Świat książek przeplata się w moim życiu z muzyką i teatrem. Nie jest to jednak kolejny blog z recenzjami - dzielę się tu moimi kulturalnymi inspiracjami i odkryciami, a także emocjami, które chociaż nieuchwytne, można próbować zamknąć w słowie.
poniedziałek, 07 sierpnia 2017

Od jakiegoś czasu mam przyjemność współtworzyć bazarek dla Igora. To bardzo miłe miejsce, które przyciąga sympatycznych ludzi, więc wkręciło się w niego sporo moich bliższych i dalszych znajomych. 

- Magda, będę miała trochę książek na bazarek. Kilka pozycji - mówi mi ostatnio Nina.

- Uhm. Dobrze, że nie książek z pozycjami, bo chyba bym nie wzięła.

- Z pozycjami nie sprzedaję. Stara jestem i muszę mieć do czego zajrzeć, jakby mi się zapomniało. 

:D

Jeśli jednak ktoś ma dobrą pamięć albo po prostu dysponuje czymś, co chciałby przekazać dalej (i przy okazji wesprzeć Igora), może napisać maila: bazarekigora@gmail.com lub skontaktować się ze mną :) Cały czas przyjmujemy i wystawiamy fanty, warto być na bieżąco, bo można upolować unikatowe i piękne rzeczy. Zapraszam!

książki

niedziela, 06 sierpnia 2017

Od dawna marzyło mi się, by pojechać na Targi Książki w Warszawie. Planując wycieczkę, nie wiedziałam jednak, że w tym samym czasie jest Noc Muzeów. Jednym słowem, całkiem przypadkiem, udało mi się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. 

Przyznam, że atrakcji do wyboru było mnóstwo - a noc tylko jedna ;) Ostatecznie zdecydowałyśmy się na nieco dziwny zestaw, a mianowicie zwiedzanie fabryki Wedla i Pawiak. Pełne optymizmu ruszyłyśmy o zmierzchu na miasto, po drodze zwiedzając Pragę, bo pomyliłyśmy drogę i trafiłyśmy na jakiś plac budowy :P

praga1

Z Kasią zagubione na warszawskiej Pradze ;)

Pod Wedlem - dziki tłum. Ochroniarz nam powiedział, że jak staniemy w kolejce i dobrze pójdzie, to o czwartej rano wejdziemy. Poszłyśmy więc sobie kupić wedlowską czekoladę i lody (ceny z kosmosu, smak całkiem przeciętny), a że miejsc siedzących  oczywiście nie było, to biesiadowałyśmy na ulicy. Nieco nas ten Wedel przygasił, ale na pewno nie zepsuł nam humorów :D

biesiada

Pozbawione złudzeń i uświadomione, jak wygląda Noc Muzeów w Warszawie - ruszyłyśmy na Pawiak. Ludzi na ulicach i w komunikacji miejskiej mnóstwo. Wtopiłyśmy się więc w tłum i podziwiałyśmy miasto nocą :) Piękne miasto, trzeba przyznać! 

myzelkaA na Pawiaku - brak kolejki, za to mnóstwo schodów. Dla Kasi i Elki, to nie był problem - pokonały schody nie tylko tam, zresztą pojechałyśmy do Warszawy bez podnośnika i przez trzy dni dzielnie nosiły mnie na rękach, a jak trzeba było, to szybko i skutecznie organizowały jakieś silne, męskie ramię ;)

O Pawiaku wiele czytałam, ale dopiero tam, na miejscu, jakoś mi się to wszystko urealniło. Samo czytanie jednak nie wystarczy, gdy chce się naprawdę poznać historię. Trzeba pojechać i zobaczyć te fragmenty rzeczywistości, które tworzyły więzienną codzienność. Wrażenia - mocno przygnębiające, zwłaszcza gdy oglądało się przedmioty wykonane przez więźniów - ich mozolne próby ocalenia człowieczeństwa. Czułam się dziwnie - weszłam tam prosto z tętniącej życiem ulicy, z rozgadanego tramwaju, z pełnym brzuchem, w różowej bluzce i z głową pełną planów - a tam duchy, same znękane, umęczone duchy. Podobnie miałam na Powązkach - dopiero tam, w obliczu tych wszystkich krzyży, zrozumiałam, ilu ludzi zginęło za ten kraj. Żadne liczby nie zrobiły na mnie takiego wrażenia, żadne historyczne opracowania, żadne wspomnienia. Zobaczyłam i to mi wystarczy na całe życie. 

pawiak

Drzewo Pamięci na Pawiaku

fot. Kasia Kowieska, Ela Kamińska

środa, 02 sierpnia 2017

machalicaChorzowski Teatr Ogrodowy zainaugurował w tym roku Piotr Machalica z zespołem. Ten popularny aktor, znany z wielu ról teatralnych i filmowych, jest również aktywny jako wokalista. W Chorzowskim Centrum Kultury wystąpił z recitalem „Mój ulubiony Młynarski na trąbkę, dwie gitary i akordeonik”.

