Świat książek przeplata się w moim życiu z muzyką i teatrem. Nie jest to jednak kolejny blog z recenzjami - dzielę się tu moimi kulturalnymi inspiracjami i odkryciami, a także emocjami, które chociaż nieuchwytne, można próbować zamknąć w słowie.
sobota, 17 września 2016

Halina Poświatowska jest mi wyjątkowo bliska, dlatego kupuję/czytam wszystkie publikacje, które jej dotyczą. Biografia napisana przez Kalinę Błażejowską odleżała jednak swoje na półce - z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że ma duży format i nie mogłam jej czytać na leżąco (a tak czytam najczęściej), a po drugie, bo była już kolejną biografią Poświatowskiej, z którą miałam się zapoznać. Nie korciła mnie więc specjalnie - w końcu znałam tę historię, nie spodziewałam się niczego wyjątkowego. 

Bardzo, bardzo się myliłam - bo ta książka jest wyjątkowa. Po pierwsze napisana jest tak, jakby była fabułą, a nie dokumentem. Autorka zebrała wszystkie dostępne informacje dotyczące poetki i opisała niezwykle szczegółowo jej życie - miesiąc po miesiącu. Korzystała nie tylko z zachowanych listów, pocztówek, wspomnień, ale też z mniej i bardziej oficjalnych dokumentów. W biografię tą włożony jest ogrom pracy - samo zebranie materiałów musiało zająć mnóstwo czasu. Napisana pięknym językiem, bardzo rzetelna - wciąga od pierwszej strony. Życie Poświatowskiej pełne było romansów i nagłych zwrotów akcji, jej historię czyta się więc z wypiekami na twarzy, tym bardziej że Błażejowska nie pomija niczego - także tych nieco wstydliwych faktów. 

hpmuzeum

Muzeum Haliny Poświatowskiej w Częstochowie. fot. Piotr Kulus

Czytałam tę książkę na urlopie i miałam problem, by się od niej oderwać. Z Haliną mamy wiele wspólnego, przeżywałam więc podwójnie - w sumie to przeżywam po dziś dzień. Publikacja wzbogacona jest licznymi, pięknymi zdjęciami - wiele z nich było mi nieznanych.

"Uparte serce" Kaliny Błażejowskiej to bez wątpienia dzieło wybitne i bardzo ważne dla polskiej literatury. Dobrze, że Poświatowska zainteresowała kogoś, kto zdołał tak skrupulatnie opisać jej życie. Dzięki temu czytelnicy mogą ją poznać nie tylko przez pryzmat wierszy, ale też z bliska przyjrzeć się jej osobowości, a była bardzo silną, ambitną kobietą. Książkę tę polecam wszystkim fanom Haśki, ale też tym, którzy po prostu lubią czytać biografie - tej nie można przegapić.

hpczestochowa  Ławeczka Haliny Poświatowskiej w Częstochowie. fot. Magdalena Kulus

środa, 14 września 2016

Lubię te chwile, gdy mogę:

- gapić się nocą na gwieździste niebo (jak posypane brokatem!),

- słuchać, jak spadają liście i płynie Warta,

- zaglądać do ogródków, w których królują pękate dynie,

- łazić nad rzeką w kapeluszu,

- spacerować po terenie, na którym jest więcej zwierząt niż ludzi (ludzi w sumie nie ma tam w ogóle).

kapelusz

Parę dni na słońcu i jestem jak nowa :) Kończę bajkę o jamniku Felku - jeszcze nie wiem, czy Felek "pójdzie w świat", ale co się pośmiałam i powzruszałam przy pisaniu tej książeczki - to moje ;)

zalecze

niedziela, 28 sierpnia 2016

- Magda, ale ty wiesz, że dzisiaj nie idziesz na szanty?

- Dlaczego?

- Bo dzisiaj piszesz książkę. Jak cię nie przypilnuję, to nigdy jej nie skończysz. 

Menago czuwa ;) Czyli moja najwierniejsza czytelniczka - Mama - czeka na dalszą część nowej powieści. 

