Świat książek przeplata się w moim życiu z muzyką i teatrem. Nie jest to jednak kolejny blog z recenzjami - dzielę się tu moimi kulturalnymi inspiracjami i odkryciami, a także emocjami, które chociaż nieuchwytne, można próbować zamknąć w słowie.
niedziela, 16 kwietnia 2017

wielkanocGdy tylko pozbyłam się kataru i przeziębienia, wpadłam w towarzysko-teatralny wir :) To właśnie w związku z tym zapadła tutaj taka cisza. Recenzji, notek, fotek i wpisów mam w zanadrzu mnóstwo, będę więc systematycznie nadrabiać - a przynajmniej taki jest plan.

Tymczasem nadeszła Wielkanoc, która (jak każde święta) mocno mnie zaskoczyła. To już? Bazie, koszyczek, zajączek? Serio? Przecież dopiero było Boże Narodzenie. 

Na progu wiosny czuję wdzięczność - za wypełnioną po brzegi codzienność, drobne przyjemności, za tych, którzy motywują mnie do działania, za te wszystkie miłe, zabawne i wzruszające chwile, które mi się ostatnio przytrafiały, za poczucie sensu i za plany. Za to, że wciąż tu jestem :) 

Życzę Wam takiej wiosennej wdzięczności. I odrodzenia - cokolwiek to dla Was znaczy. Niech te święta przyniosą nadzieję i wiarę w to, że wszystkie elementy tej dziwnej układanki zwanej życiem tworzą (prędzej czy później) sensowną całość :) 

poniedziałek, 03 kwietnia 2017

Dyskutuję z moim Tatą, lat 59. 

- Tato, ale jesteśmy już starzy, nie?

- Mów za siebie. 

Hahaha :) Bo młodość to ma się w duszy, a nie w metryce. 

ztata

Na tym zdjęciu najlepiej widać, kto z nas dwojga nadal jest piękny i młody - wskazuje na to fryzura ;) Zdjęcie ze stycznia 2016, ale nadal aktualne :)

niedziela, 02 kwietnia 2017

Na piękną niedzielę zostawiam Wam kilka słów o Jowance i jej gangu :) Recenzja ukazała się w "Guliwerze" nr 3/2016.

"Jowanka i Gang spod Gilotyny" Katarzyny Wasilkowskiej to książka o świecie nieszczęśliwych dorosłych i dzieciach, które muszą się odnaleźć w ich rzeczywistości. Maluchy, śledząc dramaty życia codziennego, starają się je nie tylko oswoić, ale też stworzyć swoją, w miarę bezpieczną przestrzeń. 

Spośród dorosłych bohaterów najbardziej przygnębiające wrażenie robi tata Jowanki – opuszczony przez żonę i samotny. Całe dnie spędza przed komputerem, zaniedbując córkę. Dom Jowanki jest więc smutny, pozbawiony serdeczności i ciepłych posiłków, które zastąpione zostały ekspresowymi zupami w kubku. Panuje w nim brud i nieporządek: „Wszędzie fruwały koty z kurzu, leżały rozrzucone ubrania, w kuchni więcej naczyń było brudnych niż umytych”. Dziewczynka praktycznie zajmuje się sobą sama, włócząc się po osiedlu, na które dopiero co się przeprowadziła. Sama też radzi sobie z tęsknotą za matką, po której został jej tylko karton pełen fatałaszków.  

Natomiast mama Tomaszka, kolejnego bohatera tej książki, przeżywa żałobę po stracie męża i „jest ciągle zajęta albo smutna”. Tomaszek musi się nie tylko uporać ze śmiercią ojca, ale też z własnym kalectwem – w wyniku wypadku stracił nogę. Emocje chłopca są tak ogromne, że w nocy męczą go koszmary: „Coraz lepiej wychodziło mu duszenie wrzasku, wrzeszczał coraz rzadziej, chociaż czasem strach tak go zaskakiwał, że nie udawało się ani zębami, ani rękami”. Lęk o bardzo realnych podstawach często nie pozwalał mu zasnąć, męczył go wizjami śmierci matki i rozstaniem z siostrą. 

jowankaW przypadku Tomaszka autorka porusza też bardzo istotny problem, który dotyka wiele dzieci, a mianowicie wspomina, że chłopiec „często nocą wysikiwał cały strach do łóżka. Wtedy gęste zło się rozpływało, bo jak mama przychodziła, to musiało. I było dobre zamieszanie, zmiana prześcieradła, materac na drugą stronę”.  

