Świat książek przeplata się w moim życiu z muzyką i teatrem. Nie jest to jednak kolejny blog z recenzjami - dzielę się tu moimi kulturalnymi inspiracjami i odkryciami, a także emocjami, które chociaż nieuchwytne, można próbować zamknąć w słowie.

Recenzje

piątek, 16 czerwca 2017

michalinaFilm o Michalinie Wisłockiej bardzo mnie wzruszył. Reklamowali go jako film o seksie, tymczasem to jest historia miłości. Taka, że aż wgniata w fotel (a co niektórych w wózek). 

Wypożyczyłam więc sobie jej "Wspomnienia z czasów beztroski" - o tej pierwszej, wielkiej miłości, która tak bardzo pogmatwała jej życie. No i co? Wynudziłam się za wszystkie czasy. Gdyby ta książka miała redaktora, który okroiłby listy i pamiętnik z niepotrzebnych szczegółów, na pewno czytałoby się ją lżej. Lepiej. Milej. I z większym zainteresowaniem. Bo w takiej formie jest to pasjonująca lektura głównie dla rodziny Autorki. 

Doczytałam do końca - i dobrze, bo przy końcówce Wisłocka pisała o wojennej rzeczywistości, co akurat mnie interesuje. Poza tym w książce - poza korespondencją i pamiętnikiem - znalazły się jej komentarze i uwagi do konkretnych sytuacji i te są w tej publikacji najciekawsze. Jest ich jednak niewiele. 

Po tak żmudnej lekturze robię sobie od Wisłockiej przerwę. Ale zapewne skuszę się jeszcze na jej biografię ;)

PS. U mnie ożywczo grzmi i leje. Balkon otwarty. Kocham wiosnę/lato - także w tej wersji :) 

13:50, blondyn_i_blondyna83 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 maja 2017

Kiedy zdawałam maturę z historii, uczyłam się dat, faktów, nazwisk. Nikt natomiast nie wyjaśniał mi, jak trudna była sytuacja na tych ziemiach, które zmieniały "właścicieli" i przynależność narodową. Nikt nie opowiadał nam, uczniom o skomplikowanych historiach rodzinnych, o tym, jak na ziemiach polskich, już po drugiej wojnie światowej, ścierali się Niemcy i Polacy. 

domtesknotNauczono nas, że wojna się skończyła, ale przecież to nie oznaczało powrotu do dawnego porządku. Piotr Adamczyk w swojej powieści "Dom tęsknot" na przykładzie wrocławskiej kamienicy pokazuje, jak splatały się historie Polaków i Niemców - nawet tych, którzy Polskę na zawsze opuścili. Pozostawili po sobie domy, mieszkania, przedmioty codziennego użytku i dzięki nim jeszcze przez wiele lat byli tutaj, w naszym kraju obecni. 

Narracja prowadzona przez Adamczyka to swego rodzaju gawęda, opowieść głównego bohatera - snuta od dzieciństwa aż po dorosłość. Mamy tu więc szczegółowe opisy pozostawionych przez Niemców przedmiotów, ale też opis mieszkania i sąsiadów, a ci stanowili naprawdę osobliwą grupę polsko-niemiecką. 

Mieszają się więc w tej historii zwyczaje, języki, rytuały i nie ma jasnych ram, poza ramami czasowymi. Bo tłem dorastania Piotrusia są ważne, historyczne wydarzenia, które bezpośrednio wpływają na życie całej rodziny.

Dlatego ta powieść tak przypadła mi do gustu - bo jest w niej nostalgia za tym, co odeszło, ale też dynamika powojennej historii. Każdy mieszkaniec kamienicy to osobna opowieść naznaczona przynależnością narodową i społeczną. 

"Dom tęsknot" to jednak nie tylko typowy, powojenny przekrój społeczny. To uczucia - wzruszenia, rozstania i powroty, to w końcu pierwsza i ostatnia miłość, doświadczenia seksualne i życiowe rozczarowania. Do tego wszystkiego dochodzi szczypta magii - poszukiwanie legendarnego kielicha Lutra - i po prostu od lektury nie można się oderwać. 