Udało mi się jednak wyskoczyć na sekundeczkę. Bo co to za wakacje bez Portu Pieśni Pracy? ;) Perły i Łotry jak zwykle w formie. 

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Wizyta w Teatrze Bez Sceny to jak powrót do korzeni, bo występują w nim głównie aktorzy związani z Teatrem Śląskim, w którym bardzo często bywałam jako nastolatka (ależ to były fajne czasy!). Spośród aktorów najbardziej lubiłam wówczas Andrzeja Warcabę, Jerzego Głybina i Andrzeja Dopierałę - twórcę Teatru Bez Sceny. Teraz, po latach, miałam okazję nie tylko zobaczyć jego autorski teatr od kuchni, ale też przeprowadzić z nim wywiad. A że akurat trwały próby do spektaklu "Przytuleni" w wywiadzie udział wzięła także Pani Ania Kadulska - również etatowa aktorka Teatru Śląskiego. 

Było przemiło i na pewno jeszcze tam wrócę!

wywiad

Magdalena Kulus: Czy trudno jest pogodzić pracę aktora z działalnością (tak wszechstronną!) na rzecz własnego teatru?

Andrzej Dopierała: Jeżeli chodzi o działalność mojego teatru, to jedyna część, jakiej chciałbym się pozbyć, to część administracyjna i załatwianie pieniędzy. Gdyby ktoś to robił za mnie faktycznie dobrze, to byłoby super. Jeżeli chodzi o stronę artystyczną – robię to, na co mam ochotę. Do tej pory się udaje, tylko ma to swoją cenę.

M.K.: Jaką?

A.D.: Życia osobistego, ponieważ wszyscy aktorzy Teatru Bez Sceny pracują zawodowo w dużych teatrach, najczęściej w Teatrze Śląskim, więc ten teatr robią po godzinach, kosztem swojego wolnego czasu. Sprawa musi być na tyle ważna, żeby warto było ten czas poświęcać, a nigdy nie ma pewności, że spektakl nam wyjdzie. Ale jeśli jest materiał, w który warto zainwestować, to się staramy. 

M.K.: Myślę, że aktorzy ufają Panu w kwestii doboru wystawianych sztuk, więc to chyba nie jest dla nich duże ryzyko?

A.D.: Być może tak jest, rzeczywiście. Sam jestem aktorem, więc wiem, co aktorzy najbardziej lubią. Kiedy szukam tekstu, to myślę przede wszystkim o aktorach, a dopiero potem o inscenizacji. Jeżeli aktorzy będą mieli dobry materiał do pracy, a do zagrania pełnokrwiste role, to wtedy na pewno się zaangażują. Aktorzy, z którymi pracuję, wiedzą, że te role są „myślane” specjalnie dla nich.

Anna Kadulska: Zgadza się, aktorzy poświęcają nawet część swoich wakacji, by przygotować się do spektakli w Teatrze Bez Sceny. Gdy Andrzej zaproponował mi kolejny materiał, bardzo interesujący, to zdecydowałam się i w ten sposób biorę teraz udział w próbach do spektaklu „Przytuleni”, który będzie miał premierę 24, 25 i 30 sierpnia. 

M.K.: Do kogo jest adresowana ta sztuka?

A.D.: Na pewno do widzów dojrzałych emocjonalnie. 

A.K.: Takich, którzy zastanawiają się, do czego zmierzają i co zostawią po sobie.

A.D.: Tak jest w przypadku wszystkich naszych przedstawień – nieważne, czy robimy komedię czy dramat. „Przytuleni” to akurat dramat w reżyserii Gabriela Gietzky'ego, tylko dla dorosłych – i ze względu na treści damsko-męskie zawarte w tym spektaklu, i ze względu na całe przesłanie. proba

M.K.: Czyli Teatr Bez Sceny unika tak popularnych teraz typowych fars?

