Świat książek przeplata się w moim życiu z muzyką i teatrem. Nie jest to jednak kolejny blog z recenzjami - dzielę się tu moimi kulturalnymi inspiracjami i odkryciami, a także emocjami, które chociaż nieuchwytne, można próbować zamknąć w słowie.

Recenzje

sobota, 16 września 2017

Brnęłam przez tę książkę niczym przez ciemny bór. I to nie dlatego, że jest kiepsko napisana, czy siermiężnie tłumaczona. Jest dobra, ale nasycona takimi treściami, że trudno się ją czyta przed snem. 

kair"Hipokryzja, rozpusta, zdradzone ideały" - czytamy na okładce "Kairu. Historii pewnej kamienicy" Alaa Al Aswany. Ja bym dodała jeszcze wykorzystywane kobiety, podstarzałych erotomanów, zdesperowanych gejów i terroryzm. Jest to mieszanka bardzo przygnębiająca, chociaż zapewne prawdziwa. 

Powieść wpadła mi w ręce niedługo po śmierci Magdy Żuk i uświadomiła mi, że Egipt, który dotychczas kojarzył mi się ze słońcem, wakacjami i luksusem, może być naprawdę niebezpieczny, zwłaszcza dla kogoś, kto nie zna tamtejszych "obyczajów". Z drugiej strony niewyobrażalne wydaje się, że niektórzy żyją tam na co dzień i muszą się po prostu podporządkować - chcą, czy nie chcą.

Oprócz ciekawostek dotyczących współczesnego Egiptu, można w tej książce znaleźć cały wachlarz uczuć i emocji. Miłość, namiętność, zdradę, chęć zemsty, a nawet tragikomiczny konflikt między bratem i siostrą. Bohaterów jest kilku, akcja wartka, ale tak jak pisałam - optymistyczny akcentów w "Kairze" jest niewiele. 

Kto odważny, ten czyta. Mnie raz wystarczyło i na pewno już do tej książki nie wrócę. 

23:32, blondyn_i_blondyna83 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 września 2017

Recenzja ukazała się w czasopiśmie "Guliwer" nr 2/2017:

Niektóre książki dla dzieci czyta się nie tylko z zachwytem i zainteresowaniem, ale też z prawdziwym podziwem. Tak jest w przypadku "Detektywów z klasztornego wzgórza" Zuzanny Orlińskiej, powieści wydanej przez Wydawnictwo Literatura w serii „A to historia!”. Wiele tu faktów i szczegółów, które świadczą o tym, jak dużo pracy i zaangażowania autorka włożyła w ten utwór. 

„Pisząc, korzystałam z mnóstwa książek, dzienników, wspomnień, fotografii, stron internetowych i z ówczesnej prasy. Zdarzało mi się sprawdzać w gazetach z maja 1930 roku prognozę pogody na kolejne dni – tak bardzo zależało mi, żeby wszystko wyglądało jak w rzeczywistości”  – przyznała we wstępie Zuzanna Orlińska. Dlatego powieść ta jest prawdziwą podróżą w czasie. Poza tym nie tylko dostarcza rozrywki na wysokim poziomie, ale jest też nietypową i bardzo przyjemną lekcją historii. 

detektywiJestem więc pełna podziwu, bo "Detektywi…" nie są zwyczajną, miłą i lekką książką dla dzieci. To prawdziwe arcydzieło, które spodoba się każdemu małemu czytelnikowi, a wprawi w zachwyt tych milusińskich, którzy już się w czytaniu „zaprawili” i lubią literaturę z wyższej półki. 

Jest w tej książce wszystko, co podoba się dzieciom – przyjaźń, przygoda, tajemnica. A poza tym pojawiają się wątki typowo kryminalne, takie jak porwanie, uwięzienie i działalność przebiegłych złoczyńców. Sporo w niej zwrotów akcji, bo oto dwoje młodych bohaterów – Bronka i Jerzyk, podejmują się rozwikłania skomplikowanej zagadki. Tylko oni zauważają, jakie zagrożenie wisi nad ich rodzinnym miastem – Czerwińskiem. Niestety, nikt nie bierze pod uwagę ich ostrzeżeń i podejrzeń. Nikt poza samym… Kornelem Makuszyńskim. 

To kolejny zabieg, który sprawia, że powieść ta jest niezwykle wartościowa – pojawiają się w niej autentyczne postacie. „Większość bohaterów tej książki żyła naprawdę, choć w powieści czasami przeżywają wymyślone przygody”  – przyznała autorka i na końcu dodała noty historyczne dla szczególnie zainteresowanych czytelników. Poza krótkimi informacjami biograficznymi są tam zamieszczone również wyjaśnienia, jak na przykład te dotyczące księdza Twardowskiego, który jako chłopiec wybrał się do Kornela Makuszyńskiego i został odprawiony z kwitkiem. Ta historia także została barwnie opisana i wpleciona do fabuły.