Starannie napisana, przemyślana, trochę sentymentalna, pozbawiona jedynych słusznych sądów książka. Polecam! :) 

 Grafika - cytat z "Domu tęsknot", źródło: besty.pl

czwartek, 04 maja 2017

W moim pokoju jest kilka kupek nieprzeczytanych książek, z których co jakiś czas wybieram sobie typowe babskie czytadło. Mam wielką słabość do romansów, powieści obyczajowych i psychologicznych. "Ta druga" Joy Fielding, którą zabrałam ze sobą na majówkę, łączy w sobie wszystkie te elementy. 

"Najpierw umiera twoja duma, później zdrowy rozsądek. Wkrótce ginie także twoja dusza" - pisze Joy Fielding o kobietach, które uzależniły się od mężczyzn. Od ich miłości, ale też od ich zainteresowania, stanowczości, czułości. Czasami - od ich siły. Autorka pokazuje, na jak wiele sposobów mężczyźni odbierają kobietom poczucie własnej wartości, prawo do marzeń i własnego zdania. 

Czy jest to książka feministyczna? Tak, jest. Fielding obnaża wprawdzie kobiece słabości - zamiłowanie do przystojnych mężczyzn i ich szerokich ramion. Nie ukrywa, że potrafimy kochać pomimo i to przez długie lata. Nie potępia tego. Daje pełne prawo do babskich sentymentów. Z drugiej jednak strony wyraźnie mówi: odejdź, póki możesz. Jeżeli nie jesteś szanowana, kochana, doceniana - odejdź czym prędzej. Odejdź, jeśli związek zabiera ci radość życia i nie pozwala ci się rozwijać.

Głównym tematem powieści jest zdrada, rozpad małżeństwa, ale pojawia się też anoreksja, samospełniająca się przepowiednia, przemoc domowa i tzw. rodzinna gra pozorów. Wątków jest wiele, ale są idealnie prowadzone, splatają się i sprawiają, że "Tą drugą" czyta się jednym tchem.

serceNie jest to powieść tylko dla tych, którzy musieli poradzić sobie z konkurentką. To lektura dla kobiet, którym zależy na tym, by być pełnią - w życiu i w małżeństwie, które nie godzą się na role drugoplanowe i nie chcą być jedynie tłem dla mężczyzn. Książka Joy Fielding budzi odwagę i przypomina starą prawdę, że dobry związek mogą stworzyć tylko ci, którzy czują się spełnieni. Żeby coś budować, trzeba inwestować w siebie i stale czerpać z zewnątrz - z pasji, satysfakcjonującej pracy, zainteresowań, z czegoś, co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi i chcemy się tym szczęściem dzielić z innymi. Inaczej, prędzej czy później, wypalimy się i będziemy trwać w czymś, co tylko przypomina miłość, a jest po prostu przyzwyczajeniem. 

Fielding pokazuje proste schematy, tak proste, że aż trudno uwierzyć w ich powszechność i powtarzalność. Jestem jednak pewna, że wiele mężatek, czytając tę powieść, zastanowi się nad swoim związkiem, jego kondycją i dalszym rozwojem. Bo zdrada dotyka wielu par. I zazwyczaj składa się na nią mnóstwo czynników, które łatwo przegapić lub zlekceważyć. 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

kalendarze"Kalendarze" kupiłam sobie w sierpniu tamtego roku na pocieszenie. Nie pamiętam, z jakiego powodu się pocieszałam, ale każdy pretekst jest dobry, by kupić sobie kolejną książkę, prawda? :) Przeczytałam całą "Cukiernię pod Amorem" Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk i kilka innych powieści tej autorki, byłam więc pewna, że będzie to kolejna literacka uczta, pełna zaskoczeń i niespodzianek. 

Nieco więc się rozczarowałam, bo akcja "Kalendarzy" nie toczy się wartko. Raczej zbudowana jest ze szczegółowych opisów, jest takim specyficznym rejestrem wspomnień. Początkowo więc czekałam, kiedy w końcu coś się wydarzy, a później dałam się nieść tej kojącej opowieści. 