Wojciech Młynarski dla wielu artystów był i nadal jest inspiracją. Machalica przyznał, że spośród bogatego dorobku tego twórcy niezwykle trudno było wybrać dwadzieścia utworów tak, by tworzyły spójną całość, bo każdy z nich to osobna historia. Jednak wszystkie te historie zostały perfekcyjnie przedstawione na chorzowskiej scenie. Wykonanie, ale przede wszystkim aranżacje sprawiały, że publiczność od pierwszych dźwięków została wprowadzona w wyjątkowy nastrój przepełniony nostalgią za tym, co było.

Bo w piosenkach Młynarskiego, w opowiadanych przez niego historiach są zapisane smaki, zapachy, maniery i obyczajowość, które bezpowrotnie minęły. Nie każdemu jednak udaje się je zaprezentować tak, by zarówno wzruszyć, jak i rozbawić publiczność. Piotr Machalica dokonał tego z ogromnym wdziękiem, ale też z należytym szacunkiem wobec tekstowego tworzywa. 

Było więc nostalgicznie, ale w bardzo dobrym znaczeniu tego słowa. Zapewne w jakimś stopniu wynika to z tego, że zarys koncertu powstał jeszcze za życia Wojciecha Młynarskiego, a nie ku jego czci. Zaprezentowano więc te najbardziej znane szlagiery (typu „Róbmy swoje”, „Moje ulubione drzewo”, „Jeszcze w zielone gramy”), ale też mniej znane piosenki i tłumaczenia. Każdego utworu słuchało się z przyjemnością. 

Po raz kolejny okazało się również, jak czujna i wsłuchana w każde słowo jest publiczność Chorzowskiego Teatru Ogrodowego, która żywo reagowała na te mniej nostalgiczne a bardziej komiczne fragmenty tekstów. Tych, jak wiadomo, w swym dorobku Młynarski ma mnóstwo, a Machalica świetnie potrafi je wyeksponować.

machalica2

Na scenie obok aktora można było też zobaczyć owe dwie gitary, trąbkę i akordeonik, czyli Michała Walczaka, Krzysztofa Niedźwieckiego i multiinstrumentalnego Pawła Surmana. Zwłaszcza trąbka robiła wrażenie. Pozostaje nadzieja, że panowie w tym składzie i z takim repertuarem wydadzą płytę. Ogromnie cieszy, że piosenki Młynarskiego żyją i nadal są obecne w kulturalnej przestrzeni.

Zresztą nie tylko piosenki, bo Machalica część tekstów deklamował i była to deklamacja, jakiej rzadko ma się przyjemność posłuchać – piękna i dystyngowana, nawet gdy treść momentami była komiczna. Taka deklamacja skłania do tego, by się zatrzymać, zamyślić, zadumać. Dzisiaj mało kto i mało kiedy tak deklamuje.  

W tłumaczonym przez Wojciecha Młynarskiego tekście Georgesa Brassensa „Testament” czytamy:

Lecz nie szukajcie mnie na górze,

ja stamtąd nie pozdrowię was,

raczej przepadnę w czarnej dziurze,

którą okrutny drąży czas... 

I kiedy ten tekst wykonywał Machalica, pomyślałam, że Wojciech Młynarski nie ma szans na to, by zniknąć w dziurze zapomnienia. Bo jego twórczość jest tak pojemna i bogata, że zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce na nowo przedstawić ją szerokiej publiczności. Pozostaje mieć nadzieję, że zrobi to w tak dobrym stylu, jak Piotr Machalica i jego zespół. Po ich występie widać, że Młynarski jest dla nich faktycznie ulubiony.

