Świat książek przeplata się w moim życiu z muzyką i teatrem. Nie jest to jednak kolejny blog z recenzjami - dzielę się tu moimi kulturalnymi inspiracjami i odkryciami, a także emocjami, które chociaż nieuchwytne, można próbować zamknąć w słowie.
niedziela, 10 września 2017

Kiedyś, dawno temu natknęłam się na książkę Kasi Rosickiej-Jaczyńskiej w Empiku. Miałam ją nawet w ręce, ale wtedy czytali ją wszyscy i moja życiowa przekora wygrała. Nie kupiłam. 

Teraz, po latach "Ołówek" całkiem przypadkiem znalazł się w moim domu. Początek mnie trochę zniechęcił, bo przypomniał mi o czymś, o czym staram się nie myśleć - a mianowicie o tym, jak trudna jest sytuacja osób przewlekle chorych w Polsce. Jak nas się traktuje i co większość z nas czeka w przyszłości - łaska i niełaska obcych ludzi. 

olowekBrrr. 

Ale książka jest napisana w taki sposób, że jak już się zacznie ją czytać, to nie można przestać. Wciąga. Wciąga, ponieważ momentami jest przerażająca, by już za chwilę zachwycić czytelnika światem imprez, sławy i bogactwa. Można się też przy niej pośmiać - do łez rozbawił mnie fragment, w którym Kasia próbowała powiedzieć opiekunce "poducha do góry", a ta, zrozpaczona, rozumiała "wynocha do domu". 

Jest w tej książce wiele życiowej prawdy. Takiej prawdy, o której my, chorzy, zazwyczaj nie mówimy. O upokorzeniach i o tym, że te upokorzenia najczęściej trzeba puścić w niepamięć. O uciążliwej fizjologii, która zaczyna dominować nad umysłem i duszą. O opiekunach, którzy tracą cierpliwość i siły, nie mają wsparcia z zewnątrz i cierpią - czasami równie bardzo jak ich podopieczni. O bezwzględności - systemu opieki zdrowotnej w Polsce i ludzi, czasami najbliższych. O bezradności, która wysysa z człowieka ostatnią kroplę nadziei. 

Kasia pisze o tym wszystkim z perspektywy osoby, która doświadczyła w życiu wielu doczesnych uciech. Z samego wierzchołka społecznej piramidy nagle spadła na sam dół i ze zdziwieniem obserwowała, że to, co dotychczas ją spotykało (wycieczki, pieniądze, mężczyźni, sława) to tylko jedna strona medalu. Druga natomiast, która dotyczy wielu osób, to małe piekiełko wypełnione rutyną choroby i cierpienia. 

Czy ta szczerość była w tej książce potrzebna? Czy trzeba było tak bezlitośnie obnażać swoich bliskich - dzieci, rodziców, partnerów? Myślę, że tak. Bo Kasia się nie użalała, tylko relacjonowała. I pokazała, że niezależnie od statusu społecznego i zebranych doświadczeń, wszystkim się w naszym pięknym kraju choruje mało komfortowo. Można nawet rzec - mało ludzko.

Od początku tej książki wiedziałam, jak się skończy (Kasia zmarła rok po jej wydaniu, w 2012 roku). Ale i tak czytałam ją z niegasnącą ciekawością. Bo to jest po prostu świetnie napisana powieść autobiograficzna. Warto ją mieć w swojej biblioteczce, warto do niej wracać. Kasiu, dzięki!

środa, 06 września 2017

ilustrisWszystko zaczęło się od odkurzacza. Potem zepsuł się podnośnik i tego samego dnia przebiłam oponę w wózku. W sumie w ostatnich dwóch tygodniach zdarzyło mi się to trzy razy. Następnie odpadła rura wydechowa w aucie i wyleciał halogen z sufitu w przedpokoju. W niedzielę padł piekarnik, w poniedziałek obudziłam się z bolącym gardłem, wczoraj wywaliło nam korki, a dzisiaj samochód zaświecił diodami i ponownie wylądował u mechanika. 

Wiem, trudno w to uwierzyć. Ale to się chyba nazywa prawo serii. Pytanie tylko, czy to już koniec? Jestem ostrożna, patrzę pod koła, leczę gardło, kicham i na zapas kupiłam cały karton dętek oraz opon. 

Damy radę. Przecież jeszcze tylko pół roku i znowu będzie wiosna :)

fot. ilustris.pl

16:48, blondyn_i_blondyna83 , Blondyna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 31 sierpnia 2017

czyzewski1Pan Andrzej Czyżewski łączy w sobie to, co jest mi najbliższe, czyli Tychy i literaturę. Architekt, który wraz z ekipą z Miastoprojektu tworzył moje miasto, z zamiłowania fotograf, prywatnie - brat cioteczny, biograf i spadkobierca Marka Hłaski. Postać niezwykle barwna, a przy tym wszystkim - bardzo skromna. 

