Świat książek przeplata się w moim życiu z muzyką i teatrem. Nie jest to jednak kolejny blog z recenzjami - dzielę się tu moimi kulturalnymi inspiracjami i odkryciami, a także emocjami, które chociaż nieuchwytne, można próbować zamknąć w słowie.
wtorek, 27 września 2016

Ze względu na moją kiepską kondycję - a zwłaszcza słaby głos - nie podjęłam się promocji "Cykora". Z przykrością odmawiałam kolejnym szkołom i bibliotekom, które mnie zapraszały na spotkania. Mam nadzieję, że będzie jeszcze okazja do rozmów z młodymi czytelnikami - bo forma coraz lepsza, a po wakacyjnych zadaniach dziennikarskich zlecanych przez Mrówkę nabrałam nieco pewności siebie. Okazało się bowiem, że wciąż daję radę :)

Odtajałam w czasie tego lata. 

Wygrzałam kości. 

Potrenowałam. 

Spędzałam czas z cudownymi ludźmi.

Nabrałam sił.

Dzięki temu w najbliższą niedzielę (2 października) po raz pierwszy oficjalnie wystąpię z "Cykorem". Będę go podpisywać na Śląskich Targach Książki na stoisku Wydawnictwa Literatura (nr 57) przez godzinkę od 14.30. Serdecznie zapraszam i do zobaczenia!

cykor 

piątek, 23 września 2016

Jak widać - nadrabiam zaległości i wrzucam posty jeszcze z wakacji. Dzisiaj ciąg dalszy, czyli recenzja "Psiunia", która ukazała się w "Sztajgerowym Cajtungu" nr 7 (51). 

Podobno w Polsce większość zbrodni jest popełnianych w gronie rodzinnym. Wydaje się to mocno przesadzone, ale gdy obejrzy się „Psiunia”, można się nad tym poważnie zastanowić. Bo okazuje się, że czasami drobny incydent prowadzi do otwartego konfliktu. Bywa, że konflikt ten przeistacza się w zwyczajną, błahą sprzeczkę, ale może też wywołać prawdziwe demony. 

psiunio

W zeszły piątek (19 sierpnia) Teatr Bez Sceny zaprosił nas do domu Zoe (Anna Kadulska) i Alexa (Andrzej Dopierała). Szybko można było zapomnieć, że tak naprawdę znajdujemy się w Chorzowskim Centrum Kultury, bo widownia została przeniesiona na scenę. Aktorzy byli (dosłownie) na wyciągnięcie ręki – podobnie jak ma to miejsce w Teatrze Bez Sceny, który od jakiegoś czasu posiada niezwykle kameralną siedzibę przy ul 3 Maja 11 w Katowicach. 

Trzeba być naprawdę świetnym aktorem, by grać w takiej bliskości widza, który przecież od razu wyłapuje „fałszywą nutę” i wszelkiego rodzaju niedociągnięcia. W „Psiuniu” niedociągnięć nie było – co więcej, historia dojrzałego małżeństwa była opowiedziana tak, że miało się wrażenie, iż przyglądamy się prawdziwemu, narastającemu konfliktowi. 

Konflikt ten rozpoczął się od zaginięcia psa. To wydarzenie było prawdziwym katalizatorem – wspomnień, wzajemnych oskarżeń, żali, ukrytych do tej pory pod ciepłą kołderką codzienności. Żeby nie było zbyt dramatycznie, w sztuce pojawia się też Adam, przyjaciel rodziny, którego rewelacyjnie zagrał Dariusz Wiktorowicz. Nie jest to postać typowo komiczna, ale wnosi sporo humoru. Mimika Wiktorowicza, a także jego sceniczna swoboda budzą wesołość wśród publiczności, natomiast jego przemowa potępiająca psy i ich właścicieli po prostu bawi do łez.  

zpsiuniem


Pies (a raczej jego nieobecność) jest tu motywem przewodnim. Sztuka ta (o dziwo!) łączy zarówno tych, którzy te zwierzęta kochają, jak i tych, którzy je nienawidzą. Z jednej strony mamy tu zatroskaną o los pupila Zoe, z drugiej zaś racjonalnie podchodzących do sprawy mężczyzn. 