Tekst został opublikowany w "Sztajgerowym Cajtungu" nr 2 (53).

chto2017

Tuż przed inauguracją tegorocznego Chorzowskiego Teatru Ogrodowego :)

fot. Radek Ragan, Marek Grela

wtorek, 01 sierpnia 2017

Gruby, wakacyjny kurz osiadł mi na tym blogu, czas więc chyba najwyższy na obiecane dawno temu nadrabianie zaległości :) 

kurs szczęściaZaczniemy od książki :) Na początku roku pisałam, że zaopatrzyłam się w kalendarz Beaty Pawlikowskiej. Bardzo go lubię, używam codziennie, często też zaglądam na facebookowy profil tej autorki. Udało mi się w końcu wypożyczyć jakąś jej książkę (w bibliotece stale są do nich kolejki!). "Kurs szczęścia" zaczęłam czytać na wsi, podczas wielkiej ulewy. Słuchałam deszczu, jadłam śniadanie, czytałam i wsiąkłam. Pół weekendu spędziłam z Beatą. 

Pawlikowska nie poucza, nie nakazuje, nie rządzi. Raczej pochyla się z troską nad każdym swoim czytelnikiem. I to faktycznie działa, bo ma się wrażenie intymnej rozmowy z kimś bliskim. Chce się ją kontynuować, słuchać, wykonywać proponowane ćwiczenia. Autorka jest autentyczna, bo wykazuje się empatią i zrozumieniem wszystkich ludzkich słabości. Poza tym o wielu kwestiach uznanych powszechnie za wstydliwe, mówi wprost. Nie owija w bawełnę. Ale podkreśla też, że zmiany wymagają decyzji, konsekwencji i wewnętrznej siły. Nie obiecuje, że będzie łatwo. 

Książkę wypełniają ćwiczenia, jest sporo miejsca na własne notatki. Znajdziecie w niej również mnóstwo popularnych, żółtych karteczek, które stały się znakiem rozpoznawczym Pawlikowskiej. 

Czy "Kurs szczęścia" działa w praktyce? Nie mam pojęcia. Jak mam wolną chwilę, to śpię, a nie praktykuję ;) Ale wiele z tej książki wyniosłam. I powinien ją przeczytać każdy, kto boryka się z codziennością. Pawlikowska koi, pociesza i daje nadzieję, a także konkretne wskazówki. I wie, o czym mówi, bo sama w życiu wiele przeszła. 

Lubię ją. Będę czytać dalej. Myślę, że warto :) 

Spróbuj po raz pierwszy w życiu 

wziąć odpowiedzialność

za to jak żyjesz

Beata Pawlikowska

poniedziałek, 10 lipca 2017

Po przyjeździe z urlopu czekały na mnie dwie niespodzianki - przesyłka z klamrami do włosów od Cioci Moniki i paczuszka od Pani Marty z jazzową płytą Artura Dutkiewicza (polecam!). Coś dla ducha, coś dla ciała ;) Wielka to dla mnie radość, bo uwielbiam niespodzianki w każdej postaci. 

Z niecierpliwością wyglądałam więc dawno zapowiedzianej niespodzianki Marka. A wiadomo, że czekanie na niespodziankę jest prawie tak samo przyjemne jak sama niespodzianka :) Bardzo byłam ciekawa, o co chodzi, bo Marek powiedział, że niespodzianka stoi u niego na półce i czeka na odpowiednie okoliczności (!). 

Po takiej zapowiedzi moja wyobraźnia szalała :) Cóż to może być?

feelWszystko wyjaśniło się pewnego czerwcowego wieczoru. Tego dnia Marek od rana mnie przekonywał, że musimy się zobaczyć, chociaż ja miałam dosyć napięty plan, po pracy ćwiczyłam, porządkowałam szafę, wałęsałam się po domu w dresie i byłam bardzo niewyjściowa. Ale moja kobieca intuicja (nieco zmotywowana SMS-ami Marka) podpowiedziała mi, że nie mogę zawieść, ogarnęłam się więc, porzuciłam szafę i poszłam nad jezioro, gdzie czekał na mnie Marek z... Piotrkiem Kupichą :)

Marek jest autorem projektu okładki najnowszej płyty zespołu Feel "The best" - w ramach niespodzianki otrzymałam ją wraz z bonusem, czyli spacerem z jednym z najpopularniejszych wokalistów w kraju ;)

