Świat książek przeplata się w moim życiu z muzyką i teatrem. Nie jest to jednak kolejny blog z recenzjami - dzielę się tu moimi kulturalnymi inspiracjami i odkryciami, a także emocjami, które chociaż nieuchwytne, można próbować zamknąć w słowie.
sobota, 29 kwietnia 2017

Planujemy z dziewczynami wycieczkę do Warszawy. Pierwszy dzień - Targi Książki. 

- A co robimy w niedzielę? Muzeum Powstania Warszawskiego, Muzeum Żydów, Muzeum Chopina, Centrum Nauki Kopernik, a może Łazienki...? Jakieś propozycje?

- Ja to bym pojechała pod siedzibę TVN-u łapać gwiazdy. 

- A ja na Powązki. 

:D

Jak widać program będzie urozmaicony ;)

warszawa

 

środa, 26 kwietnia 2017

neonPrzy okazji wizyty w Malarni zwiedziłam klimatyczny zakątek pod neonem. Zawsze widywałam go z daleka, w drodze z przystanku lub w galopie na przystanek. Po "Antygonie w Nowym Jorku" w końcu obejrzałam go z bliska. Ale nie o neonie chciałam (chociaż do neonów mam trudną do wyjaśnienia słabość). 

Wychodzę z Malarni, a właściwie unoszę się parę centymetrów nad ziemią, taka jeszcze zamyślona, pełna refleksji, opuszczam te piękne wnętrza, zostawiam za sobą wzruszenia, jestem uduchowiona i szczęśliwa po tej kulturalnej uczcie, mknę w kierunku neonu, który wisi nad Rawą i nagle z drugiego brzegu słyszę: 

- Jebie. Strasznie jebie. Przesuń się, tam może będzie mniej. Pada, to jebie bardziej. 

Kocham ten kraj i wszystkie jego oblicza ;) Nie ma to jak różnorodność. 

fot. Kasia Kowieska (kto się dobrze przyjrzy, ten w tle zobaczy nogi panów, którzy rozmawiali o pogodzie ;)

15:45, blondyn_i_blondyna83 , Blondyna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 kwietnia 2017

Niektórzy skaczą na bungee, a inni otrzymują telefon wieczorową porą zaczynający się od słów:

- Tu doktor... Dzwonię do pani w związku z wynikami badań...

I to naprawdę wystarcza. Nie trzeba z niczego skakać, bo adrenalina trzyma potem przez dłuższy czas. 

P.S. Swoją drogą jakie to miłe i wzruszające, że mocno zapracowana lekarka, której nie zapłaciłam ani złotówki (za to coś tam pewnie wypłacił jej NFZ), dzwoni do mnie wieczorem, by podzielić się ze mną wynikami, na które czekałam od miesiąca. Na pewno to nie były godziny jej pracy, tylko zwyczajne, ludzkie zaangażowanie. Jestem pod wrażeniem :) 

23:01, blondyn_i_blondyna83 , Blondyna
Link Dodaj komentarz »

W Katowicach (oprócz teatrów) najbardziej lubię stare kamienice. Właśnie w takiej mieści się Scena w Malarni Teatru Śląskiego. Muszę przyznać, że całkiem niedawno odwiedziłam ją po raz pierwszy. Nie wiem, jak to się stało, ale zawsze chodziłam na dużą scenę albo na kameralną, a do Malarni - nigdy. 

malarniaselfieTymczasem okazało się, że jest klimat - i to od samego wejścia, a właściwie od podwórka, bo wokół obdrapane, niegdyś kolorowe balkony, na jednej ze ścian budynków bajkowy mural, nieopodal Rawa, a nad nią zawieszony neon "zachód słońca". Taki misz-masz, sztuka wysoka i niska- wszystko na bardzo małej przestrzeni. 


Kolejnym zaskoczeniem była winda - wielka winda towarowa w starej (jak mniemam) kamienicy. W windzie oczywiście lustro i obowiązkowe selfie z Kasią (jakżeby inaczej!:). Bardzo komfortowo i bez schodów dostałam się więc do środka. Panowie z obsługi przemili i zorientowani - po prostu rewelacja. Byłam (i nadal jestem!) pod dużym wrażeniem.  