Piszę o Panu Andrzeju w czasie teraźniejszym, bo jestem pewna, że chociaż namacalnie go tu już nie ma, to on nadal jest - w miejscach, które kochał i projektował. Pamięta o nim nasze Muzeum Miejskie, które zorganizowało poświęconą mu wystawę. Zebrano na niej pamiątki dotyczące każdej z jego aktywności. Widać po nich, jak bardzo Pan Andrzej był wszechstronny i jak wiele w swoim życiu zdziałał. Wystawę miałam okazję zobaczyć podczas spotkania wspomnieniowego, które odbyło się w lipcu. Uczestniczyła w nim m.in. córka Pana Andrzeja, która zdradziła, że oprócz biografii Marka Hłaski jej tata zostawił również nieopublikowany jeszcze pamiętnik. 

Przyznam, że wątki literackie w życiu Pana Andrzeja interesują mnie najbardziej. Poznaliśmy się zresztą kilka dobrych lat temu podczas "Niedzieli z książką" na tyskim placu Baczyńskiego. Byłam już wtedy zaopatrzona w opasły tom "Pięknego dwudziestoletniego" i otrzymałam (jakże cenny!) autograf. Od tamtej pory śledziłam poczynania tego niezwykłego człowieka, współtowarzysza dziecięcych zabaw jednego z najbardziej popularnych polskich autorów. Tylko Pan Andrzej mógł tak skrupulatnie opisać życie Marka Hłaski. Tylko on miał dostęp do dokumentów, listów, a przede wszystkim - do wspomnień. Na szczęście wykorzystał wszystkie te "narzędzia" i zostawił nam nie tylko biografię swojego ciotecznego brata, ale przede wszystkim świetnie napisane dziełohlasko literackie. 

Mam więc nadzieję, że także jego pamiętniki - zapewne bardzo "tyskie" - również ujrzą światło dzienne. Żałuję jedynie, że nikt nie napisał książki o Panu Andrzeju wtedy, gdy jeszcze z nami był. To był człowiek historia, który wiele widział i wiele przeżył. 

Wystawę poświęconą Panu Andrzejowi można oglądać tylko do końca września. Ekspozycja zainteresuje tyszan, literaturoznawców, architektów i wszystkich, którzy chcieliby się przekonać, jak wiele można dokonać podczas jednego, podarowanego nam w prezencie życia. Pan Andrzej optymalnie wykorzystał swój czas i pozostawił po sobie wiele dobrego - zaprojektowane przez niego obiekty, publikacje, zdjęcia.

Na mnie robi to wrażenie. Polecam z serca.

 czyzewski

Z Panem Andrzejem podczas "Niedzieli z książką" na tyskim placu Baczyńskiego. 2013 rok.

sobota, 19 sierpnia 2017

grażynaDzisiaj, z okazji soboty, dawno obiecany wywiad z Grażyną Bułką, jedną z najbardziej popularnych aktorek na Śląsku. Na co dzień można ją zobaczyć w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego i w Teatrze Korez. Za monodram „Mianujom mnie Hanka” otrzymała w tym roku Złotą Maskę w kategorii najlepsza rola kobieca. 

Wywiad ukazał się w "Sztajgerowym Cajtungu" nr 2(53).

Magdalena Kulus: Czy wakacje to dobry czas na teatr?

Grażyna Bułka: Na teatr jest zawsze dobry czas bez względu na to, czy są wakacje, czy jest zima. W wakacje większość teatrów ma przerwę, więc w lecie widzowie są stęsknieni za teatrem. 

M.K.: A czy masz czas na urlop?

G.B.: Mam. Często zdarzało się w moim życiu, że te wakacje były podzielone na pracę i odpoczynek, ale od pewnego czasu, od kiedy Grażyna Bułka trochę się zestarzała (śmiech), postanowiłam, że wakacje są tylko dla mnie. To jest czas, kiedy mogę naładować baterie, kiedy muszę odpocząć po intensywnym sezonie – innej możliwości nie ma. W tym roku w wakacje gram tylko raz – podczas Chorzowskiego Teatru Ogrodowego. 

M.K.: Widzowie Chorzowskiego Teatru Ogrodowego będą cię mogli zobaczyć w monodramie „Mianujom mnie Hanka”. O czym on jest i dlaczego trzeba go obejrzeć?