Jak widać Katarzyna Wasilkowska nie boi się trudnych tematów, pisze o nich wprost. Nie ukrywa więc, że dziadek Franka jest samotny i chce się wyprowadzić do domu starców. „To jak dom dziecka, tylko jeszcze okropniejszy, bo nikt nie biega, tylko wszyscy narzekają” – przekonuje dziadka malec. A jednak starszy pan jest nieugięty i przedstawia jasne, bezlitośnie prawdziwe argumenty, które trudno w jakikolwiek sposób podważyć. Faktem jest, że na co dzień odwiedza go głównie najmłodszy wnuk – cała reszta rodziny zajęta jest swoimi sprawami. 

Autorka nie potępia dorosłych i nie piętnuje ich wad oraz uchybień. Raczej relacjonuje, tym samym pokazując, że każdy z nas, niezależnie od wieku, ma prawo do popełniania błędów. Jednak za te błędy zawsze się płaci – czasami najwyższą cenę. Tak było w przypadku ojca Tomaszka, który pozwolił sobie na jedno piwo (twierdząc, że „jedno piwko to tyle, co nic”) i doprowadził do śmiertelnego w skutkach wypadku. 

W powieści "Jowanka i Gang spod Gilotyny" nie ma prostych rozwiązań i ckliwych scen. Są natomiast życiowe problemy i frustracja, która nawet u małych dzieci może prowadzić do niebezpiecznych zachowań. Główna bohaterka, pozostawiona sama sobie, zaniedbana nie tylko pod względem fizycznym, ale też emocjonalnym, taranuje rowerem koleżanki ze szkoły. Po tym incydencie otrzymuje wsparcie dorosłych, ale i tak najważniejsze jest dla niej to, że w końcu przekonuje się, iż „ma dobrych kolegów”. Ze sfery marzeń o przyjacielu przechodzi do prawdziwej przyjaźni, która tak ważna jest dla każdego młodego człowieka. 

Wydawać by się mogło, że książka Katarzyny Wasilkowskiej jest dosyć mroczna. Byłoby tak pewnie, gdyby wszystkie te historie nie zostały zrównoważone zabawnymi anegdotami i poczuciem humoru. Sporo jest w tej opowieści dialogów i scen, które wywołują uśmiech. Przykładem jest sepleniąca Nikola, która w darze dla Jowanki przynosi „batonowe oszczędności”, czyli kawałki różnych batonów zbierane przez wiele dni, tworzące kolorową masę. 

"Jowanka i Gang spod Gilotyny" porusza ważne tematy, a zarazem pokazuje, że nawet współczesne dzieci mogą przeżyć wielką przygodę, taką, którą zapamiętuje się do końca życia. Wystarczy porzucić komputer i inne elektroniczne zabawki, znaleźć miłych i zaufanych kompanów, a przede wszystkim – mieć głowę pełną pomysłów i bujną wyobraźnię. Jednym słowem – książka ta zachęca do szukania prawdziwych przyjaciół oraz budowania mocnych relacji – takich, których w naszych czasach jest coraz mniej. 

sobota, 01 kwietnia 2017

Po obejrzeniu w wykonaniu Teatru Bez Sceny "Psiunia" i "Diabelskiego młyna" "Mleczarnią" byłam nieco rozczarowana. Dwóch mężczyzn w izbie wytrzeźwień to jednak trochę za mało jak na mój teatralny apetyt. Momentami trudno było się nie wyłączać, bo pojawiało się zbyt dużo wątków i dygresji.  

Ale trzeba przyznać, że sztuka ta ma w sobie wyjątkowy rodzaj nostalgii, tęsknoty za raz na zawsze utraconą arkadią. Bo czy tak naprawdę wszyscy nie jesteśmy jak ci dwaj bohaterowie? Przecież każdy z nas, dorosłych, ma swoją mleczarnię, którą wspomina, ma ukochany zakątek, miejsce, w którym spędził dzieciństwo i ma też izbę wytrzeźwień, w której próbuje się odnaleźć jako dorosły człowiek. 

Oglądając tę sztukę, trzeba podjąć refleksję o upływającym czasie. Czy rzeczywiście szczęśliwi jesteśmy tylko jako dzieci? Czy gubimy na zawsze tamtą radość i beztroskę? Ile osób ranimy, zawodzimy, przemierzając życie? Ile bliskich nam osób bezpowrotnie tracimy? Jak wiele ważnych ludzi "przegapiamy", bo jesteśmy zbyt niedojrzali i niemądrzy?

mleczarnia

Im dalej, tym bardziej refleksyjnie, nostalgicznie, nastrojowo - w dużej mierze za sprawą videoprojekcji, opuszczonych podwórek i bawiących się w tle dzieci. Ale chwilami bywa też - podobnie jak na izbie wytrzeźwień - bardzo dynamicznie, a nawet zabawnie. 

