Świat książek przeplata się w moim życiu z muzyką i teatrem. Nie jest to jednak kolejny blog z recenzjami - dzielę się tu moimi kulturalnymi inspiracjami i odkryciami, a także emocjami, które chociaż nieuchwytne, można próbować zamknąć w słowie.
sobota, 04 listopada 2017

Beata Pawlikowska napisała mnóstwo książek, zresztą tworzy je nieustannie i trudno za nią nadążyć ;) Czytam je niechronologicznie, ale systematycznie :) Łapię po prostu to, co akurat jest dostępne w bibliotece. 

Tak trafiłam na kolejną książkę z 2014 roku, która jest fragmentem całego cyklu. Tytuł "Jestem bogiem podświadomości" niespecjalnie do mnie trafiał. Trochę obawiałam się banałów. Ale jak zwykle było bardzo interesująco. 

Ujmujące jest to, że Beata Pawlikowska niczego nie nakazuje i nie zakazuje. Ona jedynie daje wskazówki, jak zmienić swoje życie. Wyjaśnia pewne mechanizmy i opisuje, jak sama borykała się z różnymi problemami. A na końcu podsumowuje, że każdy z nas może sobie egzystować, jak chce i nie robić nic, ale niech potem nie narzeka, że jest mu źle :) Logiczne, prawda?

jbpPawlikowska daje receptę, a kto i czy z niej skorzysta, to już nie jej sprawa. To świetny zabieg, bo czytelnik nie czuje się pouczany i tresowany. Czytanie tej książki to spotkanie z Przyjacielem, który dobrze nam radzi. 

Irytujące w tym poradniku są wtrącenia "O, Jezu". Ogólnie wstawkom około religijnym daleko jest do tradycyjnie pojmowanego chrześcijaństwa. Jeśli ktoś jest mocno wierzący, pewnie z wieloma tezami się nie zgodzi. 

Wszystkim innym serdecznie tę książkę polecam, bo poza życiową mądrością, wskazówkami i żółtymi karteczkami można w niej też znaleźć sporo informacji dotyczących żywienia. Przyznam, że nie spotkałam się jeszcze w literaturze z tak jasnymi i konkretnymi danymi na temat jedzenia. Beata Pawlikowska mówi wprost o tym, w jaki sposób pozyskuje się tanie produkty, co jest dodawane do przetworzonej żywności i w jaki sposób jesteśmy oszukiwani przez producentów i reklamy. Po tej lekturze apetyt na słodycze z hipermarketu znacznie spada, etykiety stają się bardziej zrozumiałe, a świadomość wzrasta. Jest to wiedza wstrząsająca, ale bardzo pożyteczna. I chociaż nadal od czasu do czasu pożeram śledzie z puszki czy prażynki, to wychodzę z założenia, że lepiej wiedzieć ;)

Czyta się szybko, sprzyjają temu rysunki, obrazki, notatki. Jest w tej książce dużo pozytywnej energii i prawdziwej troski o drugiego człowieka. Beata Pawlikowska pisze z serca i to po prostu się czuje. 

jaibeata

Z Beatą Pawlikowską na tegorocznych Targach Książki w Krakowie :)

W ostatnich miesiącach wpadłam w jakąś dziurę czasową i mentalnie nadal jestem na czerwcu. Tymczasem świat gna i wymaga podejmowania coraz to nowych aktywności - ani się obejrzę, a trzeba będzie szykować choinkę. Mój ukochany kalendarz ma coraz mniej kartek do zapisania, a wydaje mi się, że dopiero go kupiłam i otworzyłam na pierwszej stronie. 

Bardzo dużo pracuję i miałam chwilowe problemy z oczami, które odmówiły czytania czarnych znaczków na białym tle, przynajmniej w takich ilościach, jakie im serwowałam. Musiałam więc trochę odpocząć od komputera.

Mój pokój systematycznie zamienia się w mały składzik z książkami - walczą z nimi szminki i błyszczyki, które mam po prostu wszędzie, ale książki są cały czas na prowadzeniu. Czytam Jandę i Pawlikowską na zmianę, czasami wsiąkając w jakiś film, o którym piszą. Jeśli dodamy do tego fakt, że sezon teatralny mamy w pełni, to od razu widać, że jestem bardzo zajęta ;)

jesien

Co jeszcze robiłam, gdy mnie tutaj nie było? Zaliczyłam wakacyjny kurs rosyjskiego, przekonałam się, że nadal jestem rybą w wodzie, zrujnowałam auto mojego kuzyna (Tobiasz, wybacz), dowiedziałam się, że męski zarost pielęgnuje się przy pomocy węgla z Bieszczad (!!), zachwycałam się jesienią, biegałam po Katowicach, doświadczałam i porządkowałam moją bardzo zabałaganioną czasoprzestrzeń. 