G.B.: Przyznam, że nie jestem w stanie ubrać w słowa, dlaczego ta „Hanka” jest taka ważna, bo ona jest ważna dla różnych ludzi w różnym stopniu. Dla mnie jest ważna prywatnie i zawodowo, ponieważ takie teksty (ten napisał Alojzy Lysko) zdarzają się czasami raz na całe życie. Mnie na szczęście zdarzyło się to drugi raz, dlatego że pierwszym takim wspaniałym tekstem jest dla mnie „Cholonek” Janoscha. Natomiast „Hanka” jest spektaklem, który porusza każde pokolenie, bez względu na to, czy ma się dwadzieścia, czy sto lat. Nawet nie trzeba go oglądać, wystarczy posłuchać, by go przeżyć tak, jak ja go przeżywam i jak przeżyli go widzowie, liczeni w setkach, którzy już go zobaczyli. To jest historia kobiety, jej życia, zmagań, upadków i wzlotów, pokazana przez pryzmat całej zawieruchy wojennej, która przetoczyła się przez nasz kraj, a przede wszystkim przez Śląsk. Dotyczy też plebiscytu i odpowiedzi na pytanie: kim jestem? Kim my, Ślązacy, jesteśmy? Ten spektakl jest też ważny dla „nieślązaków”, żeby zrozumieli na czym polega ta nasza śląska historia, która jest diametralnie inna od historii Polski. Dlaczego ona jest taka, dlaczego jest tak bolesna, dlaczego my ciągle do niej wracamy i dlaczego musimy ją wszystkim spoza Śląska tłumaczyć. Spektakl ten jest też fantastyczny ze względu na warstwę językową, dlatego że pan Lysko napisał tekst piękną, szlachetną gwarą śląską, a ja bym powiedziała: językiem śląskim. Językiem, za pomocą którego mogę wyrazić wszystkie uczucia ludzkie. Jest tak bogaty w słownictwo, że bardzo przyjemnie się go słucha. Historia Hanki jest dla mnie dodatkowo poruszająca, bo jej losy dotykają w pewnym sensie losów mojej rodziny. Tak naprawdę każdy Ślązak przeżył podobną historię. Dlatego wszystkich na to przedstawienie serdecznie zapraszam. Każdy, kto przyjdzie i poświęci mi te 75 minut, sam sobie odpowie na pytanie, czy było warto. Mój przyjaciel, Darek Niebudek, który je obejrzał, powiedział, że życzy mi, żebym grała ten spektakl jak najdłużej, bo za pomocą tego monodramu jesteśmy w stanie ludziom wytłumaczyć, o co nam chodzi w temacie śląskości. To jest edukacja poprzez teatr, a nie przez zagmatwane tłumaczenia i uczenie się historii. Trzeba tego posłuchać i zobaczyć, jak przez życie jednej kobiety wiele się przetoczyło. Ona zbiera to życie jak nitki w swoich ostatnich dniach i wspomina. Co nie znaczy, że „Hanka” jest tylko smutna, bo jest to momentami bardzo zabawne przedstawienie. Tak jak w życiu, które jest przecież słodko-gorzkie.hanka

M.K.: Tak jak wspomniałaś, przez 75 minut sama występujesz na scenie. To jest chyba trudne zadanie? 

G.B.: To jest najtrudniejsze zadanie aktorskie i najtrudniejsza forma teatru. Nigdy nie chciałam grać monodramów, ale one dwukrotnie odnalazły mnie same. Najpierw była „Poczekalnia”, którą zrobiłam w zasadzie dla mojego syna, bo to on tę sztukę napisał. To miało być moje ostatnie wykonanie monodramu (śmiech), ale Mirek Neinert, dyrektor Teatru Korez, wziął mnie „pod włos” i znienacka dał mi tekst „Hanki”. Przeczytałam i wiedziałam, że to jest to...

M.K.: Że zagrasz.

G.B.: Powiem ci, że ja nawet nie wiem, czy ja to gram. Kiedyś jedna dziennikarka zapytała, dlaczego ja ten spektakl tak przeżywam. A ja jej wyjaśniłam, że nie znam innego aktorstwa. Moje aktorstwo polega na tym, że się angażuję, nie potrafię grać „sposobem”. Jest jakaś forma, którą trzeba sobie narzucić, ale ja zazwyczaj, zwłaszcza takie trudne teksty, staram się odtwarzać sercem i duszą. 

M.K.: A jak wyglądały przygotowania? Na co kładliście szczególny nacisk?

