Świat książek przeplata się w moim życiu z muzyką i teatrem. Nie jest to jednak kolejny blog z recenzjami - dzielę się tu moimi kulturalnymi inspiracjami i odkryciami, a także emocjami, które chociaż nieuchwytne, można próbować zamknąć w słowie.
wtorek, 09 maja 2017

halinaTytuł najnowszej płyty Janusza Radka "Kim ty dla mnie jesteś" jest jak wstęp do intymnej rozmowy. I faktycznie po jej wysłuchaniu ma się wrażenie, jakby uczestniczyło się sekretnych zwierzeniach. Teksty oparte na twórczości Haliny Poświatowskiej są sensualne, intensywne, chciałoby się powiedzieć - mocno ukrwione. 

O utworach, na nowo zaaranżowanych przez Janusza Radka, pisałam już przy okazji relacji z jego koncertu w tyskim Teatrze Małym. Wśród nich są dwa szczególnie mi bliskie - "Nie kocham nikogo" i "Zawołaj mnie po imieniu". Na płycie znalazły się też nowe wersje piosenek "Kiedy umrę kochanie" i "W Twoich doskonałych palcach" - w sumie czternaście piosenek, których słucham w kółko :) Połączenie fortepianu akustycznego, nostalgicznych chórów, syntetycznych i elektronicznych dźwięków daje efekt wędrówki w czasie, łączenia tego, co było i tego, co jest. 

Poezja Haliny Poświatowskiej nie zdążyła się zestarzeć i wciąż jest młoda. Nie nabrała całej tej starczej retoryki dystansu i racjonalności spojrzenia, co szczególnie mnie w niej uwodzi. Mimo ułomności, była pełna potencji. Jej poezja jest drogą samodzielności młodej kobiety, wykształconej i mądrej, czyli bardzo współczesnej. W moich utworach starałem się zawrzeć cząstkę tego jej ogromnego pragnienia życia, miłości, wiedzy i świata, i przekazać jej słowa w atrakcyjnym, nowoczesnym brzmieniu i kompozycji. To trochę połączenie dwóch skrajnych wyobrażeń, ale tak właśnie czuję Poświatowską, jako kobietę skrajną i pełną wewnętrznych sprzeczności, czyli po prostu bardzo ludzką – mówi Janusz Radek.

Dzisiaj 82 urodziny Haśki i premiera płyty "Kim ty dla mnie jesteś". Kto nie lubi czytać poezji, może więc posłuchać i przekonać się, jak wyjątkową osobą była Halina. 

niedziela, 07 maja 2017

Kiedy zdawałam maturę z historii, uczyłam się dat, faktów, nazwisk. Nikt natomiast nie wyjaśniał mi, jak trudna była sytuacja na tych ziemiach, które zmieniały "właścicieli" i przynależność narodową. Nikt nie opowiadał nam, uczniom o skomplikowanych historiach rodzinnych, o tym, jak na ziemiach polskich, już po drugiej wojnie światowej, ścierali się Niemcy i Polacy. 

domtesknotNauczono nas, że wojna się skończyła, ale przecież to nie oznaczało powrotu do dawnego porządku. Piotr Adamczyk w swojej powieści "Dom tęsknot" na przykładzie wrocławskiej kamienicy pokazuje, jak splatały się historie Polaków i Niemców - nawet tych, którzy Polskę na zawsze opuścili. Pozostawili po sobie domy, mieszkania, przedmioty codziennego użytku i dzięki nim jeszcze przez wiele lat byli tutaj, w naszym kraju obecni. 

Narracja prowadzona przez Adamczyka to swego rodzaju gawęda, opowieść głównego bohatera - snuta od dzieciństwa aż po dorosłość. Mamy tu więc szczegółowe opisy pozostawionych przez Niemców przedmiotów, ale też opis mieszkania i sąsiadów, a ci stanowili naprawdę osobliwą grupę polsko-niemiecką. 

Mieszają się więc w tej historii zwyczaje, języki, rytuały i nie ma jasnych ram, poza ramami czasowymi. Bo tłem dorastania Piotrusia są ważne, historyczne wydarzenia, które bezpośrednio wpływają na życie całej rodziny.

Dlatego ta powieść tak przypadła mi do gustu - bo jest w niej nostalgia za tym, co odeszło, ale też dynamika powojennej historii. Każdy mieszkaniec kamienicy to osobna opowieść naznaczona przynależnością narodową i społeczną. 