I zrozumiałam, że choćby mi oczy wypadały, muszę pisać. Chcę pisać. Niezależnie od tego, ile spadnie na mnie obowiązków. Zrobiłam więc plan notek na bloga i odkopuję moje pomysły na książki. To nie jest czas na postanowienia noworoczne, ale staroroczne - owszem ;) A na pisanie to najlepsza pora roku. Może więc się uda. 

00:30, blondyn_i_blondyna83 , Blondyna
Link Komentarze (3) »
sobota, 07 października 2017

W związku z tym, że wczoraj byłyśmy z Kasią na naszym ulubionym kartoflu, przypomniała mi się pewna wakacyjna historia. 

A mianowicie: po powrocie znad morza Kasia opowiadała mi o swoich wrażeniach. 

- No, a w niedzielę byłam w pierogarni - powiedziała w pewnym momencie. 

- W pierogarni?! - zdziwiłam się. - Kasia, byłaś w Gdańsku, myślałam, że mi opowiesz o Długim Targu, Neptunie, chodzeniu po plaży, o morzu i tak dalej, a ty mi mówisz o pierogarni?!

- Ale to była zajebista pierogarnia - podkreśliła Kasia. 

No, tak. Zrozumiałe. Zwyczajną pierogarnię można sobie odpuścić. Ale zajebistej już nie. I pal licho Neptuna, w końcu do przyszłego roku nie zniknie, a z pierogarnią różnie może być :P 

jedzenie

Napis w jednej z gdańskich knajp. Fot. Kasia Kowieska, miłośniczka jedzenia

Tagi: Jedzenie
23:46, blondyn_i_blondyna83 , Całe życie z wariatami
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 października 2017

Na jednej z moich książkowych kupek "do przeczytania" znalazłam ostatnio powieść Anny Bojarskiej "Bóg pali cygara". Byłam akurat po kilku bardzo słabych pozycjach dedykowanych głównie kobietom i zastanawiałam się, czy na pewno chcę znowu czytać coś takiego. Niestety, współczesna polska proza dla kobiet jest bardzo monotematyczna, przewidywalna i tym samym nudna.

Tymczasem Anna Bojarska miło mnie zaskoczyła. W jej książce nic nie jest przewidywalne, bohaterowie długo ukrywają swoją tożsamość (nawet przed sobą nawzajem), są naprawdę wyjątkowi. Sama historia, gdyby ją streścić, jest banalna - ona i on, cudzoziemcy w Paryżu, w tle piękne widoki i krajobrazy, obydwoje poranieni, specyficzni i potrzebujący miłości. 

bogA jednak Anna Bojarska opowiedziała to w taki sposób, że od książki trudno się oderwać. Przede wszystkim dlatego, że - zwłaszcza na początku - trzeba się mocno skupić, by zrozumieć, kto jest kim i o co w tym wszystkim chodzi. Dużo w tej powieści dialogów, akcja jest dynamiczna, nie zdarzają się trudne do przebrnięcia dłużyzny. 

Wielki plus należy się też za erotykę, która (co ważne!) nie dominuje nad fabułą. Ostatnio jak grzyby po deszczu pojawiają się powieści zbudowane na schemacie akcja-seks-akcja-seks-akcja-jeszcze więcej seksu, przy czym seks opisany jest niczym wykopki na polu - w kółko to samo, bez polotu i wyobraźni. U Anny Bojarskiej o seksie czyta się z apetytem, bo jest sensualny i namiętny, pozbawiony rzemieślniczych, siermiężnych opisów kto, komu i gdzie. 

Podobało mi się również zakończenie, takie słodko-gorzkie, momentami bardzo zabawne, ale na pewno nie ckliwe i mdłe. Trudno osiągnąć w literaturze taki efekt. 

Czytałam z wypiekami, z zainteresowaniem i z prawdziwą przyjemnością. Jeśli literatura dla kobiet - to tylko taka. 