Wydaje mi się, że spektakl ten jest trudny do zagrania - na scenie są przede wszystkim dwaj aktorzy, Andrzej Dopierała i Wiesław Sławik. Dużo tekstu, mało wytchnienia, pełne skupienie, mnóstwo historii do zapamiętania - bo jak się można domyślać życie bohaterów obfitowało w liczne zwroty akcji. Obydwaj Panowie jednak jak zwykle stanęli na wysokości zadania i jak zwykle byli świetni :) 

"Mleczarnia" to spektakl dla widza, który szuka zadumy. Ja na razie (zarówno w życiu jak i w teatrze) szukam niespodzianek :) Ale i tak to przedstawienie zostawiło we mnie ślad - taki "osad" jak po dobrej, chociaż na pewno nie lekkiej lekturze. 

sobota, 25 marca 2017

wdziecznoscW środę był najbardziej deszczowy dzień tego roku. Przynajmniej na to wyglądało w Tychach. A w planach były zapiekanki w knajpie nad jeziorem.  

- Magdalena, co z naszymi zapiekankami? Pada. 

- No, leje. 

- I co robimy? Przejdziemy ten mały odcinek między kroplami?

:) Cenię towarzystwo ludzi, którzy uczą takich sztuczek. A chodzenie między kroplami to bardzo przydatna umiejętność.  

wtorek, 21 marca 2017

"To co było, to już zamknięta księga przeszłości. Nie zamierzam dźwigać jej ze sobą. Wszystko, co się zdarzyło, było mi do czegoś potrzebne. Dziękuję. A teraz ruszam naprzód" Beata Pawlikowska

Wiosenne porządki (raczej duszy niż ciała) :) Wiosenne podsumowania :) Wiosenne plany :) Wiosenny Festiwal Czekolady i Słodkości w Bielsku z moimi ulubionymi łasuchami (już za niecałe dwa tygodnie!) :) Wiosennie, po prostu. 

spring

Wiosno, wiosno, przynieś nieco wytchnienia i beztroski!

23:20, blondyn_i_blondyna83 , Blondyna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 marca 2017

Czytam "Tiramisu z truskawkami" Joanny Jagiełło, a w necie trafiłam na taki, pachnący latem obrazek:

truskawki

ilustris.pl

I o tym myślę od tygodnia. O truskawkach. O tym, że nigdy nie możemy być pewni, gdzie i z kim w tym roku będziemy je jeść :) I o tym, że to właśnie w życiu jest najfajniejsze - nieprzewidywalność, zarówno w tym pozytywnym, jak i negatywnym znaczeniu. Bo zazwyczaj jest tak, że najpiękniejsze i najsmutniejsze wątki trudno byłoby nam wymyślić, czy przewidzieć w jakimkolwiek stopniu.

Nigdy więc nic nie wiadomo. Ekscytujące.  

Rok temu - dokładnie rok temu - byłam w czarnej de. To była tak czarna de, że aż trudno mi do niej wracać myślą. Ledwo się trzymałam - fizycznie i psychicznie, byłam po długim chorobowym i zjedzeniu pięciu różnych antybiotyków. Nie miałam planów, perspektyw i rehabilitanta, nie miałam też specjalnej motywacji do jakichkolwiek ćwiczeń. 

Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, jaki fajny rok przede mną, nigdy bym nie uwierzyła. Gdybym mogła zobaczyć, ile mnie czeka pięknych chwil, zaskakujących historii i zwrotów akcji, ile śmiechu i radości, powitań i pożegnań, ile się wydarzy - tak nagle i niespodziewanie - byłabym mocno zaskoczona :) A jednak! 