"Dom tęsknot" to jednak nie tylko typowy, powojenny przekrój społeczny. To uczucia - wzruszenia, rozstania i powroty, to w końcu pierwsza i ostatnia miłość, doświadczenia seksualne i życiowe rozczarowania. Do tego wszystkiego dochodzi szczypta magii - poszukiwanie legendarnego kielicha Lutra - i po prostu od lektury nie można się oderwać. 

Starannie napisana, przemyślana, trochę sentymentalna, pozbawiona jedynych słusznych sądów książka. Polecam! :) 

 Grafika - cytat z "Domu tęsknot", źródło: besty.pl

sobota, 06 maja 2017

radekNa koncert Janusza Radka szłam z duszą na ramieniu - Halina Poświatowska jest mi bardzo bliska, a to jej twórczość wziął na warsztat artysta. Wszystkim znany jest jego utwór "Kiedy umrę kochanie", ale tym razem miało to być coś zupełnie innego - klawisze, elektronika, klimaty dalekie od tej popularnej ballady. 

Co to będzie, co to będzie - rozmyślałam, pełna oczekiwania, ale też sceptycyzmu, który pogłębił się, gdy Janusz Radek i towarzyszący mu Adam Drzewiecki usiedli za organami i założyli na uszy słuchawki. Jestem stałą bywalczynią koncertów poezji śpiewanej, gdzie panuje niemal rodzinna atmosfera, a tu - mur. Słuchawki. 

Okazało się jednak, że nie miałam racji i to nie tylko w kwestii słuchawek. Pomysł Radka na Poświatowską nie jest przypadkowy - to doskonale przemyślany projekt, który powstawał przez dwa lata. Jest w nim Haśkowa wrażliwość, sensualność, namiętność i... doskonale wyczuwalny puls, tak nierówny w przypadku Poetki. Teksty, zwłaszcza te krótkie, są wielokrotnie powtarzane i (zwłaszcza w sali koncertowej) zaczynają tętnić w żyłach słuchaczy, wprowadzają w przyjemny trans, z którego nie chce się wyjść.

Cieszę się, że projekt ten nazywa się Poświatowska/Radek, bo faktycznie Haśka jest jego współautorem - ma się wrażenie, jakby brała udział w procesie powstawania, a nie tylko była autorką tekstów. Chórki (w całości zaśpiewane przez Radka, który potrafi stworzyć sam ze sobą duet damsko-męski) sprawiają, że pomimo bitów i nowoczesnych aranżacji, ma się poczucie nostalgii za czymś, co już minęło, za światem Haśki, który już nigdy nie wróci.

Realia, w jakich żyła Poświatowska, dawno minęły, ale jej utwory są stale czytane i przetwarzane na nowo. Teraz, dzięki tej wyjątkowej oprawie, mają szansę trafić do najmłodszych - może nawet do klubów i dyskotek? Przy niektórych utworach naprawdę ma się ochotę nieco poruszać.

Koncert, który odbył się w tyskim Teatrze Małym, zrobił na mnie ogromne wrażenie. To nie było tylko kilkadziesiąt minut grania, tylko efekt ogromnej, wieloletniej pracy, pasji i zaangażowania. Doceniam talent i charyzmę Artysty, ale przede wszystkim szacunek dla twórczości mojej ukochanej Poetki. Bo tylko ktoś, kto ją dobrze poznał, mógł stworzyć coś takiego. 

Premiera płyty 9 maja

czwartek, 04 maja 2017

W moim pokoju jest kilka kupek nieprzeczytanych książek, z których co jakiś czas wybieram sobie typowe babskie czytadło. Mam wielką słabość do romansów, powieści obyczajowych i psychologicznych. "Ta druga" Joy Fielding, którą zabrałam ze sobą na majówkę, łączy w sobie wszystkie te elementy. 

"Najpierw umiera twoja duma, później zdrowy rozsądek. Wkrótce ginie także twoja dusza" - pisze Joy Fielding o kobietach, które uzależniły się od mężczyzn. Od ich miłości, ale też od ich zainteresowania, stanowczości, czułości. Czasami - od ich siły. Autorka pokazuje, na jak wiele sposobów mężczyźni odbierają kobietom poczucie własnej wartości, prawo do marzeń i własnego zdania. 