Zaprezentowanie tak znanych postaci jak Bolesław Leśmian czy Kazimierz Wierzyński wymaga nie tylko doskonałej znajomości ich losów i przyzwyczajeń, ale też czasów, w których żyli. Na kartach powieści, poza głównymi bohaterami, bardzo często pojawia się też wspomniany Kornel Makuszyński – wyjątkowy przyjaciel dzieci. Pisarz nie został tu w żaden sposób wyidealizowany, wręcz przeciwnie, pokazano jego chwile słabości, a nawet kompleksy. Zapewne Zuzanna Orlińska doskonale się bawiła, wymyślając mu śmiałe i momentami bardzo niebezpieczne przygody. 

Na początku książki zamieszczono mapę Czerwińska, a na końcu – stare zdjęcia. Można dokładnie prześledzić, jakimi trasami przemieszczali się bohaterowie i gdzie toczyła się akcja. Wydanie odpowiada więc temu, jak szczegółowa jest treść.

"Detektywi z klasztornego wzgórza" to jedna z tych książek, która łączy w sobie walory literackie i edukacyjne, jest też doskonałą odpowiedzią na to, czego oczekują młodzi czytelnicy. Jestem przekonana, że żaden z nich nie będzie zawiedziony tą lekturą.

niedziela, 10 września 2017

Mało jest tak sympatycznych rzeczy jak literacka paczka-niespodzianka :) Dostałam taką od wydawnictwa Edycja Świętego Pawła, a w niej - same cudeńka!

Przede wszystkim - codziennik, czyli coś pomiędzy książką a kalendarzem. Stawia się go na biurko i codziennie przerzuca jedną stronę. Codziennik z Edycji Świętego Pawła jest wypełniony złotymi myślami Antoine'a de Saint-Exupery'ego, którego cenię nie tylko za "Małego Księcia", ale też za "Nocny lot". Solidnie wykonany na pewno nie rozsypie się po roku, jest raczej do wieloletniego użytku. Karty są mocne, dobre jakościowo, pięknie ilustrowane i nasycone kolorami. 

Dzięki temu gadżetowi codziennie rano czuję się jak mała dziewczynka i z emocjami podobnymi do tych, które towarzyszyły mi kiedyś przy kalendarzach adwentowych, przerzucam stronę :D Przekłada się je tak łatwo, że mogę to robić sama - mam więc dodatkową frajdę :) Dzisiaj trafiłam na taki cytat:

codziennik

Poza tym w paczce znalazłam też książeczki z cytatami autora "Małego Księcia" na każdą okazję - z życzeniami, dla przyjaciela, z wyrazami miłości, uznania i inne. Wydawnictwo Edycja Świętego Pawła ma ich w ofercie bardzo dużo - w twardych i miękkich oprawach. Są małe, ładne, niedrogie i wartościowe, idealne na prezent (na przykład zamiast czekolady lub kwiatów). Mogą też być subtelnym dowodem pamięci o kimś bliskim. Urzekły mnie od pierwszego wejrzenia :)

książeczki

książeczki2

twardowskiDo tego wszystkiego dorzucono jeszcze "Pytania codzienne na cały rok" ks. Jana Twardowskiego, czyli specyficzny kalndarz z krótką refleksją na każdy dzień. Książka niezbyt duża (można ją zawsze mieć przy sobie), pięknie wydana, w twardej oprawie, ze starannie dobranymi treściami. Świetna także dla tych, którzy niekoniecznie lubią poezję, ale mają tendencje do dłuższych lub krótszych rozmyślań na temat życia. W środku, pod każdym pytaniem jest trochę miejsca na własne notatki. 

Serdecznie dziękuję Agnieszce z Edycji Świętego Pawła za tak piękny prezent :) Z darów korzystam na co dzień, z dużą przyjemnością! A Czytelników (w ramach przygotowań do zimy) zachęcam do odwiedzin na stronie wydawnictwa, bo można tam znaleźć wiele wartościowych lektur - dla Was i dla Waszych bliskich :)

Kiedyś, dawno temu natknęłam się na książkę Kasi Rosickiej-Jaczyńskiej w Empiku. Miałam ją nawet w ręce, ale wtedy czytali ją wszyscy i moja życiowa przekora wygrała. Nie kupiłam. 

Teraz, po latach "Ołówek" całkiem przypadkiem znalazł się w moim domu. Początek mnie trochę zniechęcił, bo przypomniał mi o czymś, o czym staram się nie myśleć - a mianowicie o tym, jak trudna jest sytuacja osób przewlekle chorych w Polsce. Jak nas się traktuje i co większość z nas czeka w przyszłości - łaska i niełaska obcych ludzi. 

olowekBrrr. 

