Świat książek przeplata się w moim życiu z muzyką i teatrem. Nie jest to jednak kolejny blog z recenzjami - dzielę się tu moimi kulturalnymi inspiracjami i odkryciami, a także emocjami, które chociaż nieuchwytne, można próbować zamknąć w słowie.
niedziela, 26 lutego 2017

corkiDużo czytałam o filmie "Moje córki krowy", dlatego gdy zorganizowano projekcję w tyskim Centrum Kultury, pobiegłam go obejrzeć, no i mocno się rozczarowałam. Owszem, film dobry, ale po tych wszystkich wywiadach z twórcami myślałam, że będzie głębszy, jakiś bardziej trójwymiarowy jeśli chodzi o emocje. 

Na szczęście na tym seansie była też znajoma, która czytała książkę pod tym samym tytułem i powiedziała mi, że ta publikacja jest dużo lepsza niż film. I faktycznie! Połknęłam ją szybko, ciesząc się, że przez zupełny przypadek trafiła mi się tak dobra lektura. Historia jest świetnie napisana, ale przede wszystkim zachwyca szczerością. Kinga Dębska pisze wprost nie tylko o polskiej służbie zdrowia, ale też o trudnych relacjach, umieraniu i ludzkiej fizjologii. Wszystko jest w tej książce prawdziwe i niezwykle przejmujące. Wyczuwa się, że autorce bliższa jest Marta, jedna z dwóch bohaterek, Kasia nie jest tak dopracowana, ale i tak całość jest bardzo wiarygodna. 

Dębska obnaża ludzkie słabości i w żaden sposób ich nie tłumaczy. Tym samym mówi: "Spójrz, takie jest życie". Momentami więc człowiek się śmieje, a momentami płacze - ze wzruszenia, nad bohaterami lub nad sobą. 

"Moje córki krowy" to obowiązkowa lektura dla tych, którzy żegnają się ze swoimi rodzicami i towarzyszą im w odchodzeniu. Mocna książka, wyróżniająca się na tle polskiej współczesnej literatury. 

sobota, 25 lutego 2017

Tata zabrał mnie dzisiaj do Planetarium. Na stronie internetowej sprawdziłam ceny biletów i godziny seansów. Jako szczęśliwa mieszkanka pięknych i przyjaznych niepełnosprawnym Tychów nie pomyślałam o tym, bym zadzwonić i zapytać o schody. Po prostu nie przyszło mi do głowy, że Planetarium z tradycjami może być całkowicie niedostosowane dla osób na wózkach. A jednak może. 

Na moje pytanie o to, czy mam szanse dostać się na seans, jakaś pani z obsługi powiedziała mi, że będzie ciężko, bo są schody. 

- To jak przyjmujecie gości na wózkach?

- Rzadko tu bywają. 

- No, pewnie dlatego - wskazałam kamienne stopnie. 

Nie mieści mi się to w głowie. Nie mieści mi się w głowie, że przez tyle lat nie postarano się o platformę, podjazd, wjazd albo chociaż drewniany podest. Cokolwiek. Byłe miasto wojewódzkie, środek Europy, na wózku nie wjedziesz. 

Zawsze w takich sytuacjach wychodzę z założenia, że to ich strata, bo nie będą mieć klienta. Ale tym razem poczułam się naprawdę podle. Seansu nie obejrzałam i raczej szybko nie obejrzę. Nawet gdybym pojechała na normalnym wózku, a nie elektrycznym, to chwilowo minęły mi chęci. Może kiedyś mi przejdzie. Może. 

smuteczek

Zdjęcia z Planetarium nie ma. Za to jest selfie zniesmaczonej sytuacją Magdy ;)

21:55, blondyn_i_blondyna83 , Blondyna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 lutego 2017

marzec

Pociesza mnie tylko jedno - cokolwiek by się nie działo, wiosna i tak przyjdzie. Podobno pierwszy bocian przyleciał już do Polski. 

Słucham piosenki napisanej przez Monikę Szwaję i dużo o niej myślę, bo na kupce do przeczytania czekają "Dupersznyty". Przeczekam ten wiatr i deszcz, a potem będzie już tylko z górki. Damy radę, kapitanie, damy radę!

sobota, 11 lutego 2017

Dawno nie było nas na mieście z Gazelą, więc wyprawa do Radia eM cieszyła mnie podwójnie :) Bardzo się bałam, że (jak to ja) haniebnie się spóźnię, widziałam już oczami wyobraźni, jak za pięć dwudziesta stoję w korku, więc na miejscu byłam godzinę wcześniej. 

piechniczekA w Radiu eM... cisza, spokój, puste korytarze i kuchnia, w której się rozgościliśmy. Uwielbiam ten klimat i bardzo żałuję, że nie mam radiowego głosu. 