Myślę, że każdy w tej książce znajdzie coś ze swojego dzieciństwa, bo zazwyczaj jako dzieci przeżywamy podobne przygody i mamy typowe dla kilkulatków dylematy. Poza tym nostalgia za tamtym czasem - czasem beztroski jest zawsze taka sama. 

"Kalendarze" to nie tylko spojrzenie wstecz i celebrowanie przeszłości. To również bolesne rozważania o naszej przemijalności i o nieuchronności zachodzących wokół nas zmian. Wszystko kiedyś się kończy - bez względu na to, czy się z tym zgadzamy, czy nie. 

Wielkim atutem tej książki jest język, jakim posługuje się Autorka. Lubię jej styl i narrację, dlatego "Kalendarze" czytałam z dużą przyjemnością. Polecam tę lekturę na długie jesienne wieczory i na zimne, wiosenne popołudnia - takie jakie mamy właśnie teraz :)

niedziela, 02 kwietnia 2017

Na piękną niedzielę zostawiam Wam kilka słów o Jowance i jej gangu :) Recenzja ukazała się w "Guliwerze" nr 3/2016.

"Jowanka i Gang spod Gilotyny" Katarzyny Wasilkowskiej to książka o świecie nieszczęśliwych dorosłych i dzieciach, które muszą się odnaleźć w ich rzeczywistości. Maluchy, śledząc dramaty życia codziennego, starają się je nie tylko oswoić, ale też stworzyć swoją, w miarę bezpieczną przestrzeń. 

Spośród dorosłych bohaterów najbardziej przygnębiające wrażenie robi tata Jowanki – opuszczony przez żonę i samotny. Całe dnie spędza przed komputerem, zaniedbując córkę. Dom Jowanki jest więc smutny, pozbawiony serdeczności i ciepłych posiłków, które zastąpione zostały ekspresowymi zupami w kubku. Panuje w nim brud i nieporządek: „Wszędzie fruwały koty z kurzu, leżały rozrzucone ubrania, w kuchni więcej naczyń było brudnych niż umytych”. Dziewczynka praktycznie zajmuje się sobą sama, włócząc się po osiedlu, na które dopiero co się przeprowadziła. Sama też radzi sobie z tęsknotą za matką, po której został jej tylko karton pełen fatałaszków.  

Natomiast mama Tomaszka, kolejnego bohatera tej książki, przeżywa żałobę po stracie męża i „jest ciągle zajęta albo smutna”. Tomaszek musi się nie tylko uporać ze śmiercią ojca, ale też z własnym kalectwem – w wyniku wypadku stracił nogę. Emocje chłopca są tak ogromne, że w nocy męczą go koszmary: „Coraz lepiej wychodziło mu duszenie wrzasku, wrzeszczał coraz rzadziej, chociaż czasem strach tak go zaskakiwał, że nie udawało się ani zębami, ani rękami”. Lęk o bardzo realnych podstawach często nie pozwalał mu zasnąć, męczył go wizjami śmierci matki i rozstaniem z siostrą. 

jowankaW przypadku Tomaszka autorka porusza też bardzo istotny problem, który dotyka wiele dzieci, a mianowicie wspomina, że chłopiec „często nocą wysikiwał cały strach do łóżka. Wtedy gęste zło się rozpływało, bo jak mama przychodziła, to musiało. I było dobre zamieszanie, zmiana prześcieradła, materac na drugą stronę”.  

Jak widać Katarzyna Wasilkowska nie boi się trudnych tematów, pisze o nich wprost. Nie ukrywa więc, że dziadek Franka jest samotny i chce się wyprowadzić do domu starców. „To jak dom dziecka, tylko jeszcze okropniejszy, bo nikt nie biega, tylko wszyscy narzekają” – przekonuje dziadka malec. A jednak starszy pan jest nieugięty i przedstawia jasne, bezlitośnie prawdziwe argumenty, które trudno w jakikolwiek sposób podważyć. Faktem jest, że na co dzień odwiedza go głównie najmłodszy wnuk – cała reszta rodziny zajęta jest swoimi sprawami. 