A na scenie "Antygona w Nowym Jorku" - klasyk. Kilkanaście lat temu oglądałam to przedstawienie w zupełnie innej wersji na Dużej Scenie Teatru Śląskiego. Wtedy mnie przerażało, a teraz - zasmuciło. Bo Antygona w Malarni ma taki nostalgiczny rys - może przez wszędobylski, padający z sufitu śnieg, może przez skromną, wręcz ascetyczną scenografię, a może dzięki eterycznej Krystynie Wiśniewskiej, która gra Anitę. 

W główną rolę (Saszy) wciela się Wiesław Sławik nominowany w tym roku do Złotej Maski. Ale mnie najbardziej podobał się dawno niewidziany Jerzy Głybin, czyli cwaniaczek Pchełka - niby zabawny, a tak naprawdę zagubiony i żyjący mrzonkami. Pchełka jest obrazem wszystkich tych, którzy na co dzień doskonale udają zaradnych i wygadanych, w głębi duszy zaś są samotni, opuszczeni i przerażeni sytuacją, w jakiej się znaleźli. malarnia

W Malarni pojawiła się jeszcze Ewa Leśniak, która mimo wielu świetnych ról cały czas funkcjonuje w mojej świadomości jako ciocia Ewa z programu telewizyjnego dla dzieci ;) Chodzi oczywiście o "Zgadulę" prowadzoną na żywo, którą oglądałam zawsze z wypiekami na twarzy, bezskutecznie próbując się do niej dodzwonić. W "Antygonie" aktorka fenomenalnie zagrała Policjantkę, która występowała głównie wśród publiczności. 

Jednak największe wrażenie w tym spektaklu zrobiło na mnie niezwykle plastyczne Ciało o czarnych oczach, tak ucharakteryzowane, że trudno mi powiedzieć, kto tak naprawdę je grał (w tej roli zamiennie występują Milena Staszuk i Katarzyna Dudek). Nigdy nie widziałam, by w teatralnej przestrzeni ktoś w ten sposób pokazał trupa - co więcej, by trup był tak przeraźliwie blady, smutny i przejmująco pogrążony w beznadziei. Niby nieżywy, ale jednak żywy, bo zdarzało mu się oskarżycielsko spoglądać to na Pchełkę, to na Saszę. Siedziałam w pierwszym rzędzie i bałam się go jak dziecko :D  

"Antygona w Nowym Jorku" co jakiś czas to tu, to tam pokazywana jest na nowo i nigdy się nie nudzi - ani publiczności, ani twórcom, ani aktorom. Bo to naprawdę uniwersalna historia, która - jak pokazuje zakończenie - dotyka każdego z nas. Warto zobaczyć chociaż raz. 

fot. Kasia Kowieska

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

kalendarze"Kalendarze" kupiłam sobie w sierpniu tamtego roku na pocieszenie. Nie pamiętam, z jakiego powodu się pocieszałam, ale każdy pretekst jest dobry, by kupić sobie kolejną książkę, prawda? :) Przeczytałam całą "Cukiernię pod Amorem" Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk i kilka innych powieści tej autorki, byłam więc pewna, że będzie to kolejna literacka uczta, pełna zaskoczeń i niespodzianek. 

Nieco więc się rozczarowałam, bo akcja "Kalendarzy" nie toczy się wartko. Raczej zbudowana jest ze szczegółowych opisów, jest takim specyficznym rejestrem wspomnień. Początkowo więc czekałam, kiedy w końcu coś się wydarzy, a później dałam się nieść tej kojącej opowieści. 

Myślę, że każdy w tej książce znajdzie coś ze swojego dzieciństwa, bo zazwyczaj jako dzieci przeżywamy podobne przygody i mamy typowe dla kilkulatków dylematy. Poza tym nostalgia za tamtym czasem - czasem beztroski jest zawsze taka sama. 

"Kalendarze" to nie tylko spojrzenie wstecz i celebrowanie przeszłości. To również bolesne rozważania o naszej przemijalności i o nieuchronności zachodzących wokół nas zmian. Wszystko kiedyś się kończy - bez względu na to, czy się z tym zgadzamy, czy nie. 