Nie obyło się oczywiście bez lekkiej tremy, ale i tak bardziej niż swój udział w audycji przeżywałam to, że w końcu poznam Pana Marka Piechniczka (na zdjęciu), którego "Łagodny wieczór" umila mi każdy wtorkowy wieczór. Nie mogłam uwierzyć, że oto ja będę wychodzić ze studia, a on będzie do niego wchodził, miniemy się więc w drzwiach! Udało nam się zamienić parę słów i teraz już wiem, że Pan Marek ma nie tylko miły głos, ale jest też sympatycznym, młodym człowiekiem, w dodatku tyszaninem!

Lubię takie niespodzianki losu :) Lubię oglądać wszystko od drugiej strony. Teraz już wiem, w jakim otoczeniu powstaje moja ulubiona audycja i jeszcze przyjemniej będzie mi się ją słuchało. 

To był prawdziwie łagodny wieczór, a po audycji dostałam kilka sygnałów, że to, co powiedziałam, dało Wam do myślenia. A ja powiem Wam w sekrecie, że chyba nigdy nie byłam taka szczera podczas publicznych wystąpień. Bo pomimo pozorów nie jestem ze skały. Ale cały czas WALCZĘ :) 

Audycja Pani Kasi Podsiadło "Moja historia" o ludziach, którzy walczą, w każdy wtorek o 20.

"Łagodny wieczór" Pana Marka Piechniczka z poezją śpiewaną w każdy wtorek o 21.

Polecam!

poniedziałek, 06 lutego 2017

Zazwyczaj we wtorki wieczorem leżę w wannie i wsłuchuję się w "Łagodny wieczór" w Radiu eM, ale jako że życie bywa zaskakujące, jutro zamiast w łazience, będę się relaksować... właśnie w Radiu eM ;) Przez godzinkę porozmawiamy z Panią Kasią Podsiadło, która zaprosiła mnie do swojej audycji. Początek o 20. Do usłyszenia! :)

radioem

20:49, blondyn_i_blondyna83 , Blondyna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 05 lutego 2017

Były urodziny :)

Będzie czytanie :D

Dziękuję i zmykam do mojego czytelniczego kącika, czyli do łóżka ;)

książki

sobota, 04 lutego 2017

Wczoraj wysiadłam z auta wprost w parkingowe bajoro. Starając się je pokonać bez uszczerbku na życiu i zdrowiu, utwierdzałam się w przekonaniu, że nie ma nic gorszego, dołującego, pesymistycznego i ohydnego niż odwilż. Ta wszechogarniająca wilgoć, ten żałosny krajobraz jak po wojnie, te kałuże, które są zawsze głębsze niż ja przewidzę! A do tego snująca się mgła doprawiona smogiem - gdyby ktoś chciał się zabić, to odwilż naprawdę robi ku temu klimat. 

Brnęłam, przeklinając pod nosem i tak dotarłam do tzw. winkla, a tam - imprezka, hałas, gwar, ogólna radość i... wspólna kąpiel! :D Tak! Stado puchatych, utuczonych przez mojego Tatę wróbli urządziło sobie SPA! Dwie spore kałuże były nimi wypełnione po brzegi :) 

Stanęłam, bo były takie urocze, zadowolone i pełne życia, że nie mogłam od nich oderwać wzroku. Obserwowałam je, uśmiechałam się i myślałam o tym, że w każdej najbardziej szarej i beznadziejnej odwilży, także tej egzystencjalnej, może się zdarzyć coś pięknego. 

Nigdy nie jest tylko źle. I to w życiu jest naprawdę fajne - że zawsze, nawet w największej ciemności, zostaje miejsce na światło :)

Nieba pełnego cudów, codzienności pełnej światła i czystego powietrza życzę Wam na ten luty!

 

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Jutro wieczorem szczęśliwcy, którzy zdobyli bilety, zobaczą w katowickim Teatrze Wyspiańskiego "Boską" z Krystyną Jandą i Maciejem Stuhrem. Będę wśród nich ja! Przeżywam, bo już od dawna marzyłam, by zobaczyć tę aktorkę na scenie, zawsze jednak coś stawało na przeszkodzie. No i może w końcu się uda!

Przeżywam też, bo pogoda nie sprzyja bieganiu w szpilkach ani noszeniu spódnicy, jak to mówi Kasia "wieje złem" (to znaczy Kasia mówi, że pizga, ale nie chciałam przeklinać :P), tymczasem okoliczności wymagają, by ubrać jednak coś bardziej wyrafinowanego niż spodnie ocieplane polarem. I co zrobić?! Jak się tak człowiek natknie na Macieja, to trzeba przecież jakoś wyglądać. Rozważam więc różne możliwości, ale jakbym nie kombinowała, to albo będzie mi zimno od pasa w dół, albo od pasa w górę. 

Pociesza mnie jedynie to, że na jednym z katowickich potykaczy lato obiecało, że wróci. Lato, trzymam cię za słowo i czekam! :)

lato

Mroźne Katowice i dodająca otuchy obietnica lata ;) Z Przemkiem. 

niedziela, 29 stycznia 2017

szminkaOstatnio na Facebooku zamieściłam moje zimowe zdjęcie i parę koleżanek zapytało mnie, gdzie ja chodzę w TAKIEJ szmince - takiej, czyli krwistoczerwonej. Yyy... No, jak to gdzie? :) Do pracy, do parku, na spacer z psem, na zakupy. Wszędzie, jeśli tylko mam na to akurat ochotę. 