W tamtym roku, w marcu wydawało mi się, że jestem strasznie chora, a moje dni są policzone (serio). W tym jeżdżę sama autobusem (co mi się już nie zdarzyło bardzo dawno przy takiej aurze), a 3 marca rozpoczęłam sezon i objechałam sama jezioro (co zimą nie zdarzyło mi się chyba nigdy wcześniej). 

jazima

To była piękna zima! :) fot. Ela Kamińska

Czekam na truskawki. Ale w pierwszej kolejności - na wiosnę. Nie przewiduję i nie rozmyślam. Planuję ostrożnie i z małym wyprzedzeniem. Bo i tak będzie, co ma być :)

czwartek, 16 marca 2017

Wczoraj w radiowej Trójce Magda Umer powiedziała, że skończyła się pewna epoka. Nie ma już z nami Agnieszki Osieckiej, Jeremiego Przybory, a teraz także Wojciecha Młynarskiego. Trzy artystyczne, pełne poezji umysły, wyjątkowe postacie obdarzone talentem przez duże T, odeszły na zawsze, a wraz z nimi coś niepowtarzalnego.  

Pan Wojciech podobno lubił pisać z rana, już od 5. Jest autorem ponad 2000 tekstów. Sam talent by mu nie wystarczył, gdyby nie był po prostu pracowity. 

Trudno uwierzyć, jak wiele piosenek jego autorstwa nucimy sobie na co dzień. Ja najbardziej lubię tę o dyktandzie u nadziei :) Szkoda, że już nic nie napisze. Że to naprawdę koniec. 

Panie Wojciechu, zrobił Pan swoje, a teraz czas na wczasy! Do zobaczenia!

środa, 15 marca 2017

zanimZ zasady (a raczej z przekory) nie czytam tego, co czytają wszyscy. Dlatego też pominęłam w moich czytelniczych przygodach książkę "Zanim się pojawiłeś" Jojo Moyes, ale zupełnie przez przypadek natknęłam się na nią w naszym rodzinnym punkcie czytania, czyli... w kibelku :) Chciałam tylko zerknąć, o czym to w ogóle jest, przerzuciłam parę stron i wsiąkłam. 

Czyta się rewelacyjnie, z wypiekami na twarzy i ogromnymi emocjami. Na początku wydaje się, że koniec łatwy jest do przewidzenia - ona fajtłapa, on przystojny na wózku = murowany happy end. Niekoniecznie! Kilka razy ta książka mocno mnie zaskoczyła, dlatego nie mogłam się od niej oderwać, bo przestałam być taka pewna, co też tam się wydarzy. 

"Zanim się pojawiłeś" nie jest ckliwym romansem ani czytelniczą mdłą landryną. Stawia pytania o sens życia, o to, czym jest prawdziwa miłość i odwaga. Czy bohaterstwem jest zmaganie się z kalectwem, czy raczej dobrowolne pożegnanie się z życiem? Czy egoizmem jest opuszczenie najbliższych, czy też oczekiwanie, że do końca będą się opiekować niepełnosprawnym członkiem rodziny? Czy lepiej żyć krótko i intensywnie, czy na pół gwizdka i długo? 

Czytając, zadawałam sobie mnóstwo pytań i z lękiem spoglądałam w przyszłość. A potem obejrzałam film, który jest dużo gorszy niż książka, ale też wyciska łzy i zmusza do zastanowienia się nad wartościami, jakie kierują naszym życiem. 

Czy Will - główny bohater - postąpił dobrze? Co ja zrobiłabym na jego miejscu? Myślę, że wszyscy zadają sobie takie pytania po przeczytaniu tej książki. I to jest najlepszym dowodem na to, że to dobra lektura, która szybko nie pozwala o sobie zapomnieć. Polecam! 

poniedziałek, 13 marca 2017

listyMagda Umer ma niezwykłą zdolność snucia wspomnień - podczas wczorajszego koncertu też ich nie zabrakło. Lubię jak opowiada zwłaszcza o tych artystach, którzy byli jej naprawdę bliscy - zarówno w życiu, jak i na scenie. Wśród nich najważniejsza chyba była Agnieszka Osiecka, a tuż za nią (a może jednak przed?) Jeremi Przybora

Wczoraj nasiąknęłam tymi wspomnieniami, piosenkami, tekstami, a dzisiaj otrzymałam bardzo niespodziewaną niespodziankę - audiobook "Listy z podróży" w wykonaniu Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego :) To krótkie skecze, rozmowy, nagrane w latach 60. dla Polskiego Radia :) Słucham ich z przyjemnością, ze wzruszeniem i z lekką nostalgią - jaka szkoda, że nie ma już takich audycji i Starszych Panów!

Dzięki "Listom z podróży" dzisiejszym poniedziałek stracił wiele ze swej poniedziałkowej grozy i stał się po prostu Bardzo Miłym Dniem :) Dziękuję, Sławku, za tak piękny prezent!

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
Tagi