której nikt i nic Wam nie wypędzi z serca, na przekór sceptykom. Bo jak widać życie zaskakuje i każdego może spotkać wigilijny cud - taki, jaki spotkał w tym roku chorych na SMA :) 

kaczkowski

niedziela, 18 grudnia 2016

nurowskaKiedyś, gdy na wsi zabrakło mi książek do czytania, Ninka przywiozła mi "Rosyjskiego kochanka" Marii Nurowskiej. Pochłonęłam go w bardzo krótkim czasie i z dużą przyjemnością. Potem od Mrówki dostałam "Dom na krawędzi" tej autorki z zastrzeżeniem, że szału nie ma, ale też mi się spodobał. Dlatego "Miłość rano, miłość wieczorem" kupiłam w ciemno na Śląskich Targach Książki. Nie ukrywam, że skusiła mnie autorka, cena (powieść dopadłam w książkach używanych) i wątek powstania warszawskiego. 

Przeczytałam migusiem, przymknęłam oko na mocno przesadzoną witalność głównego bohatera i przekazałam Moni, zapewniając ją, że to fajna lektura na zimowy wieczór. Tymczasem Monia tą książką mocno się rozczarowała, co więcej - trochę się wkurzała podczas jej czytania. Wytknęła autorce błędy merytoryczne, stwierdziła, że od razu wyczuwa się, że to pisze kobieta, a nie facet (narratorem jest mężczyzna), że jeśli nie potrafi pisać jak facet, to niech nie pisze, powiedziała mi, że bohaterowie i ich decyzje ją denerwowały, a poza tym ta historia jest mocno naciągana!

No. Dlatego już nie mam odwagi tej książki polecać. Chyba po prostu musicie ją przeczytać sami. Mnie czytało się szybko i miło :) Ale opinie są podzielone :P

sobota, 17 grudnia 2016

Pod koniec listopada odwiedziłam uczniów z Zespołu Szkół nr 6 w Tychach. Był to swego rodzaju debiut - po raz pierwszy od śmierci Igora wystąpiłam publicznie. Od dłuższego czasu odmawiałam spotkań w bibliotekach i szkołach, nie promowałam też "Cykora". Ale Śląskie Targi Książki stały się zachętą do podjęcia tego typu aktywności. Tym bardziej, że jednocześnie dostałam zaproszenia z trzech szkół. Stwierdziłam więc - pojadę!

I pojechałam :) Byłam dziwnie spokojna, chociaż przecież przez długie miesiące w ogóle nie brałam pod uwagę, że gdzieś jeszcze będę się udzielać. zs6Tymczasem - dałam radę. Opowiedziałam o mnie i o Igorze, o moich książkach i o tym, że marzenia się nie spełniają, tylko marzenia trzeba spełniać :) Sama trzymałam sobie mikrofon, głos mnie nie zawiódł, przekonałam się, że pomimo nadciągającej zimny nadal jestem w świetnej formie. Dzielnie odpowiedziałam też na pytanie, jak radziłam sobie po śmierci Igora - przyznałam, że było mi wtedy bardzo kiepsko. I okazało się, że umiem już o tym wszystkim mówić, że coś się we mnie odblokowało, że to już jest inny poziom emocji - nie ten, w którym płacze się na samo wspomnienie, lecz taki, kiedy udaje się już spokojnie i z uśmiechem wspominać. 

Igor był trochę ze mną, bo na samym początku puściłam młodzieży bardzo stary film zrealizowany przez Radka Kazimierczaka, nieco przeterminowany, ale nadal mi bliski pod wieloma względami. Nie potrafię chyba jeszcze występować bez Igora w tle. Zresztą to on, mój psi Anioł Stróż, był początkiem mojego pisania, moich książek, mojego blogowania - zawsze więc będzie się pojawiał podczas moich spotkań i wystąpień. Bo to od niego wszystko się zaczęło. zs6młodzież

Atmosfera tego spotkania była naprawdę wyjątkowa - młodzież zainteresowana (chyba? przynajmniej takie sprawiali wrażenie :P), zaangażowana (miałam do pomocy technicznego i dwóch chłopaków do noszenia po schodach) i przemiła, wszystko przygotowane tak, jak o to prosiłam, po prostu nic, tylko siedzieć i snuć opowieści :) 

Dziękuję serdecznie Pani Mytkowskiej za zaproszenie, Pani Ani i Pani Magdzie za fantastyczną współpracę, no i oczywiście mojej asystentce Elce, która nie dość, że targała mnie do domu na normalnym wózku, to jeszcze dzielnie dzierżyła torbę, a w niej słodycze i spory bukiet - upominki, które otrzymałam na koniec spotkania. Elka, nie wiem, skąd Ty bierzesz te nadludzkie siły ;)

Przede wszystkim zaś dziękuję Młodzieży, za tak ciepłe przyjęcie <3

Emocji - pozytywnych emocji - było mnóstwo. Miałam wielkie szczęście, że mój "debiut" wypadł akurat w takim miejscu. Dodało mi to skrzydeł i odwagi do kolejnych wystąpień. Jednym słowem - znowu będę się pojawiać z moimi książkami tu i ówdzie :) Do zobaczenia na bibliotecznym szlaku!

kwiatki

Słodkości i kwiatki dostałam na drogę ;)

czwartek, 15 grudnia 2016

Wszystkie moje zimowe problemy zaczynają się zazwyczaj od auta. Tak też było w tym roku - najpierw zepsuł się Bydlak. Niestety, mój ukochany samochód jest w takim wieku (20 lat!), że czasami psuje się ze starości - tym razem pękł nam jakiś przewód. Bywa.