Wielkim atutem tej książki jest język, jakim posługuje się Autorka. Lubię jej styl i narrację, dlatego "Kalendarze" czytałam z dużą przyjemnością. Polecam tę lekturę na długie jesienne wieczory i na zimne, wiosenne popołudnia - takie jakie mamy właśnie teraz :)

niedziela, 23 kwietnia 2017

Najbardziej lubię sztuki, które angażują widza, takie, w których zaciera się granica między aktorami i publicznością. Gdy więc weszłam na scenę kameralną Teatru Śląskiego, a tam już można było zobaczyć występujących w "Kamieniach" artystów, chociaż widzowie dopiero się rozsiadali, poczułam przyjemny, pełen oczekiwania dreszczyk. Od początku można było wyczuć, że będzie się działo!

kamienie

I faktycznie, bo już po dwudziestu kilku minutach wyglądało na to, że główny bohater umarł. Jeden z aktorów dosiadł się do nas i powiedział, żebyśmy się nie martwili, bo przecież zapłaciliśmy za bilety, spektakl trwa, nie ma więc opcji, by Wojciech (Mateusz Znaniecki) naprawdę zszedł ;)

Igranie z losem, czyli podejmowanie dialogu z widzami, czasami może doprowadzić do tego, że sztuka utknie w martwym punkcie i tak było akurat podczas spektaklu, który miałam przyjemność oglądać. Inteligentna publiczność ma w zanadrzu inteligentne odpowiedzi, a do tego także poczucie humoru, momentami więc aktorzy mieli mocno pod górkę. Ale dali radę :)

"Kamienie" to historia korespondenta wojennego Wojciecha Jagielskiego i jego żony Grażyny. Mistrzostwem jest pokazanie tak trudnej relacji w tak krótkim czasie na tak małej scenie. Potrzebna jest do tego ogromna wyobraźnia, ekspresja, ale też wrażliwość. Dynamika tego przedstawienia przypomina pędzącą coraz szybciej karuzelę. Niby wszystko wokół jest cały czas takie samo, ale obrazy zmieniają się i powtarzają, a w końcu zlewają w jedno. 

Tempo nadane przez bohaterów pozwala podskórnie wyczuć napięcie nerwowe, które nękało Grażynę Jagielską przez wiele lat pracy jej męża. Budowanie tego napięcia momentami bywa przerażające, bo dotyka każdego, kto w tę sztukę się zaangażował - a uwierzcie mi, trudno być wobec niej obojętnym. kamienie1

Autotematyzm, dynamika, doskonale dobrane środki wyrazu plus fenomenalna gra młodych aktorów (oprócz Znanieckiego na scenie pojawiają się Katarzyna i Bartłomiej Błaszczyńscy) sprawiają, że "Kamienie" mogę Wam nie tylko polecić, ale też uznać za jeden z lepszych spektakli, jakie oglądałam w ostatnich miesiącach. Trudno się po nich wraca do spokojnej i przewidywalnej rzeczywistości, ale przecież o to chodzi - by teatr dotykał tego, co w nas najwrażliwsze i uśpione pod kołderką codzienności. 

fot. Katarzyna Kowieska

Więcej fotografii na fanpage'u Nieuchwytne

niedziela, 16 kwietnia 2017

wielkanocGdy tylko pozbyłam się kataru i przeziębienia, wpadłam w towarzysko-teatralny wir :) To właśnie w związku z tym zapadła tutaj taka cisza. Recenzji, notek, fotek i wpisów mam w zanadrzu mnóstwo, będę więc systematycznie nadrabiać - a przynajmniej taki jest plan.

Tymczasem nadeszła Wielkanoc, która (jak każde święta) mocno mnie zaskoczyła. To już? Bazie, koszyczek, zajączek? Serio? Przecież dopiero było Boże Narodzenie. 

Na progu wiosny czuję wdzięczność - za wypełnioną po brzegi codzienność, drobne przyjemności, za tych, którzy motywują mnie do działania, za te wszystkie miłe, zabawne i wzruszające chwile, które mi się ostatnio przytrafiały, za poczucie sensu i za plany. Za to, że wciąż tu jestem :) 

Życzę Wam takiej wiosennej wdzięczności. I odrodzenia - cokolwiek to dla Was znaczy. Niech te święta przyniosą nadzieję i wiarę w to, że wszystkie elementy tej dziwnej układanki zwanej życiem tworzą (prędzej czy później) sensowną całość :) 

poniedziałek, 03 kwietnia 2017

Dyskutuję z moim Tatą, lat 59. 