Czy pies to tylko zwierzę? A może – jak się często powtarza – to najlepszy przyjaciel człowieka? Ile w nas empatii, a ile zwyczajnego poczucia obowiązku? W jaki sposób pies nas ogranicza? Więcej nam daje, czy raczej zabiera? Wszystkie te pytania można sobie zadać, oglądając spektakl „Psiunio”. Ale to kwestie, które są „na powierzchni” tej sztuki. Jeśli wejdziemy w nią głębiej, zastanowimy się nad tym, jak mało trzeba, by przekreślić całe swoje dotychczasowe życie. Czasami wystarczy jedna noc, jedna szczera rozmowa, by spakować walizki i zacząć wszystko od nowa. 

Anna Kadulska w roli Zoe zachwyca – jej naturalność na scenie, jej troska o Psiunia, jest naprawdę urzekająca. Prezentuje całą paletę emocji – od smutku, przez zazdrość, po stoicki spokój pozbawiony nadziei. Dariusz Wiktorowicz – bawi, a Andrzej Dopierała rolą Alexa pokazuje, że nawet najspokojniejszego mężczyznę można wyprowadzić z równowagi. 

W „Psiuniu” zbrodnia się nie pojawia, ale wisi w powietrzu, bo atmosfera jest ciężka, a w zasięgu ręki znajduje się nóż. Niby jest śmiesznie, ale wnioski są raczej przygnębiające. Bo Teatr Bez Sceny uświadamia, jak pieskie życie prowadzi wielu z nas. 

widownia

fot. Radek Ragan. My z Kubą w pierwszym rzędzie :)

czwartek, 22 września 2016

Przy okazji wizyty w Muzeum Haliny Poświatowskiej, załapałam się od razu na Światowe Dni Młodzieży, ponieważ w Częstochowie gościły właśnie tłumy z całego świata, które wybierały się do Krakowa. Na Jasną Górę poszłam pieszo Aleją Najświętszej Maryi Panny, delektując się samotnością, piękną pogodą i ogólną atmosferą wakacji. Stojąc przy przejściu dla pieszych w wielokolorowym tłumie, wystawiając twarz do słońca, czułam się niczym królowa życia :)

jasnagora

Muszę przyznać, że mój stosunek do Światowych Dni Młodzieży nie był najlepszy - wydawało mi się, że dominuje w nich przerost formy nad treścią. Dopiero tam, w Częstochowie, zrozumiałam fenomen tych spotkań. W życiu nie widziałam tylu kolorów skóry i nie słyszałam tylu języków. Byli tam duchowni, siostry zakonne, chorzy. Tańczyli, modlili się, śpiewali. Czuło się MOC. 

Łaziłam więc, przyglądałam się, uśmiechałam. Załapałam się na pokaz husarii - imponujący! W bazylice był taki tłum, że trudno się było przepchać, ale jakiś Koreańczyk zobaczył moje wahanie i przeprowadził mnie pod sam ołtarz z obrazem Matki Boskiej :) Cała Jasna Góra tętniła życiem i nie chciało się wracać :)

Przeżycie - niezapomniane. Polecam wszystkim, którzy czują się młodzi duchem. Przekaz telewizyjny to jednak nie to samo. Warto tam być!

środa, 21 września 2016

W Muzeum Haliny Poświatowskiej już kiedyś byłam, ale w te wakacje postanowiłam je odwiedzić ponownie. W ostatnich latach stałam się bardziej dojrzałym czytelnikiem i człowiekiem, wiedziałam więc, że na pewno spojrzę na to miejsce z innej perspektywy. 

muzeum

Oczywiście nie doczytałam, że Muzeum jest otwarte tylko w co drugą sobotę (cała ja) i wyglądało na to, że posiedzę sobie w ogródku, w którym kiedyś odpoczywała i pisała Haśka (Muzeum mieści się w parterowym domku, w którym mieszkała poetka). Ogródek nadal jest piękny i zadbany, pojawił się w nim nawet kot, poczułam się więc tak, jakby czas się zatrzymał i jakby zza rogu miała wyjść zaraz sama Poświatowska. 