G.B.: Tak jak mówiłyśmy, ten spektakl to jest godzina i piętnaście minut gadania. Do tego są piosenki. Całe zeszłe lato, z dwutygodniową przerwą na urlop, uczyłam się tekstu. Dlatego, że tylko dosłowne odwzorowanie tego, co zostało napisane przez pana Alojzego Lyskę, ma sens. W „Hance” nie można mówić własnymi słowami ani improwizować. Ten język jest dosyć trudny, skomplikowany, nawet dla mnie, chociaż ja go znam od dzieciństwa, bo wyssałam go z mlekiem matki. Różni się też trochę od tego, którego się nauczyłam. Jest w nim bardzo dużo starośląskich zwrotów, składnia jest nieco inna. Trzeba więc było się tego nauczyć. To trwało mniej więcej dwa miesiące. A potem to już szło. Z Mirkiem Neinertem (reżyserem "Mianujom mnie Hanka", M.K.) rozumieliśmy się bez słów. On fantastycznie potrafił mnie poprowadzić. Dał mi dużo swobody, był takim moim nauczycielem i mistrzem, który potrafił mnie uruchomić i zatrzymać w odpowiednim momencie. Te próby zazwyczaj kończyły się tak, że oboje bardzo się wzruszaliśmy. Razem płakaliśmy, to było dla nas takie oczyszczenie. Dla mnie do dziś to przedstawienie jest formą katharsis. Po każdym spektaklu czuję trud i przyjemność. 

M.K.: Słyszałam, że bardzo często po nim płaczesz.

G.B.: Tak. I na nim, i po nim. 

M.K.: Z czego to wynika?

G.B.: Mając pięćdziesiąt parę lat, ma się już jakieś doświadczenie życiowe. Jestem matką dwóch synów, mam swoje problemy, także zdrowotne i jak mówię o pewnych rzeczach słowami Hanki, to czasami wyobrażam sobie siebie w takiej sytuacji. Nie potrafię nad tym przejść do porządku dziennego. To dlatego ten spektakl tyle mnie kosztuje. 

hanka1

M.K.: Widzowie też się wzruszają i czasami podejmują z tobą dialog.

G.B.: Też się zdarza. Czasami nawet ich do tego zachęcam. Często, gdy opowiadam jakąś historię, to potwierdzają, że tak właśnie było. Namawiam ich też do śpiewania razem ze mną. I oni śpiewają. Na początku musiałam być na „Hance” stuprocentowo skupiona, teraz w sumie też, ale mam na tyle ten tekst osadzony, że mogę sobie czasami pozwolić na kontakt z widzem. To jest żywy teatr. W pewnym momencie przestaję to traktować jak teatr, a zaczynam to odbierać jak spotkanie. Niektórzy twierdzą, że ten spektakl wymyka się spod jakichkolwiek definicji. 

M.K.: Czy mogłabyś powiedzieć też coś o rekwizytach? W „Hance” jest ich niewiele, ale wiem, że mają dla ciebie duże znaczenie. 

G.B.: Tak. Gram w sukience mojej mamy. Wyszukiwałam rekwizyty właśnie u niej. Szukałam głównie starych zdjęć i przy okazji otworzyłam szafę mojego ojca, który nie żyje już prawie trzydzieści lat. W jednej z szuflad znalazłam jego stare okulary. Nikt nie pamiętał, że one tam są. Rogowe, duże, piękne okulary mojego taty. Wprawiłam do nich nowe szkła i w nich gram. Sukienka mamy, okulary taty i mam poczucie, że oni są ze mną. 

M.K.: Czy te rekwizyty nie są symbolem ciągłości pokoleń, znakiem, że ta nasza śląskość przechodzi z pokolenia na pokolenie?

G.B.: Pięknie to powiedziałaś i ty jako pierwsza to nazwałaś… Ja po prostu to czułam, wiedziałam, że muszę mieć jakiś element od mojej mamy, nie sądziłam, że znajdę coś osobistego po moim tacie. I faktycznie, to jest taka ciągłość. To jest taka moja nić, która wiąże mnie z XX wiekiem.  

M.K.: Wracając jeszcze do języka Hanki, wspominałaś, że nie jest on najłatwiejszy. Czy ktoś, kto zna słabo gwarę albo w ogóle, może przyjść na ten spektakl?hanka2

G.B.: Nawet powinien. W języku Alojzego Lyski jest bardzo mało niemieckich zwrotów. To jest czysty, śląski język i on jest bardziej zrozumiały dla osób spoza Śląska niż ten, którym się posługujemy teraz, bo nasz język jest bardziej zniemczony. Oczywiście, nawet ja znalazłam tam takie słowa, których nie rozumiałam, tłumaczył mi je pan Alojzy.

M.K.: Śląskie przedstawienia, w których występujesz w Korezie, czyli „Cholonek” i „Mianujom mnie Hanka” cieszą się ogromnym zainteresowaniem widzów. Jak myślisz, z czego to wynika?