Autorka nie potępia dorosłych i nie piętnuje ich wad oraz uchybień. Raczej relacjonuje, tym samym pokazując, że każdy z nas, niezależnie od wieku, ma prawo do popełniania błędów. Jednak za te błędy zawsze się płaci – czasami najwyższą cenę. Tak było w przypadku ojca Tomaszka, który pozwolił sobie na jedno piwo (twierdząc, że „jedno piwko to tyle, co nic”) i doprowadził do śmiertelnego w skutkach wypadku. 

W powieści "Jowanka i Gang spod Gilotyny" nie ma prostych rozwiązań i ckliwych scen. Są natomiast życiowe problemy i frustracja, która nawet u małych dzieci może prowadzić do niebezpiecznych zachowań. Główna bohaterka, pozostawiona sama sobie, zaniedbana nie tylko pod względem fizycznym, ale też emocjonalnym, taranuje rowerem koleżanki ze szkoły. Po tym incydencie otrzymuje wsparcie dorosłych, ale i tak najważniejsze jest dla niej to, że w końcu przekonuje się, iż „ma dobrych kolegów”. Ze sfery marzeń o przyjacielu przechodzi do prawdziwej przyjaźni, która tak ważna jest dla każdego młodego człowieka. 

Wydawać by się mogło, że książka Katarzyny Wasilkowskiej jest dosyć mroczna. Byłoby tak pewnie, gdyby wszystkie te historie nie zostały zrównoważone zabawnymi anegdotami i poczuciem humoru. Sporo jest w tej opowieści dialogów i scen, które wywołują uśmiech. Przykładem jest sepleniąca Nikola, która w darze dla Jowanki przynosi „batonowe oszczędności”, czyli kawałki różnych batonów zbierane przez wiele dni, tworzące kolorową masę. 

"Jowanka i Gang spod Gilotyny" porusza ważne tematy, a zarazem pokazuje, że nawet współczesne dzieci mogą przeżyć wielką przygodę, taką, którą zapamiętuje się do końca życia. Wystarczy porzucić komputer i inne elektroniczne zabawki, znaleźć miłych i zaufanych kompanów, a przede wszystkim – mieć głowę pełną pomysłów i bujną wyobraźnię. Jednym słowem – książka ta zachęca do szukania prawdziwych przyjaciół oraz budowania mocnych relacji – takich, których w naszych czasach jest coraz mniej. 

środa, 15 marca 2017

zanimZ zasady (a raczej z przekory) nie czytam tego, co czytają wszyscy. Dlatego też pominęłam w moich czytelniczych przygodach książkę "Zanim się pojawiłeś" Jojo Moyes, ale zupełnie przez przypadek natknęłam się na nią w naszym rodzinnym punkcie czytania, czyli... w kibelku :) Chciałam tylko zerknąć, o czym to w ogóle jest, przerzuciłam parę stron i wsiąkłam. 

Czyta się rewelacyjnie, z wypiekami na twarzy i ogromnymi emocjami. Na początku wydaje się, że koniec łatwy jest do przewidzenia - ona fajtłapa, on przystojny na wózku = murowany happy end. Niekoniecznie! Kilka razy ta książka mocno mnie zaskoczyła, dlatego nie mogłam się od niej oderwać, bo przestałam być taka pewna, co też tam się wydarzy. 

"Zanim się pojawiłeś" nie jest ckliwym romansem ani czytelniczą mdłą landryną. Stawia pytania o sens życia, o to, czym jest prawdziwa miłość i odwaga. Czy bohaterstwem jest zmaganie się z kalectwem, czy raczej dobrowolne pożegnanie się z życiem? Czy egoizmem jest opuszczenie najbliższych, czy też oczekiwanie, że do końca będą się opiekować niepełnosprawnym członkiem rodziny? Czy lepiej żyć krótko i intensywnie, czy na pół gwizdka i długo? 

Czytając, zadawałam sobie mnóstwo pytań i z lękiem spoglądałam w przyszłość. A potem obejrzałam film, który jest dużo gorszy niż książka, ale też wyciska łzy i zmusza do zastanowienia się nad wartościami, jakie kierują naszym życiem. 