- Tato, ale jesteśmy już starzy, nie?

- Mów za siebie. 

Hahaha :) Bo młodość to ma się w duszy, a nie w metryce. 

ztata

Na tym zdjęciu najlepiej widać, kto z nas dwojga nadal jest piękny i młody - wskazuje na to fryzura ;) Zdjęcie ze stycznia 2016, ale nadal aktualne :)

niedziela, 02 kwietnia 2017

Na piękną niedzielę zostawiam Wam kilka słów o Jowance i jej gangu :) Recenzja ukazała się w "Guliwerze" nr 3/2016.

"Jowanka i Gang spod Gilotyny" Katarzyny Wasilkowskiej to książka o świecie nieszczęśliwych dorosłych i dzieciach, które muszą się odnaleźć w ich rzeczywistości. Maluchy, śledząc dramaty życia codziennego, starają się je nie tylko oswoić, ale też stworzyć swoją, w miarę bezpieczną przestrzeń. 

Spośród dorosłych bohaterów najbardziej przygnębiające wrażenie robi tata Jowanki – opuszczony przez żonę i samotny. Całe dnie spędza przed komputerem, zaniedbując córkę. Dom Jowanki jest więc smutny, pozbawiony serdeczności i ciepłych posiłków, które zastąpione zostały ekspresowymi zupami w kubku. Panuje w nim brud i nieporządek: „Wszędzie fruwały koty z kurzu, leżały rozrzucone ubrania, w kuchni więcej naczyń było brudnych niż umytych”. Dziewczynka praktycznie zajmuje się sobą sama, włócząc się po osiedlu, na które dopiero co się przeprowadziła. Sama też radzi sobie z tęsknotą za matką, po której został jej tylko karton pełen fatałaszków.  

Natomiast mama Tomaszka, kolejnego bohatera tej książki, przeżywa żałobę po stracie męża i „jest ciągle zajęta albo smutna”. Tomaszek musi się nie tylko uporać ze śmiercią ojca, ale też z własnym kalectwem – w wyniku wypadku stracił nogę. Emocje chłopca są tak ogromne, że w nocy męczą go koszmary: „Coraz lepiej wychodziło mu duszenie wrzasku, wrzeszczał coraz rzadziej, chociaż czasem strach tak go zaskakiwał, że nie udawało się ani zębami, ani rękami”. Lęk o bardzo realnych podstawach często nie pozwalał mu zasnąć, męczył go wizjami śmierci matki i rozstaniem z siostrą. 

jowankaW przypadku Tomaszka autorka porusza też bardzo istotny problem, który dotyka wiele dzieci, a mianowicie wspomina, że chłopiec „często nocą wysikiwał cały strach do łóżka. Wtedy gęste zło się rozpływało, bo jak mama przychodziła, to musiało. I było dobre zamieszanie, zmiana prześcieradła, materac na drugą stronę”.  

Jak widać Katarzyna Wasilkowska nie boi się trudnych tematów, pisze o nich wprost. Nie ukrywa więc, że dziadek Franka jest samotny i chce się wyprowadzić do domu starców. „To jak dom dziecka, tylko jeszcze okropniejszy, bo nikt nie biega, tylko wszyscy narzekają” – przekonuje dziadka malec. A jednak starszy pan jest nieugięty i przedstawia jasne, bezlitośnie prawdziwe argumenty, które trudno w jakikolwiek sposób podważyć. Faktem jest, że na co dzień odwiedza go głównie najmłodszy wnuk – cała reszta rodziny zajęta jest swoimi sprawami. 

Autorka nie potępia dorosłych i nie piętnuje ich wad oraz uchybień. Raczej relacjonuje, tym samym pokazując, że każdy z nas, niezależnie od wieku, ma prawo do popełniania błędów. Jednak za te błędy zawsze się płaci – czasami najwyższą cenę. Tak było w przypadku ojca Tomaszka, który pozwolił sobie na jedno piwo (twierdząc, że „jedno piwko to tyle, co nic”) i doprowadził do śmiertelnego w skutkach wypadku. 