22:36, blondyn_i_blondyna83 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 września 2017

Brnęłam przez tę książkę niczym przez ciemny bór. I to nie dlatego, że jest kiepsko napisana, czy siermiężnie tłumaczona. Jest dobra, ale nasycona takimi treściami, że trudno się ją czyta przed snem. 

kair"Hipokryzja, rozpusta, zdradzone ideały" - czytamy na okładce "Kairu. Historii pewnej kamienicy" Alaa Al Aswany. Ja bym dodała jeszcze wykorzystywane kobiety, podstarzałych erotomanów, zdesperowanych gejów i terroryzm. Jest to mieszanka bardzo przygnębiająca, chociaż zapewne prawdziwa. 

Powieść wpadła mi w ręce niedługo po śmierci Magdy Żuk i uświadomiła mi, że Egipt, który dotychczas kojarzył mi się ze słońcem, wakacjami i luksusem, może być naprawdę niebezpieczny, zwłaszcza dla kogoś, kto nie zna tamtejszych "obyczajów". Z drugiej strony niewyobrażalne wydaje się, że niektórzy żyją tam na co dzień i muszą się po prostu podporządkować - chcą, czy nie chcą.

Oprócz ciekawostek dotyczących współczesnego Egiptu, można w tej książce znaleźć cały wachlarz uczuć i emocji. Miłość, namiętność, zdradę, chęć zemsty, a nawet tragikomiczny konflikt między bratem i siostrą. Bohaterów jest kilku, akcja wartka, ale tak jak pisałam - optymistyczny akcentów w "Kairze" jest niewiele. 

Kto odważny, ten czyta. Mnie raz wystarczyło i na pewno już do tej książki nie wrócę. 

23:32, blondyn_i_blondyna83 , Recenzje
Link Komentarze (1) »
czwartek, 14 września 2017

Wielkimi krokami zbliżają się Targi Książki w Krakowie, a ja tu mam jeszcze dla Was stosik zdjęć, trochę informacji i mnóstwo dobrych wspomnień z majowych Targów Książki w Warszawie. Minęło mnóstwo czasu, wiem, bieżące informacje nie są mocną stroną tego blogu ;) Ale bardzo miło się pisze o tamtych, wiosennych dniach, gdy za oknem jest zimno, ciemno i jesiennie. 

targiwawa

Muszę przyznać, że od wielu lat marzyłam, by stanąć przy tym wejściu. Zawsze, gdy oglądałam/słuchałam relacje z warszawskich targów, chciałam być tam, w centrum wydarzeń, przeciskać się w tłumie, łapać książkowe okazje, mijać celebrytów, przeglądać nowości, biegać między stoiskami, by zdobyć autografy - po prostu poczuć to. No i w końcu się udało! :)

Oczywiście, można powiedzieć, że targi jak targi - takie same są w Krakowie czy Katowicach. Jest jednak parę różnic. Po pierwsze - liczba stoisk, straganów, budek z książkami na targach warszawskich jest po prostu miażdżąca. Trudno mi powiedzieć, ile czasu trzeba mieć, by chociaż pobieżnie zobaczyć wszystko. Nie wiem, czy to jest w ogóle możliwe. Już przed stadionem dostępne były używane książki u antykwariuszy. A w środku można było dostać oczopląsu. 

Dobrze więc, że wypisałam sobie pisarzy, do których chciałam dotrzeć. Nurowska, Rusinek, Zagajewski, poza tym Biedroń i jeszcze kilku, na których ostatecznie zabrakło mi czasu, bo przemieszczanie się (zwłaszcza na wózku) w tym dzikim tłumie zajmowało nam mnóstwo czasu i energii. I to jest następna różnica - liczba zwiedzających. Szpilki nie wetkniesz, wszyscy chodzą sobie po głowach, kolejki kilometrowe. Ale - co trzeba zaznaczyć - stałyśmy tylko w jednej. Okazało się bowiem, że niepełnosprawni mają pierwszeństwo. 

kolejka

Poza tym ogromne przestrzenie. Trochę czasu zajęło nam prześledzenie mapki i zlokalizowanie konkretnych stoisk, a także kierunek poruszania się w tym morzu ludzi.