Przyznam, że dotychczas nikt jeszcze nie sprowadził dla mnie na Papry żadnego artysty tylko po to, by podpisał mi się na płycie :D Pomysł był naprawdę mocny, wykonanie perfekcyjne, a spotkanie bardzo sympatyczne. Porozmawialiśmy sobie z Piotrem o tekstach, o jego słynnych pomarańczach w szklance, o popularności, pudelku i fankach, zjedliśmy lody, pospacerowaliśmy, wmówiliśmy jakimś paniom, że Piotr to nie Piotr (tylko podobny!) i przeszliśmy się po molo. W międzyczasie nauczyłam Piotra, jak i dlaczego asekuruje się osoby na wózkach na pochyłościach, mój pies wykąpał się tysiąc razy i wytarzał w czymś śmierdzącym (a jakże!), zrobiliśmy reklamę Paprocanom i Tychom, a także wykonaliśmy kilka selfie ;) To był po prostu miły wieczór :)kupicha

Piotrek okazał się fajnym chłopakiem z sąsiedztwa :) Można z nim pogadać o wszystkim. Do dzisiaj jestem pod wrażeniem, że chciało mu się fatygować, tym bardziej że czasu w nadmiarze nie ma i cały czas jest w trasie. Cieszę się też, że mu się u nas spodobało - na drugi dzień przyjechał nad jezioro z synami :) Możemy więc uznać, że dla niego to była prawdziwa wycieczka krajoznawcza ;)

Marek został oficjalnie mistrzem niespodzianek :) Myślę, że trudno będzie komuś go przebić. Tym bardziej, że kontynuacją niespodzianki było zaproszenie na koncert, ale to już zupełnie inna historia ;)

selfie

Dziękuję! :)

Dużo dobrych chwil

wieczornych przechadzek nad jeziorem

drzemek z Łaciem

spacerów z Egonem

miłych spotkań

lodów na Paprach

pysznych owoców

wypraw i planów

tekstów do poprawiania

pracy

nauki

możliwości

i chęci do działania :)

Dlatego chwilowo mnie tu nie ma. Ale poprawię się, obiecuję :)

papry

fot. Marek Grela

00:41, blondyn_i_blondyna83 , Blondyna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 czerwca 2017

Próbowałam zachować jako taką chronologię na tym blogu, ale dzieje się tak wiele, że nie nadążam ;) Tymczasem są takie sytuacje i wydarzenia, które trzeba opisywać na bieżąco. Na przykład pożegnanie Elki. 

elaElka współpracowała ze mną rok, a teraz wyrusza w świat spełniać marzenia :) Powiem Wam, że to bardzo ożywcze spędzać czas z młodzieżą, która stoi u progu dorosłości i wie, że ma przed sobą wszystko. 

Przy Elce mentalnie odmłodniałam, ale przede wszystkim poznałam szkolne realia, slang, zwyczaje. Myślę, że zaowocuje to w jakiejś mojej książce :) Szkoda by było zmarnować taki materiał, a zbierałam go mimowolnie przez ostatnie 12 miesięcy. 

Elka pomagała mi na co dzień, pojechała też ze mną do Warszawy i na wieś. Wielokrotnie wykazała się dojrzałością i otwartością, bo nie jest łatwo (zwłaszcza w wieku 18 lat) opiekować się kimś tak chorym jak ja. 

Szacun, Elka :) Trzymam kciuki za wszystkie Twoje marzenia, mocno wierzę, że się spełnią i dziękuję za ten dobry, wspólny czas - za przygody teatralne i kulinarne, wyprawy (z krzesełkiem i bez), za malowanie paznokci, wszystkie szalone sesje zdjęciowe, wiejskie wycieczki, za sprawdzanie, czy żyję ;), wspólne sprzątanie (zwłaszcza nocne), za zaangażowanie, cierpliwość, no i za niezapomnianą walkę z owadami w lesie :P Będziemy tęsknić - ja i Twój przyjaciel Eguś też :) 

Tagi: młodzież
13:37, blondyn_i_blondyna83 , Blondyna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 czerwca 2017

- Julka, tylko zjem śniadanie i już lecę. 

- Na Paprocanach też możemy coś zjeść. 

- Ale tam są same frytki, zapiekanki itd. A ja tu zajadam pomidory.

- Rozumiem, udajesz, że jesteś fit. Też to czasem robię. 

Swój swojego zrozumie :D

Dialog wprawdzie sprzed tygodnia, ale myślę, że jeszcze długo będzie aktualny ;)

jula michał

Z Julką i Michałem w słoneczne, niedzielne popołudnie :) 

niedziela, 25 czerwca 2017

Śląsk, piąta strona świata, to miejsce, gdzie zacierają się granice, a historia bawi się ludźmi i narodami. Nie sposób zamknąć go w sztywne ramy ani opowiedzieć od początku do końca. Można tylko próbować odsłaniać po kawałku, zestawić z tysiąca zabawnych, tajemniczych i fascynujących ludzkich historii. 