Czy Will - główny bohater - postąpił dobrze? Co ja zrobiłabym na jego miejscu? Myślę, że wszyscy zadają sobie takie pytania po przeczytaniu tej książki. I to jest najlepszym dowodem na to, że to dobra lektura, która szybko nie pozwala o sobie zapomnieć. Polecam! 

poniedziałek, 13 marca 2017

listyMagda Umer ma niezwykłą zdolność snucia wspomnień - podczas wczorajszego koncertu też ich nie zabrakło. Lubię jak opowiada zwłaszcza o tych artystach, którzy byli jej naprawdę bliscy - zarówno w życiu, jak i na scenie. Wśród nich najważniejsza chyba była Agnieszka Osiecka, a tuż za nią (a może jednak przed?) Jeremi Przybora

Wczoraj nasiąknęłam tymi wspomnieniami, piosenkami, tekstami, a dzisiaj otrzymałam bardzo niespodziewaną niespodziankę - audiobook "Listy z podróży" w wykonaniu Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego :) To krótkie skecze, rozmowy, nagrane w latach 60. dla Polskiego Radia :) Słucham ich z przyjemnością, ze wzruszeniem i z lekką nostalgią - jaka szkoda, że nie ma już takich audycji i Starszych Panów!

Dzięki "Listom z podróży" dzisiejszym poniedziałek stracił wiele ze swej poniedziałkowej grozy i stał się po prostu Bardzo Miłym Dniem :) Dziękuję, Sławku, za tak piękny prezent!

niedziela, 26 lutego 2017

corkiDużo czytałam o filmie "Moje córki krowy", dlatego gdy zorganizowano projekcję w tyskim Centrum Kultury, pobiegłam go obejrzeć, no i mocno się rozczarowałam. Owszem, film dobry, ale po tych wszystkich wywiadach z twórcami myślałam, że będzie głębszy, jakiś bardziej trójwymiarowy jeśli chodzi o emocje. 

Na szczęście na tym seansie była też znajoma, która czytała książkę pod tym samym tytułem i powiedziała mi, że ta publikacja jest dużo lepsza niż film. I faktycznie! Połknęłam ją szybko, ciesząc się, że przez zupełny przypadek trafiła mi się tak dobra lektura. Historia jest świetnie napisana, ale przede wszystkim zachwyca szczerością. Kinga Dębska pisze wprost nie tylko o polskiej służbie zdrowia, ale też o trudnych relacjach, umieraniu i ludzkiej fizjologii. Wszystko jest w tej książce prawdziwe i niezwykle przejmujące. Wyczuwa się, że autorce bliższa jest Marta, jedna z dwóch bohaterek, Kasia nie jest tak dopracowana, ale i tak całość jest bardzo wiarygodna. 

Dębska obnaża ludzkie słabości i w żaden sposób ich nie tłumaczy. Tym samym mówi: "Spójrz, takie jest życie". Momentami więc człowiek się śmieje, a momentami płacze - ze wzruszenia, nad bohaterami lub nad sobą. 

"Moje córki krowy" to obowiązkowa lektura dla tych, którzy żegnają się ze swoimi rodzicami i towarzyszą im w odchodzeniu. Mocna książka, wyróżniająca się na tle polskiej współczesnej literatury. 

sobota, 28 stycznia 2017

Film o Stephenie Hawkingu "Teoria wszystkiego" zrobił na mnie ogromne wrażenie - kilka razy wzruszenie chwyciło mnie za gardło i cieszyłam się, że oglądam go sama, bo był dla mnie bardzo osobisty. Przeżywałam go podskórnie, tak bliskie mi były podjęte w nim tematy. 

Dlatego wypożyczyłam książkę Jane Hawking "Podróż ku nieskończoności", bo byłam ciekawa, jak to wszystko wyglądało z jej strony. Jak z perspektywy opiekuna żyje się z tak chorą osobą. No i się dowiedziałam. 

hawkingŻona Hawkinga napisała bardzo szczerą i bardzo długą (ponad 500 stron) autobiografię, w której głównie:

a) opowiada, jak im było ciężko;

b) żali się, że nikt jej nie doceniał;

c) pokazuje, jak bardzo czuła się niedowartościowana przy sławnym mężu.