A.D.: Jeżeli chodzi o komercję, to nas nie dotyczy. Nawet jeżeli przedstawiamy teksty komediowe, to celowo je „brudzimy”. Takim właśnie tekstem jest „Psiunio”, którego pokażemy w ramach Chorzowskiego Teatru Ogrodowego. Ten spektakl jest bardzo śmieszny, można go było zrobić zupełnie komediowo, ale ja starałem się go przedstawić tak, by spod tego śmiechu nagle wyszło jakieś drugie, trzecie i czwarte dno, i żeby ten śmiech zamarł na ustach widzów. Mam nadzieję, że tak się dzieje. Podobnie było w innym naszym spektaklu – „Diabelskim młynie”. Jeśli komedia – to mądra. A jak dramat – to dramat z elementami tragikomicznymi. 

M.K.: „Psiunia” można więc uznać za spektakl, który składa się z kilku warstw. Do kogo jest głównie adresowany?

A.D.: „Psiunio” jest dedykowany wszystkim, którzy lubią psy i ogólnie zwierzęta, ale też dla tych, którzy ich nie cierpią, bo to jest sztuka o konsekwencjach posiadania pupila. Spektakl ten jest też dla osób, które są w związku. Opowiada o kruchości ludzkiej politury, o tym, że łatwo z tego dobrego wyobrażenia o sobie przejść do czegoś, o co się nie podejrzewaliśmy lub co skrzętnie ukrywaliśmy. Rzecz się dzieje wśród ludzi inteligentnych, kulturalnych, ze średniej klasy, którzy zostają wytrąceni ze swojego samozadowolenia. „Psiunio” jest bardzo śmieszny, ale momentami też straszny. 

M.K.: Chociaż wszystko krąży wokół psa, zwierzę nie pojawia się jednak na scenie. Czy kiedyś się zdarzyło się Państwu występować z żywym inwentarzem?

A.D.: Zwierzęta są nieprzewidywalne i często bywają lepsze od aktorów, odbierają uwagę widzów. 

A.K.: Mieliśmy kiedyś okazję grać z kozą w sztuce o Wyspiańskim. Lata temu w „Ślubach panieńskich” pojawił się też pies, ale szybko z niego zrezygnowano.

A.D.: Teatr Bez Sceny też miał epizod ze zwierzętami. W finałowej scenie w spektaklu „Panna Julia” pojawiały się czyżyki. Bardzo lubiłem ten efekt, ale był bardzo kłopotliwy – trudno je było potem złapać.  

M.K.: „Psiunio” to też sztuka bardzo emocjonalna. Czy jakoś specjalnie przygotowujecie się do tego typu aktorskich zadań?

A.K.: Nie, nie przygotowujemy się specjalnie. Natomiast podczas grania w Teatrze Bez Sceny trzeba być szczególnie wyczulonym na partnera. Przed każdym spektaklem trzeba się „nastroić” – w przypadku Teatru Bez Sceny „nastrajamy się” z jeszcze większą czułością na słuchanie partnera i na to, by „podawać” mu prawdziwe emocje. „Psiunio”, którego pokażemy w ramach Chorzowskiego Teatru Ogrodowego, będzie dla nas o tyle trudny, że zagramy go w innej przestrzeni, nieco mniej kameralnej. Jest to dla nas swego rodzaju sprawdzian.  

A.D.: Bo nasza scena w Katowicach na ulicy 3 Maja jest wyjątkowa, mamy tylko 40 miejsc. wejscie

A.K.: Dla aktorów to frajda, że jesteśmy tak blisko widza. Widzom pewnie też jest przyjemnie, że są na wyciągnięcie ręki. Nasze spektakle to takie kameralne spotkania, jakbyśmy grali u kogoś w domu. Czasami ta bliskość zaskakuje – na przykład w przedstawieniu „Dla Julii” matka bardzo dużo pali – lubi mocne, śmierdzące papierosy. Kiedyś pani w pierwszym czy drugim rzędzie dostała ataku kaszlu, musiała wyjść i zażyć tabletki, była mocno oburzona. Usłyszałam nawet, jak mówi: „Niech ona wreszcie zgasi tego papierosa!”. 

M.K.: Jednym słowem teatr staje się życiem, a życie – czy staje się teatrem? Czy jest jakaś przestrzeń w Państwa codzienności, w której teatru nie ma?

A.K.: My nie wierzymy w życie pozateatralne (śmiech). 

