Świat książek przeplata się w moim życiu z muzyką i teatrem. Nie jest to jednak kolejny blog z recenzjami - dzielę się tu moimi kulturalnymi inspiracjami i odkryciami, a także emocjami, które chociaż nieuchwytne, można próbować zamknąć w słowie.
niedziela, 07 sierpnia 2016

sztygarkaDwa lata temu zostałam zaproszona do współpracy przy "Sztajgerowym Cajtungu", gazetce festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego. Dzięki temu miałam okazję robić wywiady m.in. z Marcinem Perchuciem i Piotrem Bukartykiem, a także obejrzeć kilka świetnych spektakli. Ostatnio była to "Goła baba", monodram Joanny Szczepkowskiej:

Joanna Szczepkowska, a właściwie jej eteryczna bohaterka, weszła na scenę bocznym wejściem, niosąc ze sobą walizkę i parasolkę. Miało się więc wrażenie, że to jedna z nas – tych, którzy siedzieli na widowni. Szybko jednak okazało się, że to postać wyjątkowa, arcywrażliwa, żadna tam zwyczajna, goła baba. 

Jej monolog, a raczej występ – koncert grania na ciszy – zdumiewał. Absurd gonił absurd – a całość można określić mianem „sztuki dla sztuki”. Dlatego publiczność Sztygarki milczała oniemiała. Pierwsze, nieśmiałe chichoty pojawiły się, gdy na długim sznurze, rzędem, powieszone zostały… śpiewające parasole. Nie do końca było wiadomo, czy wypada się śmiać (bohaterka wprowadziła publiczność w nieco podniosły nastrój), ale kiedy jeden z parasoli… zmarł – nie było już wyjścia. 

W sumie jednak ta zwiewna, ubrana w błękity, niezrozumiana przez społeczeństwo istota, budziła jednak głównie współczucie. Wystarczyło kilka gestów, parę słów, by widz poczuł całym sobą, jak bardzo jest samotna i nieszczęśliwa. Tym bardziej, że wyznała, iż wszystkie jej artystyczne zamierzenia niweczy i torpeduje ulubienica publiczności – ordynarna, bezpośrednia „goła baba”.  

„Gołą babę” publiczność zgromadzona w Sztygarce mogła poznać w drugiej części spektaklu. Wielka, gruba, ubrana niechlujnie i wielowarstwowo – trzeba się było mocno wysilić, by zobaczyć w niej Szczepkowską. Gdy tylko pojawiła się na scenie, od razu atmosfera stała się luźniejsza – zapewne też za sprawą rzucanych od czasu do czasu na widownię gum żujek. Kto jak kto, ale „goła baba” potrafi rozbawić widzów, a swój występ kończy oczywiście striptizem. 

Trudno powiedzieć, co wzbudziło większy podziw widzów – mistrzowska kreacja dwóch tak różnych postaci, zewnętrzna przemiana w „gołą babę”, błyskotliwe teksty czy zaskakująca puenta. Jedno jest pewne – gdy spektakl się skończył, po sali unosił się szmer podziwu. W „Gołej babie” każdy – niezależnie od płci i wieku – znajdzie coś dla siebie. 

Joanna Szczepkowska gra ten monodram od 1997 roku – był on więc wielokrotnie omawiany i recenzowany. Jedyne co mogę dodać, to wyrazy uznania – „Goła baba” jest nadal w formie – bawi, wzrusza i pobudza do refleksji. Co więcej – cały czas jest aktualna, niezależnie od tego, czy potraktujemy ten spektakl jako rozważania o szeroko pojętej sztuce i jej odbiorze, czy też jako swoistą przypowieść o naturze kobiety. W każdej wysublimowanej kobiecie jest trochę „gołej baby”, a w każdej „gołej babie” kryje się wrażliwa i delikatna przedstawicielka płci żeńskiej – mówi swoim występem Joanna Szczepkowska. Jeśli więc nie udało Wam się zobaczyć „Gołej baby” w zeszły piątek w Sztygarce, musicie to koniecznie nadrobić. Tej sztuki nie można przegapić! 