G.B.: Chyba najbardziej z tęsknoty. W grę wchodzi też sentyment, chęć powrotu do młodych lat i pokazania swoim wnukom świata, którego już nie ma. Bo tego Śląska, który ja pamiętam z dzieciństwa, już nie ma i on nigdy nie wróci. Kiedyś, jak była Barbórka, to od rana grały orkiestry, szło się na mszę, były akademie w domach kultury, potem tata brał mnie na kopalnię – bo mój tata to był naprawdę fajny Ślązak… No i widzisz, jak ja mogę być inna, jak z każdej strony dotyka mnie coś, co jest z tym Śląskiem związane! Ale wracając do przedstawień, to muszę powiedzieć, że my niejedno młode pokolenie wychowaliśmy już na „Cholonku”. „Hankę” też zdarza mi się grać dla młodzieży i trzeba przyznać, że młodzież pięknie przyjmuje to przedstawienie, wzrusza się. Cieszę się, że panuje teraz swego rodzaju moda na śląskość. Oczywiście nieskromnie powiem, że mam nadzieję, że widzowie przychodzą też na te spektakle ze względu na mnie (śmiech).

M.K.: Właśnie chciałam to powiedzieć – że spektakle te przyciągają po prostu świetną obsadą (śmiech). A jak myślisz, czy ta kultywowana przez ciebie śląskość ma szansę przetrwać? 

G.B.: Mam nadzieję, że przetrwa. Robię wszystko, żeby przetrwała. Sądzę, że wielu jest takich jak ja. Dopóki żyje język, dopóty żyje kultura. I dlatego my tak bardzo o ten śląski język walczymy.

fot. selfie z Grażyną - Grażyna Bułka, reszta fotek Radek Ragan.



piątek, 18 sierpnia 2017

Kupiłam sobie sportowy stanik do biegania. To się nazywa wizualizacja ;)

Tymczasem jednak, w oczekiwaniu aż stanik zadziała ;), nabyłam nowe akumulatory do wózka i ostatnio buszowałam na wsi. Mój dzienny rekord to 14 km w kółkach. Lato, lato, nie odchodź! 

wies

Na jednym z moich ulubionych wiejskich szlaków :)

piątek, 11 sierpnia 2017

Recenzja ukazała się w czasopiśmie "Guliwer" nr 2/2017:

"Tiramisu z truskawkami" to kolejna apetyczna powieść Joanny Jagiełło. Przypomnijmy – pierwsza w tej serii ukazała się "Kawa z kardamonem", a druga część to "Czekolada z chili". Wszystkie świetnie napisane, wzbudziły entuzjazm krytyków i czytelników. Nie dziwne – Joanna Jagiełło ma doskonałe pióro i podejmuje niezwykle ważne, chociaż trudne tematy. 

Trzeba przyznać, że w "Tiramisu z truskawkami" jest ich wyjątkowo dużo. Uzależnienie od narkotyków, samookaleczanie, bulimia, anoreksja, depresja, ciąża u nastolatki, nieuczciwi pracodawcy, hejt – to sporo wątków jak na jedną, niezbyt obszerną powieść. Dlatego atmosfera tej książki wcale nie jest słodka, wręcz przeciwnie – im dalej, tym mroczniej. Dwie pierwsze części serii czytałam z dużą przyjemnością, przy tej natomiast musiałam od czasu do czasu robić sobie przerwę. Okazuje się bowiem, że współczesna młodzież tylko pozornie ma idealne warunki do rozwoju. Tak naprawdę często boryka się z samotnością, jest nieszczęśliwa i narażona na różnego rodzaju pułapki. 

tiramisuJedną z nich są zaburzenia odżywiania. Nastolatki pragną wyglądać pięknie, zaczynają się więc odchudzać. Nie ma nic złego w zdrowym jedzeniu i aktywnym stylu życia, ale na przykładzie jednej z bohaterek – Natalii, możemy zaobserwować, jak niewinne ograniczanie posiłków przeradza się w obsesję i prowadzi do całkowitego wycieńczenia organizmu. Joanna Jagiełło nie tylko opisuje cały proces, ale też podaje kilka informacji, faktów dotyczących bulimii i anoreksji. To one robią na czytelniku największe wrażenie. Bo mało kto zdaje sobie sprawę, że osoba chorująca na bulimię może umrzeć z powodu pęknięcia żołądka. Takie drastyczne obrazy uświadamiają, jak niebezpieczne są tego typu choroby i do czego w ostateczności mogą prowadzić. 

To właśnie jedzeniu (a raczej niejedzeniu) autorka poświęciła najwięcej uwagi. Z jednej strony mamy Natalię, która liczy dosłownie każdą kalorię, z drugiej zaś – Linkę, która potrafi się delektować każdym kęsem. Ich stosunek do jedzenia bezpośrednio przekłada się na stosunek do własnego ciała. Natalia jest wobec niego surowym sędzią, tymczasem Linka coraz lepiej je poznaje, akceptuje i docenia.  