Najbardziej ciekawa byłam Zagajewskiego, o którym dawno temu uczyłam się na studiach. Może nie powinnam się przyznawać, ale nie miałam pojęcia, że on wydaje też prozę. A na targach jegokoziolek książki były... po 10 zł! Skorzystałam.

Najmilej było u Biedronia :) Nie zawiódł mnie, w życiu jest równie sympatyczny i otwarty, co w internecie. Od razu zagadał mnie i dziewczyny, które mi towarzyszyły, zrobił sobie z nami zdjęcie i wrzucił na swoje Instastory (przy okazji dowiedziałam się, co to takiego :P). 

Pani Nurowska bardzo rozmowna, ale ja już byłam na wykończeniu i za wiele nie pogadałyśmy. Rusinek - jak zwykle - elegancki, uprzejmy, ujmujący. 

Niestety, ze względu na ograniczony czas nie udało mi się dotrzeć na spotkanie z prof. Bralczykiem. Natknęłam się natomiast na idola mych dziecięcych lat - Koziołka Matołka, dowiedziałam się, kim jest Filip Chajzer (cóż za miły człowiek!), na własne oczy zobaczyłam opaleniznę Zygmunta Chajzera i bezgranicznie zakochałam się w aktorze, Marku Bukowskim (w telewizji widać, że jest przystojny, ale na żywo...!). Jednym słowem - wrażeń było pod dostatkiem. Książek też, musiałyśmy kombinować, by niczego nie gubić po drodze, bo byłam na normalnym wózku i ktoś musiał mnie pchać, a wszystkie trzy nieźle się zaopatrzyłyśmy ;) 

Więcej zdjęć do obejrzenia na moim facebookowym profilu. Zbieram siły na Kraków - kolejne święto książki już 26 października :) 

Dziękuję Kasi i Eli za ten fajny czas i spełnione marzenie :) Naprawdę warto tam było być!

fot. Kasia Kowieska, Ela Kamińska

poniedziałek, 11 września 2017

Recenzja ukazała się w czasopiśmie "Guliwer" nr 2/2017:

Niektóre książki dla dzieci czyta się nie tylko z zachwytem i zainteresowaniem, ale też z prawdziwym podziwem. Tak jest w przypadku "Detektywów z klasztornego wzgórza" Zuzanny Orlińskiej, powieści wydanej przez Wydawnictwo Literatura w serii „A to historia!”. Wiele tu faktów i szczegółów, które świadczą o tym, jak dużo pracy i zaangażowania autorka włożyła w ten utwór. 

„Pisząc, korzystałam z mnóstwa książek, dzienników, wspomnień, fotografii, stron internetowych i z ówczesnej prasy. Zdarzało mi się sprawdzać w gazetach z maja 1930 roku prognozę pogody na kolejne dni – tak bardzo zależało mi, żeby wszystko wyglądało jak w rzeczywistości”  – przyznała we wstępie Zuzanna Orlińska. Dlatego powieść ta jest prawdziwą podróżą w czasie. Poza tym nie tylko dostarcza rozrywki na wysokim poziomie, ale jest też nietypową i bardzo przyjemną lekcją historii. 

detektywiJestem więc pełna podziwu, bo "Detektywi…" nie są zwyczajną, miłą i lekką książką dla dzieci. To prawdziwe arcydzieło, które spodoba się każdemu małemu czytelnikowi, a wprawi w zachwyt tych milusińskich, którzy już się w czytaniu „zaprawili” i lubią literaturę z wyższej półki. 

Jest w tej książce wszystko, co podoba się dzieciom – przyjaźń, przygoda, tajemnica. A poza tym pojawiają się wątki typowo kryminalne, takie jak porwanie, uwięzienie i działalność przebiegłych złoczyńców. Sporo w niej zwrotów akcji, bo oto dwoje młodych bohaterów – Bronka i Jerzyk, podejmują się rozwikłania skomplikowanej zagadki. Tylko oni zauważają, jakie zagrożenie wisi nad ich rodzinnym miastem – Czerwińskiem. Niestety, nikt nie bierze pod uwagę ich ostrzeżeń i podejrzeń. Nikt poza samym… Kornelem Makuszyńskim. 