Zamiast niej pojawiły się inne osoby, dzięki którym jednak udało się wejść do środka i porozmawiać z panem Zbigniewem Mygą, jej bratem. Okazało się, że Muzeum miało być otwarte dla kogoś, kto się zapowiedział i nie przyjechał - ja natomiast przyjechałam i wykorzystałam sprzyjające okoliczności. Po prostu miałam niebywałe szczęście. 

Pan Zbigniew świetnie się trzyma i nic się nie zmienia. Mieliśmy tylko godzinkę, bo wzywały go jakieś obowiązki zawodowe, ale wykorzystaliśmy ten czas maksymalnie. Obejrzałam filmik o Halinie, a potem zasypałam go pytaniami. Byłam świeżo po lekturze "Upartego serca", więc tematów do omówienia było mnóstwo. Na koniec Pan Zbigniew pokazał mi album z wycinkami prasowymi, który wykonała jego mama. 

myga

Brat Haliny Poświatowskiej to nie tylko skarbnica wiedzy na temat poetki, ale też strażnik wspomnień. Za młodu jeździł do siostry do Krakowa na Krupniczą 22 i osobiście poznał twórców, o których ja się uczyłam w szkole i na studiach. Wśród znajomych Haśki była m.in. Szymborska i Grochowiak, a także artyści z Piwnicy pod Baranami. Zbigniew Myga jest świetnym gawędziarzem, z przyjemnością się go słucha, ma też doskonałą pamięć. Wypytywałam więc go i chłonęłam atmosferę tego niezwykłego miejsca - domu, w którym Poświatowska spędziła tyle szczęśliwych, ale też dramatycznych chwil. 

Pan Zbigniew na bieżąco śledzi popularność swojej siostry (a ta stale rośnie!), pokazał mi więc najnowsze ciekawostki wyszperane w Internecie. Wyczuł, że trafił mu się prawdziwie zaangażowany miłośnik Haśki, świetnie więc nam się rozmawiało :) Oczywiście zakupiłam następną książkę (wspomnienia) i dowiedziałam się, że kolejna jest w przygotowaniu

muzeumhp

Byłam (nadal jestem!) pod ogromnym wrażeniem. To zaszczyt i wielka przygoda porozmawiać z kimś, kto przyglądał się niezwykłemu życiu Poświatowskiej z tak bliska, kto dysponuje jej rękopisami i pamiętnikiem jej mamy, kto chce się dzielić swoją wiedzą i wspomnieniami. 

Mój nastrój byłby zapewne bardzo podniosły, gdyby nie fakt, że w czasie tej wizyty towarzyszył mi Tata - człowiek nad wyraz pragmatyczny i odporny na poezję. Skutecznie więc zadbał o to, bym nie unosiła się nad ziemią - najpierw przez długi czas przeżywał, że zapłacił całe 18 zł wstępu. Robił to dyskretnie, mamrocząc sobie pod nosem, ale dokładnie wiedziałam, o co mu chodzi ;) Biedaczek został przeze mnie doprowadzony na skraj bankructwa.

Następnie zaprzyjaźnił się z muzealnym kotem Behemotem, który posturą bardziej przypominał średniej wielkości psa. Razem usadowili się pod piecem w pokoju Haśki i po chwili usłyszałam ciche:

- Magda! Magda! Popatrz! On macha ogonem, gdy go głaszczę!

Hahaha. No, tak, ogon miał bajeczny i faktycznie machał nim jak pies ;)

Na koniec mój Tata... rozkwasił panu Mydze robala na jego białej koszuli - chciał go strzepnąć, ale go rozwalił, zostawiając dobrze widoczną plamę, która na pewno nie była pożądana, zważywszy na to, że pan Zbigniew jechał później do pracy...