A.D.: Ale dobrze jest je mieć, nawet trzeba je mieć, by zachować zdrowie psychiczne. Myślę, że wszelka przesada jest szkodliwa.

M.K.: A czy po tylu latach na scenie odczuwają Państwo jeszcze tremę? Czy z czasem ona mija?

A.K.: Jest trema i trzeba się z tym pogodzić, że pozostanie do końca. Część starszych aktorów, naszych mistrzów mówi, że z wiekiem ta trema może nawet rosnąć. Jak się jest młodym to do występów podchodzi się z większą nonszalancją. Jednak jeśli aktor się dobrze przygotuje do spektaklu, to trema jest do opanowania. Kiedy czekam na rozpoczęcie przedstawienia i słyszę, jak na widownię wchodzą ludzie, to wiem, że jestem gotowa. I wtedy to już nie jest trema, to jest fantastyczne uczucie. 

M.K.: Serdecznie dziękuję za rozmowę. 

A.D.: My również. Zapraszamy na spektakle Teatru Bez Sceny, zwłaszcza na ten, którego premiera odbędzie się jeszcze w sierpniu. 

 

Wywiad ukazał się w "Sztajgerowym Cajtungu" nr 6 (50) 2016. Recenzja "Psiunia", którego można było zobaczyć 19 sierpnia w Chorzowskim Centrum Kultury - już niebawem. 

fot. Ela Kamińska

piątek, 19 sierpnia 2016

Po raz pierwszy z Teatrem Montownia zetknęłam się dwa lata temu - wówczas robiłam wywiad z Marcinem Perchuciem. W tym roku udało się porozmawiać z Rafałem Rutkowskim. Spotkaliśmy się w Teatrze Korez tuż przed spektaklem "Żołnierz Polski". 

Wywiad został opublikowany w "Sztajgerowym Cajtungu" nr 5 (49) 2016, jest już nieco archiwalny, ale myślę, że warty przytoczenia: 

rr

 
Sztajgerowy Cajtung: To już kolejny występ Montowni na CHTO. Czy wiele jest takich miejsc, do których wracacie cyklicznie?

Rafał Rutkowski: W Polsce jest takich miejsc kilka. Jesteśmy stałymi bywalcami nie tylko CHTO, ale też Letniego Ogrodu Teatralnego. Na schodach Górnośląskiego Centrum Kultury graliśmy nasze pierwsze przedstawienia. W Chorzowie i w Katowicach jesteśmy bardzo, bardzo często. Do tego dochodzi jeszcze Gliwickie Lato Teatralne. Mamy sentyment do Śląska, wracamy tu chętnie i z uśmiechem na ustach. 

SzC: Bardzo nas to cieszy. Lubicie podróżować, czy jest to raczej obowiązek zawodowy?

RR: Jak jest przesyt podróżami to wiadomo, że jest kłopot. Osobiście bardzo lubię podróżować i gdybym tego nie lubił, to pewnie nie uprawiałbym fachu aktorskiego. Teatr Montownia ma w swojej filozofii przemieszczanie się, z założenia nie jest stacjonarny. 

SzC: Jaka była Wasza najbardziej ekstremalna artystyczna wyprawa?

RR: Było ich kilka. Interesujące były nasze podróże do Chin czy na Syberię – tam występowaliśmy w Omsku. Warto wspomnieć też nasze występy w kopalni Guido 350 metrów pod ziemią, byliśmy tam wielokrotnie. Ekstremalne są na pewno nasze występy plenerowe. Na przykład na przedstawienie, które zrobiliśmy z Piotrkiem Cieplakiem w Warszawie na Agrykoli, przyszło około 3000 osób. A na Dworcu Centralnym w Warszawie w drugi dzień świąt dwukrotnie graliśmy z muzyką na żywo naszą autorską szopkę.

SzC: A co na to żony, że w drugi dzień świąt opuszczacie domowe pielesze i idziecie grać na Dworcu Centralnym?