To kolejny zabieg, który sprawia, że powieść ta jest niezwykle wartościowa – pojawiają się w niej autentyczne postacie. „Większość bohaterów tej książki żyła naprawdę, choć w powieści czasami przeżywają wymyślone przygody”  – przyznała autorka i na końcu dodała noty historyczne dla szczególnie zainteresowanych czytelników. Poza krótkimi informacjami biograficznymi są tam zamieszczone również wyjaśnienia, jak na przykład te dotyczące księdza Twardowskiego, który jako chłopiec wybrał się do Kornela Makuszyńskiego i został odprawiony z kwitkiem. Ta historia także została barwnie opisana i wpleciona do fabuły.

Zaprezentowanie tak znanych postaci jak Bolesław Leśmian czy Kazimierz Wierzyński wymaga nie tylko doskonałej znajomości ich losów i przyzwyczajeń, ale też czasów, w których żyli. Na kartach powieści, poza głównymi bohaterami, bardzo często pojawia się też wspomniany Kornel Makuszyński – wyjątkowy przyjaciel dzieci. Pisarz nie został tu w żaden sposób wyidealizowany, wręcz przeciwnie, pokazano jego chwile słabości, a nawet kompleksy. Zapewne Zuzanna Orlińska doskonale się bawiła, wymyślając mu śmiałe i momentami bardzo niebezpieczne przygody. 

Na początku książki zamieszczono mapę Czerwińska, a na końcu – stare zdjęcia. Można dokładnie prześledzić, jakimi trasami przemieszczali się bohaterowie i gdzie toczyła się akcja. Wydanie odpowiada więc temu, jak szczegółowa jest treść.

"Detektywi z klasztornego wzgórza" to jedna z tych książek, która łączy w sobie walory literackie i edukacyjne, jest też doskonałą odpowiedzią na to, czego oczekują młodzi czytelnicy. Jestem przekonana, że żaden z nich nie będzie zawiedziony tą lekturą.

niedziela, 10 września 2017

Mało jest tak sympatycznych rzeczy jak literacka paczka-niespodzianka :) Dostałam taką od wydawnictwa Edycja Świętego Pawła, a w niej - same cudeńka!

Przede wszystkim - codziennik, czyli coś pomiędzy książką a kalendarzem. Stawia się go na biurko i codziennie przerzuca jedną stronę. Codziennik z Edycji Świętego Pawła jest wypełniony złotymi myślami Antoine'a de Saint-Exupery'ego, którego cenię nie tylko za "Małego Księcia", ale też za "Nocny lot". Solidnie wykonany na pewno nie rozsypie się po roku, jest raczej do wieloletniego użytku. Karty są mocne, dobre jakościowo, pięknie ilustrowane i nasycone kolorami. 

Dzięki temu gadżetowi codziennie rano czuję się jak mała dziewczynka i z emocjami podobnymi do tych, które towarzyszyły mi kiedyś przy kalendarzach adwentowych, przerzucam stronę :D Przekłada się je tak łatwo, że mogę to robić sama - mam więc dodatkową frajdę :) Dzisiaj trafiłam na taki cytat:

codziennik

Poza tym w paczce znalazłam też książeczki z cytatami autora "Małego Księcia" na każdą okazję - z życzeniami, dla przyjaciela, z wyrazami miłości, uznania i inne. Wydawnictwo Edycja Świętego Pawła ma ich w ofercie bardzo dużo - w twardych i miękkich oprawach. Są małe, ładne, niedrogie i wartościowe, idealne na prezent (na przykład zamiast czekolady lub kwiatów). Mogą też być subtelnym dowodem pamięci o kimś bliskim. Urzekły mnie od pierwszego wejrzenia :)

książeczki

książeczki2

twardowskiDo tego wszystkiego dorzucono jeszcze "Pytania codzienne na cały rok" ks. Jana Twardowskiego, czyli specyficzny kalndarz z krótką refleksją na każdy dzień. Książka niezbyt duża (można ją zawsze mieć przy sobie), pięknie wydana, w twardej oprawie, ze starannie dobranymi treściami. Świetna także dla tych, którzy niekoniecznie lubią poezję, ale mają tendencje do dłuższych lub krótszych rozmyślań na temat życia. W środku, pod każdym pytaniem jest trochę miejsca na własne notatki. 