Na początku jej współczułam. Potem zaczęła mnie drażnić. A na końcu, gdy zasugerowała, że większość niepełnosprawnych w związkach jest zdradzanych, po prostu mnie wkurzyła. Sama, opiekując się Stephenem, mieszkając z nim i płodząc z nim dzieci, miała kochanka - i to takiego, który regularnie i jawnie bywał w ich domu. To było w porządku, ale gdy Hawking związał się ze swoją pielęgniarką, jego żona poczuła się dotknięta do żywego. 

"Nie mogłam mu tego odmówić i gotowa byłam zaakceptować ten stan rzeczy - na takiej samej zasadzie, na jakiej on wielkodusznie nie sprzeciwiał się mojemu związkowi z Jonathanem - pod warunkiem jednak, że będzie się to odbywało dyskretnie i nie stworzy zagrożenia dla naszej rodziny, naszych dzieci i naszego domu oraz nie zniszczy ustalonego w takich bólach grafiku pielęgniarek" - napisała. Trudno w to uwierzyć, ale tak niektórzy postrzegają troskę o rodzinę. Nieważne kto z kim sypia, ważne natomiast, by zachować pozory normalności i by z zewnątrz wszystko wyglądało idealnie. 

Nie jestem Jane. Nie mogę jej oceniać, bo nie żyłam jej życiem. Ale z tego, co napisała, wyłania się osoba mocno pogubiona, zakompleksiona, a momentami - nawet zakłamana. Jestem ciekawa, czy udało jej się odnaleźć w drugim małżeństwie, czy po prostu "ten typ tak ma". 

Teraz chciałabym, by Hawking napisał autobiografię. Pewnie jednak tego nie zrobi, bo faceci po prostu o pewnych rzeczach nie mówią. I Jane chyba też nie powinna. 

sobota, 14 stycznia 2017

Dawno nie było żadnej recenzji, prawda? Dzisiaj więc kilka słów o przepięknej książce dla młodzieży. Recenzja ukazała się w czasopiśmie "Guliwer" (nr 2/2016):

Wakacyjny, przyspieszony kurs dojrzewania – tak można w kilku słowach streścić powieść Katarzyny Ryrych "Król". Jednak cokolwiek by nie napisać, nie odda to atmosfery tej książki – klimatu upalnego lata wśród szarego i brudnego blokowiska. Charakterystyczne postacie, doskonała narracja, trafne spostrzeżenia dotyczące współczesnego świata, a przede wszystkim głęboka nauka, jaka płynie z tej historii, sprawiają, że nie można się od niej oderwać. 

„Tamtego lata rozpaczliwie potrzebowałem kogoś, w kogo mógłbym wierzyć, i ślepo broniłem swojej wiary”  – mówi Patryk, główny bohater książki. Jego narracja jest nad wyraz dojrzała, prowadzona z perspektywy czasu, chociaż opisywane wydarzenia miały miejsce, gdy był zaledwie siedmiolatkiem. Wtedy jego życie całkowicie się zmieniło – z domku jednorodzinnego przeprowadził się wraz z rodzicami do bloku zwanego Brooklynem – miejsca, w którym mieszkali najubożsi, a po śmietnikach biegały szczury. Kłopoty finansowe doprowadziły jego ojca do załamania nerwowego i chłopiec został sam z matką – miał więc więcej swobody, zwłaszcza w wakacje. 

„Miałem siedem lat i byłem największym dupkiem w okolicy. Dzisiaj myślę zupełnie inaczej, ale wtedy naprawdę byłem największym frajerem”  – opowiada Patryk, jednak czytelnik postrzega go raczej jako nieszczęśliwego dzieciaka – wyrwanego z dotychczasowego środowiska, bitego przez ojca, a w końcu – pozostawionego samemu sobie. Dzieciaka, który miał ogromne szczęście, bo na swojej drodze spotkał kogoś, kto pokazał mu, jak niewiele trzeba, by żyć dobrze i pięknie.