Recenzja ukazała się w "Sztygarowym Cajtungu" nr 4 (48) 2016.


sobota, 06 sierpnia 2016

Kiedyś, dawno temu, gdy nagle i niespodziewanie wylądowałam w szpitalu, obejrzałam (a raczej zobaczyłam piąte przez dziesiąte) film "PS Kocham cię". Spodobał mi się, chociaż ze względu na warunki i okoliczności, nie widziałam go w całości, raczej na wyrywki.  

psTeraz, po latach, w moje ręce trafiła książka Cecylii Ahern, na podstawie której ten film powstał. Słyszałam, że jest świetna - w końcu to światowy bestseller. Niestety, bardzo się rozczarowałam. Może to wina tłumacza - czytałam wydanie ze Świata Książki, niezbyt zresztą staranne, z literówkami. Brnęłam przez tę historię i sama sobie się dziwiłam, że podobał mi się film. Obejrzałam go więc ponownie i zrozumiałam - po prostu film jest dużo lepszy niż książka, bardziej spójny, mocniejszy i naprawdę wzruszający. Wiele w nim wspomnień głównej pary bohaterów, które wyjaśniają, dlaczego ich związek był tak wyjątkowy. W filmie pojawia się też bardzo wyrazista postać matki, a historia jej życia splata się z tym, co przeżyła Holly. Nieco inaczej przedstawiono też owe listy zostawione przez jej zmarłego męża. Na ekranie akcja jest wartka, sensownie się zazębia, wciąga, budzi emocje, tymczasem w książce - nuda, przydługie dialogi i zupełnie nie moje poczucie humoru. 

Rzadko to się zdarza, ale w tym wypadku (podobnie jest z pierwszą częścią "Bridget Jones") film podobał mi się bardziej niż książka, która okazała się (niestety) stratą czasu. 

17:34, blondyn_i_blondyna83 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 31 lipca 2016

"Zdążyć przed Panem Bogiem" znają wszyscy, bo to (chyba nadal?) lektura szkolna. Jakiś czas temu czytałam też "Król kier znów na wylocie". Dlatego skusiłam się na "Reporterkę" - książkę o Hannie Krall. Myślałam, że to będzie typowy wywiad-rzeka, sentymentalna rozmowa o minionych czasach. Tymczasem książka Jacka Antczaka to kompilacja różnych wypowiedzi Hanny Krall, uzupełniona i ułożona tematycznie - świetny materiał dla osób, którą są lub chcą zostać reporterami. 

Ja ani nie jestem, ani nie będę reporterem, więc momentami trochę się przy tej lekturze nudziłam. Ale tylko momentami - bo sporo w tej książce niewiarygodnych historii, pięknych refleksji i prawdziwej, życiowej pasji. Hanna Krall opowiada o tym, jak zmieniała się ona i jej pisarstwo. Nie robi prywatnych wycieczek, nie opowiada swojego życiorysu - raczej wyjawia tajniki zawodu, który wykonuje i daje wskazówki. Warto poczytać o jej spotkaniach z Markiem Edelmanem i innymi, niezwykłymi ludźmi, o niewiarygodnych zbiegach okoliczności i o tym, że nic tak naprawdę nie jest przypadkiem.

"Reporterkę" miałam przyjemność czytać w takich, przemiłych okolicznościach przyrody :)

reporterka

Czytałam ją też nocą w ogrodzie i dzięki temu zaliczyłam spotkanie z lisem ;) Na szczęście lis był bardziej przerażony niż ja i szybko uciekł :D

piątek, 29 lipca 2016

siedleckaTa książka nie jest ani miła, ani przyjemna, ale na pewno warta przeczytania. Znajdziemy w niej okrucieństwo, przemoc, naturalistyczne opisy, smutne (a jakże trafne) spostrzeżenia dotyczące małych polskich miasteczek. Autorka obnaża wszystkie, wstydliwe ludzkie wady i grzechy, ale robi to tonem spokojnym i rzeczowym, jakby snuła gawędę przy ognisku. 