W powieści "Jowanka i Gang spod Gilotyny" nie ma prostych rozwiązań i ckliwych scen. Są natomiast życiowe problemy i frustracja, która nawet u małych dzieci może prowadzić do niebezpiecznych zachowań. Główna bohaterka, pozostawiona sama sobie, zaniedbana nie tylko pod względem fizycznym, ale też emocjonalnym, taranuje rowerem koleżanki ze szkoły. Po tym incydencie otrzymuje wsparcie dorosłych, ale i tak najważniejsze jest dla niej to, że w końcu przekonuje się, iż „ma dobrych kolegów”. Ze sfery marzeń o przyjacielu przechodzi do prawdziwej przyjaźni, która tak ważna jest dla każdego młodego człowieka. 

Wydawać by się mogło, że książka Katarzyny Wasilkowskiej jest dosyć mroczna. Byłoby tak pewnie, gdyby wszystkie te historie nie zostały zrównoważone zabawnymi anegdotami i poczuciem humoru. Sporo jest w tej opowieści dialogów i scen, które wywołują uśmiech. Przykładem jest sepleniąca Nikola, która w darze dla Jowanki przynosi „batonowe oszczędności”, czyli kawałki różnych batonów zbierane przez wiele dni, tworzące kolorową masę. 

"Jowanka i Gang spod Gilotyny" porusza ważne tematy, a zarazem pokazuje, że nawet współczesne dzieci mogą przeżyć wielką przygodę, taką, którą zapamiętuje się do końca życia. Wystarczy porzucić komputer i inne elektroniczne zabawki, znaleźć miłych i zaufanych kompanów, a przede wszystkim – mieć głowę pełną pomysłów i bujną wyobraźnię. Jednym słowem – książka ta zachęca do szukania prawdziwych przyjaciół oraz budowania mocnych relacji – takich, których w naszych czasach jest coraz mniej. 

sobota, 01 kwietnia 2017

Po obejrzeniu w wykonaniu Teatru Bez Sceny "Psiunia" i "Diabelskiego młyna" "Mleczarnią" byłam nieco rozczarowana. Dwóch mężczyzn w izbie wytrzeźwień to jednak trochę za mało jak na mój teatralny apetyt. Momentami trudno było się nie wyłączać, bo pojawiało się zbyt dużo wątków i dygresji.  

Ale trzeba przyznać, że sztuka ta ma w sobie wyjątkowy rodzaj nostalgii, tęsknoty za raz na zawsze utraconą arkadią. Bo czy tak naprawdę wszyscy nie jesteśmy jak ci dwaj bohaterowie? Przecież każdy z nas, dorosłych, ma swoją mleczarnię, którą wspomina, ma ukochany zakątek, miejsce, w którym spędził dzieciństwo i ma też izbę wytrzeźwień, w której próbuje się odnaleźć jako dorosły człowiek. 

Oglądając tę sztukę, trzeba podjąć refleksję o upływającym czasie. Czy rzeczywiście szczęśliwi jesteśmy tylko jako dzieci? Czy gubimy na zawsze tamtą radość i beztroskę? Ile osób ranimy, zawodzimy, przemierzając życie? Ile bliskich nam osób bezpowrotnie tracimy? Jak wiele ważnych ludzi "przegapiamy", bo jesteśmy zbyt niedojrzali i niemądrzy?

mleczarnia

Im dalej, tym bardziej refleksyjnie, nostalgicznie, nastrojowo - w dużej mierze za sprawą videoprojekcji, opuszczonych podwórek i bawiących się w tle dzieci. Ale chwilami bywa też - podobnie jak na izbie wytrzeźwień - bardzo dynamicznie, a nawet zabawnie. 

Wydaje mi się, że spektakl ten jest trudny do zagrania - na scenie są przede wszystkim dwaj aktorzy, Andrzej Dopierała i Wiesław Sławik. Dużo tekstu, mało wytchnienia, pełne skupienie, mnóstwo historii do zapamiętania - bo jak się można domyślać życie bohaterów obfitowało w liczne zwroty akcji. Obydwaj Panowie jednak jak zwykle stanęli na wysokości zadania i jak zwykle byli świetni :) 

"Mleczarnia" to spektakl dla widza, który szuka zadumy. Ja na razie (zarówno w życiu jak i w teatrze) szukam niespodzianek :) Ale i tak to przedstawienie zostawiło we mnie ślad - taki "osad" jak po dobrej, chociaż na pewno nie lekkiej lekturze. 

Tagi