Afirmacja ciała i jego degradacja – bohaterki, chociaż są rówieśniczkami – mają zupełnie różne podejście do tego samego zagadnienia. Tym samym Joanna Jagiełło pokazuje, jak ogromne znaczenie w życiu nastolatek ma fizyczność, wygląd i wszystko, co z nim związane, ile emocji wywołuje szeroko pojęta cielesność. Żyjąc w grupie rówieśniczej nie tylko nie można odstawać – przede wszystkim nie można wyglądać źle, czyli grubo. Nadwaga jest wśród nastolatków mocno piętnowana. Z drugiej jednak strony czas szkoły średniej to bardzo często moment, w którym zaczynamy poznawać swoje ciało, rozumieć je i z nim współpracować. Wiąże się to zazwyczaj z inicjacją seksualną i pierwszymi związkami, w jakie wchodzi młody człowiek. 

I tutaj autorka zdobywa się na wyjątkową szczerość, bo ujawnia, że wiele nastolatek współżyje, ale się do tego nie przyznaje, ponieważ jest to źle odbierane przez dorosłych. Pojawia się pytanie o dojrzałość – kiedy tak naprawdę stajemy się dorośli? Czy wtedy, gdy kończymy osiemnaście lat? A może wówczas, gdy wyprowadzamy się z rodzinnego domu? Czy granicą dorosłości staje się podejmowanie decyzji, także tych o współżyciu? „Za pół roku z okładem będę pełnoletnia. Wreszcie stanę się pełnoprawnym człowiekiem”  – myśli Linka, która z racji wieku nie może pójść sama do ginekologa. Kupuje więc tabletki antykoncepcyjne przez Internet, zażywa je niezgodnie z instrukcją i zachodzi w ciążę. 

Joanna Jagiełło obala więc mit, że młodociane matki to lekkomyślne panienki lekkich obyczajów. Dokładnie opisuje historię Linki, która jest świadoma konsekwencji, jakie niesie ze sobą współżycie. Dziewczyna jest odpowiedzialna, podejmuje liczne próby zdobycia środków antykoncepcyjnych, rozmawia na ten temat z siostrą. Okazuje się jednak, że dopóki nie ma osiemnastu lat, musi sobie „jakoś” radzić. Brak kompetentnego lekarza, odpowiedniej porady, ale też właściwego podejścia doprowadza do tego, że ostatecznie dziewczyna orientuje się, iż spodziewa się dziecka.   

Po raz kolejny więc autorka dowodzi, że dorośli nie są nieomylni, co więcej – że nie chcą i nie wychodzą naprzeciw oczekiwaniom młodzieży. Czasami wydają się być pełnoletnimi dziećmi, zagubionymi i wciąż niedojrzałymi, które nie są gotowe na to, by zostać rodzicami. Tak jest w przypadku rodziny Natalii – jej mama ma obniżone poczucie własnej wartości i zapada na depresję, a jej ojciec odchodzi do młodszej kochanki. Obydwoje pozostawiają córkę samej sobie, chociaż teoretycznie cały czas sprawują nad nią opiekę. 

W "Tiramisu z truskawkami" najbardziej bolesna jest samotność. Pomimo tego, że ścieżki bohaterów się przecinają, tak naprawdę każdy z nich radzi sobie na własną rękę. Dopiero na końcu okazuje się, że „nikt nie jest samotną wyspą”, a razem dużo łatwiej borykać się ze wszystkimi lękami, które niesie współczesny świat. 

poniedziałek, 07 sierpnia 2017

Od jakiegoś czasu mam przyjemność współtworzyć bazarek dla Igora. To bardzo miłe miejsce, które przyciąga sympatycznych ludzi, więc wkręciło się w niego sporo moich bliższych i dalszych znajomych. 

- Magda, będę miała trochę książek na bazarek. Kilka pozycji - mówi mi ostatnio Nina.

- Uhm. Dobrze, że nie książek z pozycjami, bo chyba bym nie wzięła.

- Z pozycjami nie sprzedaję. Stara jestem i muszę mieć do czego zajrzeć, jakby mi się zapomniało. 

:D

Jeśli jednak ktoś ma dobrą pamięć albo po prostu dysponuje czymś, co chciałby przekazać dalej (i przy okazji wesprzeć Igora), może napisać maila: bazarekigora@gmail.com lub skontaktować się ze mną :) Cały czas przyjmujemy i wystawiamy fanty, warto być na bieżąco, bo można upolować unikatowe i piękne rzeczy. Zapraszam!

książki

niedziela, 06 sierpnia 2017

Od dawna marzyło mi się, by pojechać na Targi Książki w Warszawie. Planując wycieczkę, nie wiedziałam jednak, że w tym samym czasie jest Noc Muzeów. Jednym słowem, całkiem przypadkiem, udało mi się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. 