Serdecznie dziękuję Agnieszce z Edycji Świętego Pawła za tak piękny prezent :) Z darów korzystam na co dzień, z dużą przyjemnością! A Czytelników (w ramach przygotowań do zimy) zachęcam do odwiedzin na stronie wydawnictwa, bo można tam znaleźć wiele wartościowych lektur - dla Was i dla Waszych bliskich :)

Kiedyś, dawno temu natknęłam się na książkę Kasi Rosickiej-Jaczyńskiej w Empiku. Miałam ją nawet w ręce, ale wtedy czytali ją wszyscy i moja życiowa przekora wygrała. Nie kupiłam. 

Teraz, po latach "Ołówek" całkiem przypadkiem znalazł się w moim domu. Początek mnie trochę zniechęcił, bo przypomniał mi o czymś, o czym staram się nie myśleć - a mianowicie o tym, jak trudna jest sytuacja osób przewlekle chorych w Polsce. Jak nas się traktuje i co większość z nas czeka w przyszłości - łaska i niełaska obcych ludzi. 

olowekBrrr. 

Ale książka jest napisana w taki sposób, że jak już się zacznie ją czytać, to nie można przestać. Wciąga. Wciąga, ponieważ momentami jest przerażająca, by już za chwilę zachwycić czytelnika światem imprez, sławy i bogactwa. Można się też przy niej pośmiać - do łez rozbawił mnie fragment, w którym Kasia próbowała powiedzieć opiekunce "poducha do góry", a ta, zrozpaczona, rozumiała "wynocha do domu". 

Jest w tej książce wiele życiowej prawdy. Takiej prawdy, o której my, chorzy, zazwyczaj nie mówimy. O upokorzeniach i o tym, że te upokorzenia najczęściej trzeba puścić w niepamięć. O uciążliwej fizjologii, która zaczyna dominować nad umysłem i duszą. O opiekunach, którzy tracą cierpliwość i siły, nie mają wsparcia z zewnątrz i cierpią - czasami równie bardzo jak ich podopieczni. O bezwzględności - systemu opieki zdrowotnej w Polsce i ludzi, czasami najbliższych. O bezradności, która wysysa z człowieka ostatnią kroplę nadziei. 

Kasia pisze o tym wszystkim z perspektywy osoby, która doświadczyła w życiu wielu doczesnych uciech. Z samego wierzchołka społecznej piramidy nagle spadła na sam dół i ze zdziwieniem obserwowała, że to, co dotychczas ją spotykało (wycieczki, pieniądze, mężczyźni, sława) to tylko jedna strona medalu. Druga natomiast, która dotyczy wielu osób, to małe piekiełko wypełnione rutyną choroby i cierpienia. 

Czy ta szczerość była w tej książce potrzebna? Czy trzeba było tak bezlitośnie obnażać swoich bliskich - dzieci, rodziców, partnerów? Myślę, że tak. Bo Kasia się nie użalała, tylko relacjonowała. I pokazała, że niezależnie od statusu społecznego i zebranych doświadczeń, wszystkim się w naszym pięknym kraju choruje mało komfortowo. Można nawet rzec - mało ludzko.

Od początku tej książki wiedziałam, jak się skończy (Kasia zmarła rok po jej wydaniu, w 2012 roku). Ale i tak czytałam ją z niegasnącą ciekawością. Bo to jest po prostu świetnie napisana powieść autobiograficzna. Warto ją mieć w swojej biblioteczce, warto do niej wracać. Kasiu, dzięki!

środa, 06 września 2017

ilustrisWszystko zaczęło się od odkurzacza. Potem zepsuł się podnośnik i tego samego dnia przebiłam oponę w wózku. W sumie w ostatnich dwóch tygodniach zdarzyło mi się to trzy razy. Następnie odpadła rura wydechowa w aucie i wyleciał halogen z sufitu w przedpokoju. W niedzielę padł piekarnik, w poniedziałek obudziłam się z bolącym gardłem, wczoraj wywaliło nam korki, a dzisiaj samochód zaświecił diodami i ponownie wylądował u mechanika. 

Wiem, trudno w to uwierzyć. Ale to się chyba nazywa prawo serii. Pytanie tylko, czy to już koniec? Jestem ostrożna, patrzę pod koła, leczę gardło, kicham i na zapas kupiłam cały karton dętek oraz opon. 

Damy radę. Przecież jeszcze tylko pół roku i znowu będzie wiosna :)

fot. ilustris.pl

16:48, blondyn_i_blondyna83 , Blondyna
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
Tagi