Nieraz odwracałam wzrok od kartek tej powieści, z trudem przebrnęłam przez fragment, w którym opisana została postrzelona, ciężarna sarna poćwiartowana na mięso. Dziecko bez twarzy też nie napawa optymizmem, podobnie jak samobójcza śmierć przez powieszenie. 

Jest w tej książce mrocznie, jak w sennym koszmarze. Zresztą na końcu faktycznie trudno oddzielić jawę od snu. Stron niewiele, ale przekaz mocny. Polecam. 

23:36, blondyn_i_blondyna83 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »

Ostatnie dwa tygodnie spędziłam na wsi, w naszym domu zwanym Ruinką, który wieczorami zamieniał się w Dom Pracy Twórczej. Ja pisałam kolejną książkę, a Tata wykonywał takie cudeńka:

model

Jeżeli chodzi o książkę, to mój nowy asystent Morus (zwany też Muńkiem i Morisem) stwierdził, że jest ok, tylko trochę za mało w niej kotów, więc jeszcze dopisuję ;)

morus

czwartek, 28 lipca 2016

Historia "flagi" jest już nieco przestarzała, bo z czerwca, ale nie mogę jej tu pominąć ;)

Gdy tylko nadeszła wiosna, zaczęłam czytać nad jeziorem. Wiecie - opalanie, czytanie, piękne widoki - jak na wakacjach. 

papry

Tej soboty wybrałam się też na małą przejażdżkę - objechałam sporą część parku, a następnie wjechałam na promenadę. Wiatr wiał mi we włosach, było pięknie i wzniośle, dopóki nie spostrzegłam kątem oka, że z boku coś mi powiewa.

To nie była flaga.

To było długie i czarne.

To były moje rajstopy.

!!!

Były zawieszone na wózku i zapomniałam je zdjąć przed wyjściem z domu. Powiewały pięknie i malowniczo, zwłaszcza, gdy nabierałam prędkości. Na szczęście były to TYLKO rajstopy, a nie np. bielizna, co przy moim roztargnieniu było całkiem możliwe. 

Do domu wracałam opłotkami. Teraz przed wyjściem zawsze sprawdzam, czy nie mam na wózku jakiejś "flagi" ;) Człowiek jednak uczy się na błędach - co się najadłam wstydu, to moje ;)

niedziela, 10 lipca 2016

Właśnie przed chwilą przyszła ta wiadomość, na którą czekałam z drżeniem serca :) 

"Cykor" się sprzedaje.

"Cykor" się sprzedaje :D

"Cykor" się sprzedaje i podoba! 

Tak bardzo się cieszę i dziękuję Wam - Czytelnikom - za zaufanie i zainteresowanie :) Miło pisać, jak wiadomo, że ktoś czyta!

Wracam więc do pisania, a Was zostawiam z Hiszpanem, z którym ostatnio pisze mi się najlepiej :)

13:33, blondyn_i_blondyna83 , Moja twórczość
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 lipca 2016

Nie samą książką żyje człowiek, zwłaszcza, gdy mieszka nad jeziorem ;) Kiedy tylko robi się gorąco - korzystam ze świeżo zrobionej trasy dookoła Paprocan - i pobijam coraz to nowe rekordy (mam naprawdę szybki wózek :P). Zdarza się, że w czasie objazdu spotykam jedną osobę kilka razy (zazwyczaj są to rowerzyści, którzy robią parę okrążeń). Ostatnio jeden z nich woła do mnie:

- Niezłe tempo! Niezłe tempo!

Poczułam się jak jakiś Forrest Gump ;) Jak prawdziwy sportowiec :P Jak trenujący zawodnik i niezłomny biegacz ;) Po prostu miłe to było, co tu będę dużo pisać ;) To lato zatem będzie pod znakiem treningów :D

niedziela, 26 czerwca 2016

Wszyscy znają to nazwisko, ale nie wszyscy czytali coś tej autorki, bo utarło się, że twórczość Fleszarowej-Muskat to literatura słaba, ckliwa i typowo "babska". Dodatkowo pisarka była wieloletnią działaczką PZPR - kiedyś zapewne ułatwiło jej to karierę literacką, dzisiaj odbierane jest jako skaza na życiorysie. 