Myślałam, że jeszcze chwila, a będę walić głową w ścianę, ale uratowało mnie moje wrodzone poczucie humoru. Wspomnienie miny Taty po owym incydencie bawi mnie do dziś :) Był naprawdę pełen skruchy i nawet porzucił kota. 

W sumie więc było to bardzo intensywne, pełne różnych emocji spotkanie. Do Domu Poezji Haliny Poświatowskiej na pewno jeszcze wrócę - czuję się tam jak u siebie :) A z naszej Ruinki do Częstochowy mamy naprawdę blisko. 

 

 

sobota, 17 września 2016

Halina Poświatowska jest mi wyjątkowo bliska, dlatego kupuję/czytam wszystkie publikacje, które jej dotyczą. Biografia napisana przez Kalinę Błażejowską odleżała jednak swoje na półce - z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że ma duży format i nie mogłam jej czytać na leżąco (a tak czytam najczęściej), a po drugie, bo była już kolejną biografią Poświatowskiej, z którą miałam się zapoznać. Nie korciła mnie więc specjalnie - w końcu znałam tę historię, nie spodziewałam się niczego wyjątkowego. 

Bardzo, bardzo się myliłam - bo ta książka jest wyjątkowa. Po pierwsze napisana jest tak, jakby była fabułą, a nie dokumentem. Autorka zebrała wszystkie dostępne informacje dotyczące poetki i opisała niezwykle szczegółowo jej życie - miesiąc po miesiącu. Korzystała nie tylko z zachowanych listów, pocztówek, wspomnień, ale też z mniej i bardziej oficjalnych dokumentów. W biografię tą włożony jest ogrom pracy - samo zebranie materiałów musiało zająć mnóstwo czasu. Napisana pięknym językiem, bardzo rzetelna - wciąga od pierwszej strony. Życie Poświatowskiej pełne było romansów i nagłych zwrotów akcji, jej historię czyta się więc z wypiekami na twarzy, tym bardziej że Błażejowska nie pomija niczego - także tych nieco wstydliwych faktów. 

hpmuzeum

Muzeum Haliny Poświatowskiej w Częstochowie. fot. Piotr Kulus

Czytałam tę książkę na urlopie i miałam problem, by się od niej oderwać. Z Haliną mamy wiele wspólnego, przeżywałam więc podwójnie - w sumie to przeżywam po dziś dzień. Publikacja wzbogacona jest licznymi, pięknymi zdjęciami - wiele z nich było mi nieznanych.

"Uparte serce" Kaliny Błażejowskiej to bez wątpienia dzieło wybitne i bardzo ważne dla polskiej literatury. Dobrze, że Poświatowska zainteresowała kogoś, kto zdołał tak skrupulatnie opisać jej życie. Dzięki temu czytelnicy mogą ją poznać nie tylko przez pryzmat wierszy, ale też z bliska przyjrzeć się jej osobowości, a była bardzo silną, ambitną kobietą. Książkę tę polecam wszystkim fanom Haśki, ale też tym, którzy po prostu lubią czytać biografie - tej nie można przegapić.

hpczestochowa  Ławeczka Haliny Poświatowskiej w Częstochowie. fot. Magdalena Kulus

środa, 14 września 2016

Lubię te chwile, gdy mogę:

- gapić się nocą na gwieździste niebo (jak posypane brokatem!),

- słuchać, jak spadają liście i płynie Warta,

- zaglądać do ogródków, w których królują pękate dynie,

- łazić nad rzeką w kapeluszu,

- spacerować po terenie, na którym jest więcej zwierząt niż ludzi (ludzi w sumie nie ma tam w ogóle).

kapelusz

Parę dni na słońcu i jestem jak nowa :) Kończę bajkę o jamniku Felku - jeszcze nie wiem, czy Felek "pójdzie w świat", ale co się pośmiałam i powzruszałam przy pisaniu tej książeczki - to moje ;)

zalecze

Tagi