RR: Żony są chyba przez to naszymi żonami, że to akceptują. Gdyby nie akceptowały, nie mogłyby być z aktorami. Dwóch z nas ma żony aktorki, więc one najlepiej to rozumieją. Moja żona jest entuzjastką teatru, pracuje też przy Teatrze Montownia w dziale produkcji, jest od tych wszystkich papierowych spraw, więc też akceptuje ten mój nieco marynarski tryb życia. 

SzC: W ramach marynarskiego trybu życia 12 sierpnia w Sztygarce zaprezentujecie „Trzech Muszkieterów”, czyli jeden z efektów szeroko zakrojonego planu przeniesienia na scenę lektur... Jaki jest klucz doboru książek, które przedstawiacie na scenie?

rrrr

RR: Zaczęło się właśnie od „Trzech Muszkieterów”, bo reżyser, Giovanny Castellano, stwierdził, że my, Teatr Montownia, jesteśmy jak muszkieterowie i to był jego pomysł. W finale tego przedstawienia sugerujemy, że pokażemy coś następnego, że będzie ciąg dalszy. W sumie to był żart, ale przetworzył się on w kolejne przedstawienie – „Quo vadis” w mojej adaptacji i reżyserii. Szalony pomysł – w cztery osoby pokazać starożytny Rzym i te wszystkie przygody. Myśleliśmy o tryptyku, więc potem powstała „Calineczka dla dorosłych” i ona jest zamknięciem tego cyklu. Wybieraliśmy po prostu znane pozycje, które można w jakiś ciekawy sposób przedstawić. Może będzie jeszcze czwarta część, ale na razie nie mamy pomysłu.

SzC: Jeżeli jesteście jak muszkieterowie, to który z Was ma najwięcej cech muszkietera?

RR: Poniekąd każdy z nas ma ich trochę, bo filozofia muszkieterów to jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Przez prawie 20 lat działalności tak to w naszym teatrze działa. Wszyscy jesteśmy odważni, lubimy odrobinę ryzyka, mamy poczucie humoru. Nie wiem, jak z jazdą konną, bo ja na przykład nie jeżdżę (śmiech). Szermierki uczyliśmy się w Akademii Teatralnej, bo w wielu dramatach, zwłaszcza szekspirowskich, są pojedynki.

SzC: Adaptacje literackie wystawiacie przy współpracy z innymi teatrami. Skąd taki pomysł?

RR: Teatr Papahema, z którym gramy „Calineczkę”, odkryliśmy przypadkowo. Dwa lata temu ogłosiliśmy konkurs, w ramach którego chcieliśmy wspierać niezależne grupy teatralne – merytorycznie i finansowo. Trzy zespoły przeszły wstępne eliminacje, powstały więc trzy premiery. Idąc za ciosem, Teatr Papahema zaproponował, by zrobić coś wspólnie. Od słowa do słowa pomyśleliśmy, że z lalkarzami „Calineczka” mogłaby fajnie wyjść. Takie połączenie dwóch światów – młodości i doświadczenia. Oni mają teraz fantastyczny czas i na pewno jeszcze coś zrobimy wspólnie. My, jako ci starsi, czerpiemy energię z tych młodszych, a oni się mogą od nas czegoś nauczyć. To są bardzo teatralni ludzie z wyobraźnią, mają podobną filozofię teatru – małymi środkami chcą osiągnąć duży efekt, lubią znak teatralny, formę. Dobrze nam się współpracuje. Papahema to trochę jak Montownia sprzed dwudziestu lat. 

SzC: Jakie są – poza literackimi – inspiracje Teatru Montownia? Skąd bierzecie pomysły?

RR: One się trochę biorą z rozmów, z naszego widzenia świata. Nadal jesteśmy ludźmi, którzy nie boją się ryzyka. Lubimy pewien rodzaj „fun’u” w teatrze, szukamy zabawy. Robimy to, żeby uprawiać ten fach i nie zwariować. Inspirują nas też reżyserzy, którzy z nami pracują, którzy wnoszą do naszego świata coś innego, rozbijają go, a także miejsca, w których gramy. Występujemy w wielu teatrach, a w każdym są inni ludzie, inna atmosfera. Cały czas jesteśmy w ruchu. 

SzC: Wracając do „Muszkieterów” – jest to spektakl trudny do zagrania. Co w nim było dla Was największym wyzwaniem?