Czy jest to książka feministyczna? Tak, jest. Fielding obnaża wprawdzie kobiece słabości - zamiłowanie do przystojnych mężczyzn i ich szerokich ramion. Nie ukrywa, że potrafimy kochać pomimo i to przez długie lata. Nie potępia tego. Daje pełne prawo do babskich sentymentów. Z drugiej jednak strony wyraźnie mówi: odejdź, póki możesz. Jeżeli nie jesteś szanowana, kochana, doceniana - odejdź czym prędzej. Odejdź, jeśli związek zabiera ci radość życia i nie pozwala ci się rozwijać.

Głównym tematem powieści jest zdrada, rozpad małżeństwa, ale pojawia się też anoreksja, samospełniająca się przepowiednia, przemoc domowa i tzw. rodzinna gra pozorów. Wątków jest wiele, ale są idealnie prowadzone, splatają się i sprawiają, że "Tą drugą" czyta się jednym tchem.

serceNie jest to powieść tylko dla tych, którzy musieli poradzić sobie z konkurentką. To lektura dla kobiet, którym zależy na tym, by być pełnią - w życiu i w małżeństwie, które nie godzą się na role drugoplanowe i nie chcą być jedynie tłem dla mężczyzn. Książka Joy Fielding budzi odwagę i przypomina starą prawdę, że dobry związek mogą stworzyć tylko ci, którzy czują się spełnieni. Żeby coś budować, trzeba inwestować w siebie i stale czerpać z zewnątrz - z pasji, satysfakcjonującej pracy, zainteresowań, z czegoś, co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi i chcemy się tym szczęściem dzielić z innymi. Inaczej, prędzej czy później, wypalimy się i będziemy trwać w czymś, co tylko przypomina miłość, a jest po prostu przyzwyczajeniem. 

Fielding pokazuje proste schematy, tak proste, że aż trudno uwierzyć w ich powszechność i powtarzalność. Jestem jednak pewna, że wiele mężatek, czytając tę powieść, zastanowi się nad swoim związkiem, jego kondycją i dalszym rozwojem. Bo zdrada dotyka wielu par. I zazwyczaj składa się na nią mnóstwo czynników, które łatwo przegapić lub zlekceważyć. 

sobota, 29 kwietnia 2017

Planujemy z dziewczynami wycieczkę do Warszawy. Pierwszy dzień - Targi Książki. 

- A co robimy w niedzielę? Muzeum Powstania Warszawskiego, Muzeum Żydów, Muzeum Chopina, Centrum Nauki Kopernik, a może Łazienki...? Jakieś propozycje?

- Ja to bym pojechała pod siedzibę TVN-u łapać gwiazdy. 

- A ja na Powązki. 

:D

Jak widać program będzie urozmaicony ;)

warszawa

 

środa, 26 kwietnia 2017

neonPrzy okazji wizyty w Malarni zwiedziłam klimatyczny zakątek pod neonem. Zawsze widywałam go z daleka, w drodze z przystanku lub w galopie na przystanek. Po "Antygonie w Nowym Jorku" w końcu obejrzałam go z bliska. Ale nie o neonie chciałam (chociaż do neonów mam trudną do wyjaśnienia słabość). 

Wychodzę z Malarni, a właściwie unoszę się parę centymetrów nad ziemią, taka jeszcze zamyślona, pełna refleksji, opuszczam te piękne wnętrza, zostawiam za sobą wzruszenia, jestem uduchowiona i szczęśliwa po tej kulturalnej uczcie, mknę w kierunku neonu, który wisi nad Rawą i nagle z drugiego brzegu słyszę: 

- Jebie. Strasznie jebie. Przesuń się, tam może będzie mniej. Pada, to jebie bardziej. 

Kocham ten kraj i wszystkie jego oblicza ;) Nie ma to jak różnorodność. 

fot. Kasia Kowieska (kto się dobrze przyjrzy, ten w tle zobaczy nogi panów, którzy rozmawiali o pogodzie ;)

15:45, blondyn_i_blondyna83 , Blondyna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 kwietnia 2017

Niektórzy skaczą na bungee, a inni otrzymują telefon wieczorową porą zaczynający się od słów:

- Tu doktor... Dzwonię do pani w związku z wynikami badań...

I to naprawdę wystarcza. Nie trzeba z niczego skakać, bo adrenalina trzyma potem przez dłuższy czas. 