Zdaję sobie sprawę, że życie bywa skomplikowane i nie zawsze można robić to, co chcemy. Że czasami trzeba się nagiąć, zmusić i robić to, co do nas należy - podoba się nam, czy nie. Ale do noszenia czerwonej szminki wystarczy odrobinę odwagi - jeśli się ją lubi, nie trzeba czekać na specjalną okazję, imprezę, wyjście. Kupujemy, malujemy i już. 

W mojej kosmetyczce szminki są przede wszystkim czerwone. Bo lubię. I mam w nosie, co o tym myślą inni. Wyrosłam już na szczęście z chęci podobania się wszystkim. Dojrzałam natomiast do spełniania swoich zachcianek :) i do tego, by sprawiać sobie małe przyjemności - niezależnie od tego, czy jest to czerwona szminka, czy gorąca czekolada wypita nad zamarzniętym jeziorem.  

Nie czekajcie na okazje - po prostu malujcie usta i wprowadzajcie nieco kolorytu w ten zimowy krajobraz :) A przede wszystkim korzystajcie z tego, że dzisiaj jeszcze możecie, bo jutro to nigdy nie wiadomo... 

Na koniec jeden z moich ulubionych wierszy Haśki - o szmince, oczywiście, bo Haśka, kiedy bym jej nie czytała, zawsze jest w temacie ;) 

Halina Poświatowska

Odkąd cię poznałam, noszę w kieszeni szminkę, to jest bardzo 

głupie nosić szminkę w kieszeni, gdy ty patrzysz na 

mnie tak poważnie, jakbyś w moich oczach widział gotycki

kościół. A ja nie jestem żadną świątynią, tylko lasem i łąką – 

drżeniem liści, które garną się do twoich rąk. Tam z tyłu 

przepływać przez palce i nie chcesz schwytać czasu. I kiedy

cię żegnam, moje umalowane wargi pozostają nie tknięte,

a ja i tak noszę szminkę w kieszeni, odkąd wiem, że masz

bardzo piękne usta.

sobota, 28 stycznia 2017

Film o Stephenie Hawkingu "Teoria wszystkiego" zrobił na mnie ogromne wrażenie - kilka razy wzruszenie chwyciło mnie za gardło i cieszyłam się, że oglądam go sama, bo był dla mnie bardzo osobisty. Przeżywałam go podskórnie, tak bliskie mi były podjęte w nim tematy. 

Dlatego wypożyczyłam książkę Jane Hawking "Podróż ku nieskończoności", bo byłam ciekawa, jak to wszystko wyglądało z jej strony. Jak z perspektywy opiekuna żyje się z tak chorą osobą. No i się dowiedziałam. 

hawkingŻona Hawkinga napisała bardzo szczerą i bardzo długą (ponad 500 stron) autobiografię, w której głównie:

a) opowiada, jak im było ciężko;

b) żali się, że nikt jej nie doceniał;

c) pokazuje, jak bardzo czuła się niedowartościowana przy sławnym mężu.

Na początku jej współczułam. Potem zaczęła mnie drażnić. A na końcu, gdy zasugerowała, że większość niepełnosprawnych w związkach jest zdradzanych, po prostu mnie wkurzyła. Sama, opiekując się Stephenem, mieszkając z nim i płodząc z nim dzieci, miała kochanka - i to takiego, który regularnie i jawnie bywał w ich domu. To było w porządku, ale gdy Hawking związał się ze swoją pielęgniarką, jego żona poczuła się dotknięta do żywego. 

"Nie mogłam mu tego odmówić i gotowa byłam zaakceptować ten stan rzeczy - na takiej samej zasadzie, na jakiej on wielkodusznie nie sprzeciwiał się mojemu związkowi z Jonathanem - pod warunkiem jednak, że będzie się to odbywało dyskretnie i nie stworzy zagrożenia dla naszej rodziny, naszych dzieci i naszego domu oraz nie zniszczy ustalonego w takich bólach grafiku pielęgniarek" - napisała. Trudno w to uwierzyć, ale tak niektórzy postrzegają troskę o rodzinę. Nieważne kto z kim sypia, ważne natomiast, by zachować pozory normalności i by z zewnątrz wszystko wyglądało idealnie. 

Nie jestem Jane. Nie mogę jej oceniać, bo nie żyłam jej życiem. Ale z tego, co napisała, wyłania się osoba mocno pogubiona, zakompleksiona, a momentami - nawet zakłamana. Jestem ciekawa, czy udało jej się odnaleźć w drugim małżeństwie, czy po prostu "ten typ tak ma". 

Teraz chciałabym, by Hawking napisał autobiografię. Pewnie jednak tego nie zrobi, bo faceci po prostu o pewnych rzeczach nie mówią. I Jane chyba też nie powinna. 

Tagi