Dobór moich lektur jest całkowicie przypadkowy i tak też było z Fleszarową-Muskat. Po prostu wpadła mi w ręce. Spędziłam z nią dwie majówki i muszę przyznać, że nie żałuję (chociaż momentami było ciężko :P). 

warkocz

"Czarny warkocz" (1985) to zbiór opowiadań - jedne są gorsze, drugie lepsze, ale żadne nie zniechęciło mnie na tyle, by odłożyć tę książkę na dobre. Styl autorki jest nieco przytłaczający, pojawiają się ckliwe wstawki i sentymentalne cytaty, ale nadal (po tylu latach!) dobrze się to czyta. Fleszarowa-Muskat miała tzw. lekkie pióro i była doskonałą obserwatorką ludzkiej natury. Dlatego kobiety tak kochały jej twórczość :)

cytat

Do jej najbardziej znanych i poczytnych powieści zalicza się "Lato nagich dziewcząt" (1960) - ta pozycja nieco mnie rozczarowała i czytelniczo wymęczyła, bo jest bardzo rozwlekła. Robiłam więc sobie przerwy w lekturze - dzięki temu udało mi się dobrnąć do końca. Momentami jest zabawnie, momentami refleksyjnie, ale ja po prostu chciałam to doczytać i mieć z głowy (niestety, mam idiotyczny zwyczaj czytania do końca wszystkiego, co zaczęłam). Jedyne, co mi się naprawdę w tej książce podobało, to atmosfera tamtych, już tak odległych, powojennych lat, opisy dansingów, zwyczajów, mentalności. Pod tym względem "Lato nagich dziewcząt" jest bezcenne, bo jak już wspomniałam - autorka miała zarówno pisarski talent, jak i zmysł obserwacji. Momentami więc można się przenieść w czasie, zaznać wakacyjnej beztroski, poczuć morską bryzę i zobaczyć, jak wyglądał świat bez komórek, komputerów, internetu. 

Czy będę czytać kolejne książki tej pisarki? Raczej nie. Czy ją polecam? Tylko tym, którzy lubią sentymentalną prozę retro. Twórczość Fleszarowej-Muskat ma swój niezaprzeczalny urok - zupełnie inny od współczesnych powieści dla kobiet, warto się więc z nią zapoznać i wyrobić sobie własne zdanie. Może akurat przypadnie Wam do gustu :)

cytatfm

poniedziałek, 23 maja 2016

Podpisuję, podpisuję... Zainteresowanie "Cykorem" przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Codziennie wieczorem wpisuję dedykacje i systematycznie zamawiam w Wydawnictwie kolejne egzemplarze :) Bardzo, bardzo się cieszę, że "Cykor" został tak ciepło przyjęty i - co najważniejsze - że podoba się dzieciom! Dostałam na facebooku mnóstwo wiadomości - od znajomych, od stałych czytelników i od osób, które na "Cykora" trafiły przypadkowo. 

Kochani, dziękuję za nadsyłane fotki, opinie, dobre słowa :) Bardzo, bardzo się cieszę, że tyle osób mi kibicuje i lubi moje pisanie :) To bardzo budujące. 

podpisuje

A w związku z tym, że wielkimi krokami zbliża się Dzień Matki, blisko też do Dnia Dziecka mam dla Was specjalną promocję:

OD DZISIAJ (23 MAJA) DO 1 CZERWCA KOMPLET MOICH KSIĄŻEK W SPECJALNEJ CENIE 50 ZŁ + koszt wysyłki!

Zamówienia przyjmuję na adres: magdalena.kulus@gmail.com i poprzez moje facebookowe profile. 

komplet

Dla zainteresowanych - imienne dedykacje :)

Tagi