krolZarówno dla czytelników, jak i dla Patryka pozostanie tajemnicą, kim był Celestyn – mężczyzna z wytatuowanymi na plecach skrzydłami, który przez całe wakacje uczył go pływać, konstruować latawce, rozpoznawać rośliny. Spotkany przypadkowo w parku, stał się najlepszym przyjacielem chłopca i jego mentorem. „Włosy nieznajomego były zupełnie białe – jak włosy wiedźmina”  – zauważył Patryk, gdy zobaczył go po raz pierwszy. Czasami można odnieść wrażenie, że Celestyn nie jest postacią realną – nagle się pojawia, a po pewnym czasie znika na zawsze, jest wyzwolony z doczesnych trosk. Ma w sobie spokój i mądrość anielskiego przewodnika, który daje się poznać osobiście tylko wtedy, gdy człowiek jest zagubiony i nie wie, gdzie podążać dalej. 

Z drugiej jednak strony autorka daje czytelnikom subtelne sygnały, że Celestyn jest niezwykły przez to, co robi, a nie przez to, kim jest. Bo można się domyślić, że jego status społeczny nie jest wysoki – „hotel dla VIP-ów”, w którym śpi, to nic innego jak noclegownia, natomiast liczne „zaproszenia do restauracji” to bloczki przyznawane najuboższym. Nie jest to jednak powiedziane wprost. Magia trwa – i to do samego końca.

Dzięki temu fabuła staje się nieco baśniowa – dopełnia ją staw wypełniony bogactwem, nocne wyprawy i łabędzie – symbolizujące piękno, dające nadzieję. „Gdyby nie te łabędzie, wtedy, kiedy pokazała mi je matka, miasto przygniotłoby mnie swoją szarością, przywaliłaby mnie ciężka bryła Brooklynu”  – wspomina Patryk, który dzięki Celestynowi zyskał odwagę i chęć do tego, by walczyć o siebie. Nowy przyjaciel pomaga mu nie tylko dojrzeć, ale też odnaleźć się w społeczności, która rządzi się twardymi prawami. Patryk szybko jednak zaczyna rozumieć, że nie wystarczy zaakceptować daną sytuację – trzeba też zapomnieć o tym, co było i co już nigdy nie wróci.

Początkowo może wydawać się, że "Król" to (nieco utopijna) apoteoza bezdomności. „Tak naprawdę ważne jest, żeby nie być głodnym i mieć gdzie spać”  – mówi Celestyn. Ma mnóstwo wolnego czasu, dzień rozpoczyna od lektury prasy na ławce w parku, pieniądze wyławia ze stawu, żywi się skromnie, ale smacznie i obficie, robi tylko to, na co ma ochotę – czego chcieć więcej? Na szczęście, dla zachowania równowagi, autorka umiejętnie wplotła w fabułę informacje o tym, że czasami brakowało mu „zaproszeń do restauracji”, a w „hotelu dla VIP-ów” zdarzały się kradzieże. Bohater stanowczo też odradził Patrykowi ucieczkę z domu, podsumowując, że tego typu wolność nie jest łatwa i miła. „W zasadzie cały czas zwiewasz jak zając. A myślałeś, że będziesz żyć jak król”  – podsumowuje. Tym jednym zdaniem Katarzyna Ryrych dokonuje zabiegu niezwykłego – detronizuje swojego tytułowego bohatera, odbiera mu berło i ukazuje jego prawdziwy los – kogoś, kto płaci za swoją wolność ogromną cenę.

Młodym czytelnikom trudno będzie odczytać tę powieść na wszystkich płaszczyznach i w pełni zrozumieć jej przesłanie. Jest w niej bowiem wiele treści – niektórych solidnie ukrytych – i sporo wątków. Jednak każdy – zarówno starszy, jak i młodszy odbiorca znajdzie w niej coś dla siebie. Dramatyczna historia Patryka, doskonałe dialogi i tajemnicza postać Celestyna składają się na książkę wyjątkową, która zapewne stanie się ulubioną lekturą współczesnych nastolatków – taką, do której będą mogli wrócić po latach, po to, by odkryć ją na nowo.  

 
1 , 2 , 3
Tagi