P.S. Swoją drogą jakie to miłe i wzruszające, że mocno zapracowana lekarka, której nie zapłaciłam ani złotówki (za to coś tam pewnie wypłacił jej NFZ), dzwoni do mnie wieczorem, by podzielić się ze mną wynikami, na które czekałam od miesiąca. Na pewno to nie były godziny jej pracy, tylko zwyczajne, ludzkie zaangażowanie. Jestem pod wrażeniem :) 

23:01, blondyn_i_blondyna83 , Blondyna
Link Dodaj komentarz »

W Katowicach (oprócz teatrów) najbardziej lubię stare kamienice. Właśnie w takiej mieści się Scena w Malarni Teatru Śląskiego. Muszę przyznać, że całkiem niedawno odwiedziłam ją po raz pierwszy. Nie wiem, jak to się stało, ale zawsze chodziłam na dużą scenę albo na kameralną, a do Malarni - nigdy. 

malarniaselfieTymczasem okazało się, że jest klimat - i to od samego wejścia, a właściwie od podwórka, bo wokół obdrapane, niegdyś kolorowe balkony, na jednej ze ścian budynków bajkowy mural, nieopodal Rawa, a nad nią zawieszony neon "zachód słońca". Taki misz-masz, sztuka wysoka i niska- wszystko na bardzo małej przestrzeni. 


Kolejnym zaskoczeniem była winda - wielka winda towarowa w starej (jak mniemam) kamienicy. W windzie oczywiście lustro i obowiązkowe selfie z Kasią (jakżeby inaczej!:). Bardzo komfortowo i bez schodów dostałam się więc do środka. Panowie z obsługi przemili i zorientowani - po prostu rewelacja. Byłam (i nadal jestem!) pod dużym wrażeniem.  

A na scenie "Antygona w Nowym Jorku" - klasyk. Kilkanaście lat temu oglądałam to przedstawienie w zupełnie innej wersji na Dużej Scenie Teatru Śląskiego. Wtedy mnie przerażało, a teraz - zasmuciło. Bo Antygona w Malarni ma taki nostalgiczny rys - może przez wszędobylski, padający z sufitu śnieg, może przez skromną, wręcz ascetyczną scenografię, a może dzięki eterycznej Krystynie Wiśniewskiej, która gra Anitę. 

W główną rolę (Saszy) wciela się Wiesław Sławik nominowany w tym roku do Złotej Maski. Ale mnie najbardziej podobał się dawno niewidziany Jerzy Głybin, czyli cwaniaczek Pchełka - niby zabawny, a tak naprawdę zagubiony i żyjący mrzonkami. Pchełka jest obrazem wszystkich tych, którzy na co dzień doskonale udają zaradnych i wygadanych, w głębi duszy zaś są samotni, opuszczeni i przerażeni sytuacją, w jakiej się znaleźli. malarnia

W Malarni pojawiła się jeszcze Ewa Leśniak, która mimo wielu świetnych ról cały czas funkcjonuje w mojej świadomości jako ciocia Ewa z programu telewizyjnego dla dzieci ;) Chodzi oczywiście o "Zgadulę" prowadzoną na żywo, którą oglądałam zawsze z wypiekami na twarzy, bezskutecznie próbując się do niej dodzwonić. W "Antygonie" aktorka fenomenalnie zagrała Policjantkę, która występowała głównie wśród publiczności. 

Jednak największe wrażenie w tym spektaklu zrobiło na mnie niezwykle plastyczne Ciało o czarnych oczach, tak ucharakteryzowane, że trudno mi powiedzieć, kto tak naprawdę je grał (w tej roli zamiennie występują Milena Staszuk i Katarzyna Dudek). Nigdy nie widziałam, by w teatralnej przestrzeni ktoś w ten sposób pokazał trupa - co więcej, by trup był tak przeraźliwie blady, smutny i przejmująco pogrążony w beznadziei. Niby nieżywy, ale jednak żywy, bo zdarzało mu się oskarżycielsko spoglądać to na Pchełkę, to na Saszę. Siedziałam w pierwszym rzędzie i bałam się go jak dziecko :D  

"Antygona w Nowym Jorku" co jakiś czas to tu, to tam pokazywana jest na nowo i nigdy się nie nudzi - ani publiczności, ani twórcom, ani aktorom. Bo to naprawdę uniwersalna historia, która - jak pokazuje zakończenie - dotyka każdego z nas. Warto zobaczyć chociaż raz. 

fot. Kasia Kowieska

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

kalendarze"Kalendarze" kupiłam sobie w sierpniu tamtego roku na pocieszenie. Nie pamiętam, z jakiego powodu się pocieszałam, ale każdy pretekst jest dobry, by kupić sobie kolejną książkę, prawda? :) Przeczytałam całą "Cukiernię pod Amorem" Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk i kilka innych powieści tej autorki, byłam więc pewna, że będzie to kolejna literacka uczta, pełna zaskoczeń i niespodzianek. 