Przyznam, że atrakcji do wyboru było mnóstwo - a noc tylko jedna ;) Ostatecznie zdecydowałyśmy się na nieco dziwny zestaw, a mianowicie zwiedzanie fabryki Wedla i Pawiak. Pełne optymizmu ruszyłyśmy o zmierzchu na miasto, po drodze zwiedzając Pragę, bo pomyliłyśmy drogę i trafiłyśmy na jakiś plac budowy :P

praga1

Z Kasią zagubione na warszawskiej Pradze ;)

Pod Wedlem - dziki tłum. Ochroniarz nam powiedział, że jak staniemy w kolejce i dobrze pójdzie, to o czwartej rano wejdziemy. Poszłyśmy więc sobie kupić wedlowską czekoladę i lody (ceny z kosmosu, smak całkiem przeciętny), a że miejsc siedzących  oczywiście nie było, to biesiadowałyśmy na ulicy. Nieco nas ten Wedel przygasił, ale na pewno nie zepsuł nam humorów :D

biesiada

Pozbawione złudzeń i uświadomione, jak wygląda Noc Muzeów w Warszawie - ruszyłyśmy na Pawiak. Ludzi na ulicach i w komunikacji miejskiej mnóstwo. Wtopiłyśmy się więc w tłum i podziwiałyśmy miasto nocą :) Piękne miasto, trzeba przyznać! 

myzelkaA na Pawiaku - brak kolejki, za to mnóstwo schodów. Dla Kasi i Elki, to nie był problem - pokonały schody nie tylko tam, zresztą pojechałyśmy do Warszawy bez podnośnika i przez trzy dni dzielnie nosiły mnie na rękach, a jak trzeba było, to szybko i skutecznie organizowały jakieś silne, męskie ramię ;)

O Pawiaku wiele czytałam, ale dopiero tam, na miejscu, jakoś mi się to wszystko urealniło. Samo czytanie jednak nie wystarczy, gdy chce się naprawdę poznać historię. Trzeba pojechać i zobaczyć te fragmenty rzeczywistości, które tworzyły więzienną codzienność. Wrażenia - mocno przygnębiające, zwłaszcza gdy oglądało się przedmioty wykonane przez więźniów - ich mozolne próby ocalenia człowieczeństwa. Czułam się dziwnie - weszłam tam prosto z tętniącej życiem ulicy, z rozgadanego tramwaju, z pełnym brzuchem, w różowej bluzce i z głową pełną planów - a tam duchy, same znękane, umęczone duchy. Podobnie miałam na Powązkach - dopiero tam, w obliczu tych wszystkich krzyży, zrozumiałam, ilu ludzi zginęło za ten kraj. Żadne liczby nie zrobiły na mnie takiego wrażenia, żadne historyczne opracowania, żadne wspomnienia. Zobaczyłam i to mi wystarczy na całe życie. 

pawiak

Drzewo Pamięci na Pawiaku

fot. Kasia Kowieska, Ela Kamińska

środa, 02 sierpnia 2017

machalicaChorzowski Teatr Ogrodowy zainaugurował w tym roku Piotr Machalica z zespołem. Ten popularny aktor, znany z wielu ról teatralnych i filmowych, jest również aktywny jako wokalista. W Chorzowskim Centrum Kultury wystąpił z recitalem „Mój ulubiony Młynarski na trąbkę, dwie gitary i akordeonik”.

Wojciech Młynarski dla wielu artystów był i nadal jest inspiracją. Machalica przyznał, że spośród bogatego dorobku tego twórcy niezwykle trudno było wybrać dwadzieścia utworów tak, by tworzyły spójną całość, bo każdy z nich to osobna historia. Jednak wszystkie te historie zostały perfekcyjnie przedstawione na chorzowskiej scenie. Wykonanie, ale przede wszystkim aranżacje sprawiały, że publiczność od pierwszych dźwięków została wprowadzona w wyjątkowy nastrój przepełniony nostalgią za tym, co było.

Bo w piosenkach Młynarskiego, w opowiadanych przez niego historiach są zapisane smaki, zapachy, maniery i obyczajowość, które bezpowrotnie minęły. Nie każdemu jednak udaje się je zaprezentować tak, by zarówno wzruszyć, jak i rozbawić publiczność. Piotr Machalica dokonał tego z ogromnym wdziękiem, ale też z należytym szacunkiem wobec tekstowego tworzywa. 

Było więc nostalgicznie, ale w bardzo dobrym znaczeniu tego słowa. Zapewne w jakimś stopniu wynika to z tego, że zarys koncertu powstał jeszcze za życia Wojciecha Młynarskiego, a nie ku jego czci. Zaprezentowano więc te najbardziej znane szlagiery (typu „Róbmy swoje”, „Moje ulubione drzewo”, „Jeszcze w zielone gramy”), ale też mniej znane piosenki i tłumaczenia. Każdego utworu słuchało się z przyjemnością. 