RR: Nasi „Muszkieterowie” momentami przypominają komedię dell’arte – ona wymaga precyzji, skupienia, koncentracji. Nie mamy szpad, pojedynkujemy się „w powietrzu”, musimy dopasować się do dźwięku, zgrać z akustykiem. Nie można w tym spektaklu za bardzo improwizować. Utrzymanie dyscypliny, formy tej opowieści, jest rzeczywiście najtrudniejsze. Ona musi mieć swoje tempo, dynamikę, ale to jest kwestia prób, wyćwiczenia. Lubimy to przedstawienie, bo jest bardzo odświeżające. 

SzC: A co w tym spektaklu najbardziej Was bawi?

RR: Największą frajdę sprawiało nam odkrywanie, wymyślanie tych światów, postaci, które są kompletnie pokręcone, trochę jak z kreskówki. Składanie tego i wymyślanie żartów, poszczególnych numerów, konfrontacja tego z reżyserem, który jest z Kolumbii i patrzy zupełnie z innej perspektywy, stylistyki, innej tradycji teatru. To wszystko było dla nas bardzo zabawne. Tam jest wiele patentów, żartów, które do dziś nas bawią. 

SzC: Czyli podsumowując – warto obejrzeć „Muszkieterów”, bo jest tam dużo humoru, dużo dobrej gry aktorskiej, dużo niespodzianek. Dodałby Pan coś jeszcze?

RR: Myślę, że jest to w dobrym znaczeniu tego słowa rozrywka teatralna na – mam nadzieję – wysokim poziomie, gdzie piątka aktorów prawie bez rekwizytów buduje i pokazuje świat. Każdy mniej więcej zna historię muszkieterów – my staramy się ją pokazać w pięć osób i dysponujemy tylko szafą. Są pojedynki, morderstwa, intrygi, jest Londyn, Paryż. Jest to przedstawienie dla każdego, na tyle dynamiczne, że może być alternatywą dla telewizji. Można przyjść z sześcioletnim dzieckiem i z sześćsetletnią babcią – uśmiechnąć się i rozerwać. Polecam gorąco. 

Rozmawiała: Magdalena Kulus

Teatr Montownia to jedna z pierwszych niezależnych grup teatralnych w Polsce. Założyli ją w 1996 r. trzej absolwenci ówczesnej warszawskiej PWST: Adam Krawczuk, Rafał Rutkowski i Maciej Wierzbicki. Później dołączył do nich Marcin Perchuć, również absolwent PWST. Krytycy zgodnie twierdzą, że Montownia jest jedną z ważniejszych grup, jakie pojawiły się na polskim rynku teatralnym. Montownia konsekwentnie definiuje własny model teatru – niezależnego, wolnego od biurokracji, otwartego na nietuzinkowe pomysły i gotowego wspierać innych twórców. Montownia jest teatrem, który nie posiada własnej sceny, obecnie gra gościnnie m.in. w Och-teatrze, Teatrze Polonia oraz w Studio Buffo. (źródło: www.teatrmontownia.pl)

fot. (od góry): Elżbieta Kamińska, Radek Ragan

piątek, 12 sierpnia 2016

Niedawno w parku pewien pan, zanim przeszedł do podrywu (mam ostatnio jakiś wysyp przygodnych i niezbyt pożądanych adoratorów), zapytał Elę (lat 18), czy jestem jej mamą... Opowiedziałam tę historię Mrówce, licząc na zrozumienie (no bo jak ja, taka młoda :P, mogłabym być mamą dorosłej pannicy?). 

Na co Mrówka spojrzała na mnie poważnie i rzekła bez cienia współczucia:

- Nie chcę cię martwić, ale to się będzie zdarzać coraz częściej.