Mieszkam na Śląsku od 34 lat i muszę przyznać, że odkrywam go, a przy okazji śląską gwarę od niedawna - głównie dzięki bliższym i dalszym znajomościom z osobami, które cenią i szanują tę ziemię, jej tradycje i historie. Dlatego cieszę się, że trafiłam do Teatru Śląskiego na "Piątą stronę świata". 

plakatPowiedzieć, że jest to świetna sztuka, to za mało. To doskonale skrojone przedstawienie na podstawie książki Kazimierza Kutza pod tym samym tytułem. 

Narrator, opowiadając historię swojej rodziny i przyjaciół, pokazuje tak naprawdę trudne dzieje śląskiej ziemi ostatnich kilkudziesięciu lat. Jest tu wszystko, co pamiętają i czego nie chcą pamiętać Ślązacy. Jest radość i cierpienie, pamięć i tęsknota za tym, co nieodwołalnie minęło. To przemijanie staje się głównym tematem - takie przemijanie, które łapie za serce i gardło. 

Monumentalna i symboliczna scena wesela jest po prostu mistrzowska - przypomina filmowe kadry, stanowi podsumowanie i pozwala w pełni zrozumieć, jak różnorodny jest Śląsk i jego mieszkańcy. Uświadamia, jak wiele śląskie rodziny musiały przejść i zachęca, by tę zagmatwaną, śląską historię poznawać właśnie tak - z perspektywy poszczególnych osób, ludzi i wspólnot, a nie poprzez historyczne fakty i podręczniki. 

Zastanawia mnie, dlaczego tak nie uczono nas o Śląsku w szkole? Dlaczego nikt nam nie tłumaczył, w jak trudnych sytuacjach byli postawieni mieszkańcy tych ziem, ile przeszli i jaki to miało wpływ na losy całych rodzin. Daty niestety szybko ulatują z pamięci, tymczasem historia opowiedziana w "Piątej stronie świata" zostanie we mnie na długo. 

Spektakl Roberta Talarczyka zbudowany jest ze słów i symboli - mało tu rekwizytów, scenografia też jest skromna. Dlatego - pomimo sporej obsady - można się skupić na snutej przez głównego bohatera (Dariusz Chojnacki) opowieści. 

Sezon w Wyspiańskim zakończony, ale jeśli nie byliście na "Piątej stronie świata", możecie sobie ją zaplanować na jesień. Naprawdę warto, bo to jeden z tych spektakli, które po prostu trzeba zobaczyć. 

fot. oficjalny plakat "Piątej strony świata"

środa, 21 czerwca 2017

bodyNa wystawę Body Worlds wybrałam się głównie za sprawą Kasi. I muszę przyznać - było warto. Trochę się obawiałam własnych reakcji na widok tak rozczłonkowanych ludzi, ale okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Wszystkie eksponaty były zaprezentowane z należytym szacunkiem. 

Zobaczenie siebie od środka jest nie tylko fascynujące, ale przede wszystkim pouczające, bo człowiek uświadamia sobie, jak skomplikowanym organizmem zarządza. Taka wystawa jest lepsza niż dziesiątki lekcji biologii. 

Dużo czasu spędziłam przy mózgu, rdzeniu kręgowym i kręgosłupie. Pięknie zaprezentowane zostały też płody na różnym etapie rozwoju i płuca. W sumie - im dalej, tym śmielej spoglądałam w gabloty. Wiem już, jak wygląda kość z osteoporozą i bez, a także jak działają by-passy i jak prezentują się mięśnie u tych, którym one nie zanikają ;) 

Wielkim atutem tej wystawy jest to, że nie jest tylko naukową ekspozycją. Plansze z cytatami i wyjaśnieniami nadają jej wyjątkowy wymiar - filozoficzny. Uświadamiają, że my nie istniejemy bez ciała, a ciało bez nas. Przypominają, że z każdym oddechem zbliżamy się do śmierci, a życie jest prawdziwym cudem i trzeba je szanować. 

Jednym słowem - warto. Eksponaty nie śmierdzą, nie gorszą. Są natomiast świetną lekcją anatomii i troski o swoje ciało. 

Ludzkie ciało to cud sprzeczności. Jest proste, a zarazem złożone, wrażliwe, a jednocześnie wytrzymałe. dr Gunther von Hagen

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
Tagi