Potem było tylko gorzej. Najpierw dostałam zapalenia oskrzeli, a następnie wyłączyli nam na cały jeden długi dzień ciepłą wodę i ogrzewanie. Siedziałam w łóżku, cherlałam i zastanawiałam się nad zmiennością losu - jednego dnia latam po mieście z czerwoną szminką na ustach, a kolejnego jestem ledwo żywym, ubranym warstwowo, naszpikowanym tabletkami stworem, który nie ma siły na nic. 

uśmiech

Mój doskonale wytrenowany przez ostatnie miesiące optymizm słabł, a uśmiech bladł, pomimo starań, by trzymać fason. W końcu nie takie rzeczy się przeżyło. Zimne grzejniki, lód płynący z kranu i glut w oskrzelach to jeszcze nie koniec świata - chociaż brzmi jak wstęp do apokalipsy i może skutecznie popsuć humor.

Na szczęście z odsieczą przybyła Marta - ze stolnicą (!), wałkiem (!), własnoręcznie zrobionym lukrem, czekoladą i posypką do pierników. Też jej wysiadło auto (co z nimi jest w tym grudniu?!), więc wiozła to wszystko autobusem, a że z komunikacji miejskiej korzysta rzadko, to oczywiście jechała z przygodami. 

Podróż autobusem ze stolnicą, tylko po to, by zrobić komuś świąteczny nastrój - na to może wpaść jedynie Marta. Nikt inny nie miałby tyle fantazji i empatii, by ratować moją magię świąt ;) 

Pierniki wyszły boskie - leżą w pudełku i czekają na swój czas. Mały dowód na to, że słodycze i dobry przyjaciel są w stanie przegonić każdą chandrę :) 

pierniki

P.S. Grudzień jak na razie daje ciała. Ale ma jeszcze szansę, by się zrehabilitować. Może się ogarnie, kto wie. 

Teatr Bez Sceny po raz pierwszy odwiedziłam w wakacje, przy okazji wywiadu, który robiłam z jego twórcą - Andrzejem Dopierałą. Wówczas jednak wnętrza miały zupełnie inny, nieco roboczy charakter, odbiegający od tego, co miałam przyjemność zobaczyć w jedną z listopadowych niedziel.

Lubię małe sceny tworzone z pasją przez kameralne grono - dlatego tak często bywam w Teatrze Korez. Teatr Bez Sceny dodatkowo na wstępie zachwycił mnie prawdziwie domową atmosferą. W oczekiwaniu na spektakl można było usiąść przy stoliku, przegryźć ciastko, posłuchać Sinatry, zerknąć na wiekowy kredens. Przemiło się czekało na spektakl. 

Samo przedstawienie było dla mnie wielkim zaskoczeniem - myślałam, że będą to typowe rozważania na tematy damsko-męskie, a tu - niespodzianka! "Diabelski młyn" składa się z nagłych zwrotów akcji i ze świetnych dialogów. Dużo w tej komedii dramatów, zranień, wzajemnych oskarżeń. Akcja toczy się wartko i niektóre sceny musieliśmy ze znajomymi omówić jeszcze po wyjściu z teatru, by tak naprawdę dotrzeć do ich sedna. Tym właśnie cechuje się dobra sztuka - że zostaje "na człowieku" i potrzeba czasu, by ją ostatecznie zrozumieć i przetrawić. 

diabelski młyn

fot. Teatr Bez Sceny

Na scenie pojawiło się tylko dwoje aktorów (Agnieszka Radzikowska i Andrzej Dopierała), ale iskrzyło między nimi tak, że momentami odwracałam wzrok, bo nie czułam się jak widz, lecz jak... podglądacz. Mała przestrzeń Teatru Bez Sceny sprzyja budowaniu atmosfery intymności i wrażeniu uczestniczenia w czymś, co dzieje się naprawdę.

Sztuka - rewelacyjna, gra aktorska - na najwyższym poziomie, a samo miejsce - bardzo klimatyczne. Na pewno tam wrócę :) 

sobota, 03 grudnia 2016

Listopad - ten nielubiany przeze mnie listopad - był na końcówce tak wypełniony atrakcjami, że nie miałam czasu pisać. W tym roku listopadowa aura zupełnie nie miała na mnie wpływu, no może poza tym, że pierwszy raz mój wózek wpadł w niekontrolowany poślizg ;)

A grudzień... :) Grudzień rozpoczął się bajecznie! Wprawdzie na samym wstępie stałam w jakimś gigantycznym korku, a z nieba leciały tony śniegu, ale chwilę potem zobaczyłam moje radosne, mocno bijące serce w przekroju :) Bezcenne i bardzo pozytywne doświadczenie!

- Daje radę, prawda? - zapytałam lekarza, bo nie byłam pewna, czy jest tak dobrze, jak to wygląda ;)

- I to jak! - odpowiedział zadowolony. 

A więc - kochaj, szalej, nie pytaj, co dalej... ;)

Ciasto na pierniki fermentuje od tygodnia, najważniejsze prezenty kupione, a dostarczone Z Domowego Zacisza bombki czekają na choinkę :D Grudniu, przynieś nam same miłe niespodzianki i piękne chwile!

bombki

fot. Z Domowego Zacisza

16:35, blondyn_i_blondyna83 , Blondyna
Link Dodaj komentarz »
Tagi