Nieco więc się rozczarowałam, bo akcja "Kalendarzy" nie toczy się wartko. Raczej zbudowana jest ze szczegółowych opisów, jest takim specyficznym rejestrem wspomnień. Początkowo więc czekałam, kiedy w końcu coś się wydarzy, a później dałam się nieść tej kojącej opowieści. 

Myślę, że każdy w tej książce znajdzie coś ze swojego dzieciństwa, bo zazwyczaj jako dzieci przeżywamy podobne przygody i mamy typowe dla kilkulatków dylematy. Poza tym nostalgia za tamtym czasem - czasem beztroski jest zawsze taka sama. 

"Kalendarze" to nie tylko spojrzenie wstecz i celebrowanie przeszłości. To również bolesne rozważania o naszej przemijalności i o nieuchronności zachodzących wokół nas zmian. Wszystko kiedyś się kończy - bez względu na to, czy się z tym zgadzamy, czy nie. 

Wielkim atutem tej książki jest język, jakim posługuje się Autorka. Lubię jej styl i narrację, dlatego "Kalendarze" czytałam z dużą przyjemnością. Polecam tę lekturę na długie jesienne wieczory i na zimne, wiosenne popołudnia - takie jakie mamy właśnie teraz :)

niedziela, 23 kwietnia 2017

Najbardziej lubię sztuki, które angażują widza, takie, w których zaciera się granica między aktorami i publicznością. Gdy więc weszłam na scenę kameralną Teatru Śląskiego, a tam już można było zobaczyć występujących w "Kamieniach" artystów, chociaż widzowie dopiero się rozsiadali, poczułam przyjemny, pełen oczekiwania dreszczyk. Od początku można było wyczuć, że będzie się działo!

kamienie

I faktycznie, bo już po dwudziestu kilku minutach wyglądało na to, że główny bohater umarł. Jeden z aktorów dosiadł się do nas i powiedział, żebyśmy się nie martwili, bo przecież zapłaciliśmy za bilety, spektakl trwa, nie ma więc opcji, by Wojciech (Mateusz Znaniecki) naprawdę zszedł ;)

Igranie z losem, czyli podejmowanie dialogu z widzami, czasami może doprowadzić do tego, że sztuka utknie w martwym punkcie i tak było akurat podczas spektaklu, który miałam przyjemność oglądać. Inteligentna publiczność ma w zanadrzu inteligentne odpowiedzi, a do tego także poczucie humoru, momentami więc aktorzy mieli mocno pod górkę. Ale dali radę :)

"Kamienie" to historia korespondenta wojennego Wojciecha Jagielskiego i jego żony Grażyny. Mistrzostwem jest pokazanie tak trudnej relacji w tak krótkim czasie na tak małej scenie. Potrzebna jest do tego ogromna wyobraźnia, ekspresja, ale też wrażliwość. Dynamika tego przedstawienia przypomina pędzącą coraz szybciej karuzelę. Niby wszystko wokół jest cały czas takie samo, ale obrazy zmieniają się i powtarzają, a w końcu zlewają w jedno. 

Tempo nadane przez bohaterów pozwala podskórnie wyczuć napięcie nerwowe, które nękało Grażynę Jagielską przez wiele lat pracy jej męża. Budowanie tego napięcia momentami bywa przerażające, bo dotyka każdego, kto w tę sztukę się zaangażował - a uwierzcie mi, trudno być wobec niej obojętnym. kamienie1

Autotematyzm, dynamika, doskonale dobrane środki wyrazu plus fenomenalna gra młodych aktorów (oprócz Znanieckiego na scenie pojawiają się Katarzyna i Bartłomiej Błaszczyńscy) sprawiają, że "Kamienie" mogę Wam nie tylko polecić, ale też uznać za jeden z lepszych spektakli, jakie oglądałam w ostatnich miesiącach. Trudno się po nich wraca do spokojnej i przewidywalnej rzeczywistości, ale przecież o to chodzi - by teatr dotykał tego, co w nas najwrażliwsze i uśpione pod kołderką codzienności. 

fot. Katarzyna Kowieska

Więcej fotografii na fanpage'u Nieuchwytne

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
Tagi