Cóż mi zostało? Chyba czas na krem. Przeciwzmarszczkowy :P

 emm

 Ela, ja i Mrówka Cięta Riposta. Sierpień 2016, Katowice

niedziela, 07 sierpnia 2016

sztygarkaDwa lata temu zostałam zaproszona do współpracy przy "Sztajgerowym Cajtungu", gazetce festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego. Dzięki temu miałam okazję robić wywiady m.in. z Marcinem Perchuciem i Piotrem Bukartykiem, a także obejrzeć kilka świetnych spektakli. Ostatnio była to "Goła baba", monodram Joanny Szczepkowskiej:

Joanna Szczepkowska, a właściwie jej eteryczna bohaterka, weszła na scenę bocznym wejściem, niosąc ze sobą walizkę i parasolkę. Miało się więc wrażenie, że to jedna z nas – tych, którzy siedzieli na widowni. Szybko jednak okazało się, że to postać wyjątkowa, arcywrażliwa, żadna tam zwyczajna, goła baba. 

Jej monolog, a raczej występ – koncert grania na ciszy – zdumiewał. Absurd gonił absurd – a całość można określić mianem „sztuki dla sztuki”. Dlatego publiczność Sztygarki milczała oniemiała. Pierwsze, nieśmiałe chichoty pojawiły się, gdy na długim sznurze, rzędem, powieszone zostały… śpiewające parasole. Nie do końca było wiadomo, czy wypada się śmiać (bohaterka wprowadziła publiczność w nieco podniosły nastrój), ale kiedy jeden z parasoli… zmarł – nie było już wyjścia. 

W sumie jednak ta zwiewna, ubrana w błękity, niezrozumiana przez społeczeństwo istota, budziła jednak głównie współczucie. Wystarczyło kilka gestów, parę słów, by widz poczuł całym sobą, jak bardzo jest samotna i nieszczęśliwa. Tym bardziej, że wyznała, iż wszystkie jej artystyczne zamierzenia niweczy i torpeduje ulubienica publiczności – ordynarna, bezpośrednia „goła baba”.  

„Gołą babę” publiczność zgromadzona w Sztygarce mogła poznać w drugiej części spektaklu. Wielka, gruba, ubrana niechlujnie i wielowarstwowo – trzeba się było mocno wysilić, by zobaczyć w niej Szczepkowską. Gdy tylko pojawiła się na scenie, od razu atmosfera stała się luźniejsza – zapewne też za sprawą rzucanych od czasu do czasu na widownię gum żujek. Kto jak kto, ale „goła baba” potrafi rozbawić widzów, a swój występ kończy oczywiście striptizem. 

Trudno powiedzieć, co wzbudziło większy podziw widzów – mistrzowska kreacja dwóch tak różnych postaci, zewnętrzna przemiana w „gołą babę”, błyskotliwe teksty czy zaskakująca puenta. Jedno jest pewne – gdy spektakl się skończył, po sali unosił się szmer podziwu. W „Gołej babie” każdy – niezależnie od płci i wieku – znajdzie coś dla siebie. 

Joanna Szczepkowska gra ten monodram od 1997 roku – był on więc wielokrotnie omawiany i recenzowany. Jedyne co mogę dodać, to wyrazy uznania – „Goła baba” jest nadal w formie – bawi, wzrusza i pobudza do refleksji. Co więcej – cały czas jest aktualna, niezależnie od tego, czy potraktujemy ten spektakl jako rozważania o szeroko pojętej sztuce i jej odbiorze, czy też jako swoistą przypowieść o naturze kobiety. W każdej wysublimowanej kobiecie jest trochę „gołej baby”, a w każdej „gołej babie” kryje się wrażliwa i delikatna przedstawicielka płci żeńskiej – mówi swoim występem Joanna Szczepkowska. Jeśli więc nie udało Wam się zobaczyć „Gołej baby” w zeszły piątek w Sztygarce, musicie to koniecznie nadrobić. Tej sztuki nie można przegapić! 