Po raz kolejny okazało się również, jak czujna i wsłuchana w każde słowo jest publiczność Chorzowskiego Teatru Ogrodowego, która żywo reagowała na te mniej nostalgiczne a bardziej komiczne fragmenty tekstów. Tych, jak wiadomo, w swym dorobku Młynarski ma mnóstwo, a Machalica świetnie potrafi je wyeksponować.

machalica2

Na scenie obok aktora można było też zobaczyć owe dwie gitary, trąbkę i akordeonik, czyli Michała Walczaka, Krzysztofa Niedźwieckiego i multiinstrumentalnego Pawła Surmana. Zwłaszcza trąbka robiła wrażenie. Pozostaje nadzieja, że panowie w tym składzie i z takim repertuarem wydadzą płytę. Ogromnie cieszy, że piosenki Młynarskiego żyją i nadal są obecne w kulturalnej przestrzeni.

Zresztą nie tylko piosenki, bo Machalica część tekstów deklamował i była to deklamacja, jakiej rzadko ma się przyjemność posłuchać – piękna i dystyngowana, nawet gdy treść momentami była komiczna. Taka deklamacja skłania do tego, by się zatrzymać, zamyślić, zadumać. Dzisiaj mało kto i mało kiedy tak deklamuje.  

W tłumaczonym przez Wojciecha Młynarskiego tekście Georgesa Brassensa „Testament” czytamy:

Lecz nie szukajcie mnie na górze,

ja stamtąd nie pozdrowię was,

raczej przepadnę w czarnej dziurze,

którą okrutny drąży czas... 

I kiedy ten tekst wykonywał Machalica, pomyślałam, że Wojciech Młynarski nie ma szans na to, by zniknąć w dziurze zapomnienia. Bo jego twórczość jest tak pojemna i bogata, że zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce na nowo przedstawić ją szerokiej publiczności. Pozostaje mieć nadzieję, że zrobi to w tak dobrym stylu, jak Piotr Machalica i jego zespół. Po ich występie widać, że Młynarski jest dla nich faktycznie ulubiony.

Tekst został opublikowany w "Sztajgerowym Cajtungu" nr 2 (53).

chto2017

Tuż przed inauguracją tegorocznego Chorzowskiego Teatru Ogrodowego :)

fot. Radek Ragan, Marek Grela

wtorek, 01 sierpnia 2017

Gruby, wakacyjny kurz osiadł mi na tym blogu, czas więc chyba najwyższy na obiecane dawno temu nadrabianie zaległości :) 

kurs szczęściaZaczniemy od książki :) Na początku roku pisałam, że zaopatrzyłam się w kalendarz Beaty Pawlikowskiej. Bardzo go lubię, używam codziennie, często też zaglądam na facebookowy profil tej autorki. Udało mi się w końcu wypożyczyć jakąś jej książkę (w bibliotece stale są do nich kolejki!). "Kurs szczęścia" zaczęłam czytać na wsi, podczas wielkiej ulewy. Słuchałam deszczu, jadłam śniadanie, czytałam i wsiąkłam. Pół weekendu spędziłam z Beatą. 

Pawlikowska nie poucza, nie nakazuje, nie rządzi. Raczej pochyla się z troską nad każdym swoim czytelnikiem. I to faktycznie działa, bo ma się wrażenie intymnej rozmowy z kimś bliskim. Chce się ją kontynuować, słuchać, wykonywać proponowane ćwiczenia. Autorka jest autentyczna, bo wykazuje się empatią i zrozumieniem wszystkich ludzkich słabości. Poza tym o wielu kwestiach uznanych powszechnie za wstydliwe, mówi wprost. Nie owija w bawełnę. Ale podkreśla też, że zmiany wymagają decyzji, konsekwencji i wewnętrznej siły. Nie obiecuje, że będzie łatwo. 

Książkę wypełniają ćwiczenia, jest sporo miejsca na własne notatki. Znajdziecie w niej również mnóstwo popularnych, żółtych karteczek, które stały się znakiem rozpoznawczym Pawlikowskiej. 

Czy "Kurs szczęścia" działa w praktyce? Nie mam pojęcia. Jak mam wolną chwilę, to śpię, a nie praktykuję ;) Ale wiele z tej książki wyniosłam. I powinien ją przeczytać każdy, kto boryka się z codziennością. Pawlikowska koi, pociesza i daje nadzieję, a także konkretne wskazówki. I wie, o czym mówi, bo sama w życiu wiele przeszła. 

Lubię ją. Będę czytać dalej. Myślę, że warto :) 

Spróbuj po raz pierwszy w życiu 

wziąć odpowiedzialność

za to jak żyjesz

Beata Pawlikowska

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
Tagi