Recenzja ukazała się w "Sztygarowym Cajtungu" nr 4 (48) 2016.


sobota, 06 sierpnia 2016

Kiedyś, dawno temu, gdy nagle i niespodziewanie wylądowałam w szpitalu, obejrzałam (a raczej zobaczyłam piąte przez dziesiąte) film "PS Kocham cię". Spodobał mi się, chociaż ze względu na warunki i okoliczności, nie widziałam go w całości, raczej na wyrywki.  

psTeraz, po latach, w moje ręce trafiła książka Cecylii Ahern, na podstawie której ten film powstał. Słyszałam, że jest świetna - w końcu to światowy bestseller. Niestety, bardzo się rozczarowałam. Może to wina tłumacza - czytałam wydanie ze Świata Książki, niezbyt zresztą staranne, z literówkami. Brnęłam przez tę historię i sama sobie się dziwiłam, że podobał mi się film. Obejrzałam go więc ponownie i zrozumiałam - po prostu film jest dużo lepszy niż książka, bardziej spójny, mocniejszy i naprawdę wzruszający. Wiele w nim wspomnień głównej pary bohaterów, które wyjaśniają, dlaczego ich związek był tak wyjątkowy. W filmie pojawia się też bardzo wyrazista postać matki, a historia jej życia splata się z tym, co przeżyła Holly. Nieco inaczej przedstawiono też owe listy zostawione przez jej zmarłego męża. Na ekranie akcja jest wartka, sensownie się zazębia, wciąga, budzi emocje, tymczasem w książce - nuda, przydługie dialogi i zupełnie nie moje poczucie humoru. 

Rzadko to się zdarza, ale w tym wypadku (podobnie jest z pierwszą częścią "Bridget Jones") film podobał mi się bardziej niż książka, która okazała się (niestety) stratą czasu. 

17:34, blondyn_i_blondyna83 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 31 lipca 2016

"Zdążyć przed Panem Bogiem" znają wszyscy, bo to (chyba nadal?) lektura szkolna. Jakiś czas temu czytałam też "Król kier znów na wylocie". Dlatego skusiłam się na "Reporterkę" - książkę o Hannie Krall. Myślałam, że to będzie typowy wywiad-rzeka, sentymentalna rozmowa o minionych czasach. Tymczasem książka Jacka Antczaka to kompilacja różnych wypowiedzi Hanny Krall, uzupełniona i ułożona tematycznie - świetny materiał dla osób, którą są lub chcą zostać reporterami. 

Ja ani nie jestem, ani nie będę reporterem, więc momentami trochę się przy tej lekturze nudziłam. Ale tylko momentami - bo sporo w tej książce niewiarygodnych historii, pięknych refleksji i prawdziwej, życiowej pasji. Hanna Krall opowiada o tym, jak zmieniała się ona i jej pisarstwo. Nie robi prywatnych wycieczek, nie opowiada swojego życiorysu - raczej wyjawia tajniki zawodu, który wykonuje i daje wskazówki. Warto poczytać o jej spotkaniach z Markiem Edelmanem i innymi, niezwykłymi ludźmi, o niewiarygodnych zbiegach okoliczności i o tym, że nic tak naprawdę nie jest przypadkiem.

"Reporterkę" miałam przyjemność czytać w takich, przemiłych okolicznościach przyrody :)

reporterka

Czytałam ją też nocą w ogrodzie i dzięki temu zaliczyłam spotkanie z lisem ;) Na szczęście lis był bardziej przerażony niż ja i szybko uciekł :D

piątek, 29 lipca 2016

siedleckaTa książka nie jest ani miła, ani przyjemna, ale na pewno warta przeczytania. Znajdziemy w niej okrucieństwo, przemoc, naturalistyczne opisy, smutne (a jakże trafne) spostrzeżenia dotyczące małych polskich miasteczek. Autorka obnaża wszystkie, wstydliwe ludzkie wady i grzechy, ale robi to tonem spokojnym i rzeczowym, jakby snuła gawędę przy ognisku. 

Nieraz odwracałam wzrok od kartek tej powieści, z trudem przebrnęłam przez fragment, w którym opisana została postrzelona, ciężarna sarna poćwiartowana na mięso. Dziecko bez twarzy też nie napawa optymizmem, podobnie jak samobójcza śmierć przez powieszenie. 

Jest w tej książce mrocznie, jak w sennym koszmarze. Zresztą na końcu faktycznie trudno oddzielić jawę od snu. Stron niewiele, ale przekaz mocny. Polecam. 

23:36, blondyn_i_blondyna83 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
Tagi