Ale książka jest napisana w taki sposób, że jak już się zacznie ją czytać, to nie można przestać. Wciąga. Wciąga, ponieważ momentami jest przerażająca, by już za chwilę zachwycić czytelnika światem imprez, sławy i bogactwa. Można się też przy niej pośmiać - do łez rozbawił mnie fragment, w którym Kasia próbowała powiedzieć opiekunce "poducha do góry", a ta, zrozpaczona, rozumiała "wynocha do domu". 

Jest w tej książce wiele życiowej prawdy. Takiej prawdy, o której my, chorzy, zazwyczaj nie mówimy. O upokorzeniach i o tym, że te upokorzenia najczęściej trzeba puścić w niepamięć. O uciążliwej fizjologii, która zaczyna dominować nad umysłem i duszą. O opiekunach, którzy tracą cierpliwość i siły, nie mają wsparcia z zewnątrz i cierpią - czasami równie bardzo jak ich podopieczni. O bezwzględności - systemu opieki zdrowotnej w Polsce i ludzi, czasami najbliższych. O bezradności, która wysysa z człowieka ostatnią kroplę nadziei. 

Kasia pisze o tym wszystkim z perspektywy osoby, która doświadczyła w życiu wielu doczesnych uciech. Z samego wierzchołka społecznej piramidy nagle spadła na sam dół i ze zdziwieniem obserwowała, że to, co dotychczas ją spotykało (wycieczki, pieniądze, mężczyźni, sława) to tylko jedna strona medalu. Druga natomiast, która dotyczy wielu osób, to małe piekiełko wypełnione rutyną choroby i cierpienia. 

Czy ta szczerość była w tej książce potrzebna? Czy trzeba było tak bezlitośnie obnażać swoich bliskich - dzieci, rodziców, partnerów? Myślę, że tak. Bo Kasia się nie użalała, tylko relacjonowała. I pokazała, że niezależnie od statusu społecznego i zebranych doświadczeń, wszystkim się w naszym pięknym kraju choruje mało komfortowo. Można nawet rzec - mało ludzko.

Od początku tej książki wiedziałam, jak się skończy (Kasia zmarła rok po jej wydaniu, w 2012 roku). Ale i tak czytałam ją z niegasnącą ciekawością. Bo to jest po prostu świetnie napisana powieść autobiograficzna. Warto ją mieć w swojej biblioteczce, warto do niej wracać. Kasiu, dzięki!

piątek, 11 sierpnia 2017

Recenzja ukazała się w czasopiśmie "Guliwer" nr 2/2017:

"Tiramisu z truskawkami" to kolejna apetyczna powieść Joanny Jagiełło. Przypomnijmy – pierwsza w tej serii ukazała się "Kawa z kardamonem", a druga część to "Czekolada z chili". Wszystkie świetnie napisane, wzbudziły entuzjazm krytyków i czytelników. Nie dziwne – Joanna Jagiełło ma doskonałe pióro i podejmuje niezwykle ważne, chociaż trudne tematy. 

Trzeba przyznać, że w "Tiramisu z truskawkami" jest ich wyjątkowo dużo. Uzależnienie od narkotyków, samookaleczanie, bulimia, anoreksja, depresja, ciąża u nastolatki, nieuczciwi pracodawcy, hejt – to sporo wątków jak na jedną, niezbyt obszerną powieść. Dlatego atmosfera tej książki wcale nie jest słodka, wręcz przeciwnie – im dalej, tym mroczniej. Dwie pierwsze części serii czytałam z dużą przyjemnością, przy tej natomiast musiałam od czasu do czasu robić sobie przerwę. Okazuje się bowiem, że współczesna młodzież tylko pozornie ma idealne warunki do rozwoju. Tak naprawdę często boryka się z samotnością, jest nieszczęśliwa i narażona na różnego rodzaju pułapki. 

tiramisuJedną z nich są zaburzenia odżywiania. Nastolatki pragną wyglądać pięknie, zaczynają się więc odchudzać. Nie ma nic złego w zdrowym jedzeniu i aktywnym stylu życia, ale na przykładzie jednej z bohaterek – Natalii, możemy zaobserwować, jak niewinne ograniczanie posiłków przeradza się w obsesję i prowadzi do całkowitego wycieńczenia organizmu. Joanna Jagiełło nie tylko opisuje cały proces, ale też podaje kilka informacji, faktów dotyczących bulimii i anoreksji. To one robią na czytelniku największe wrażenie. Bo mało kto zdaje sobie sprawę, że osoba chorująca na bulimię może umrzeć z powodu pęknięcia żołądka. Takie drastyczne obrazy uświadamiają, jak niebezpieczne są tego typu choroby i do czego w ostateczności mogą prowadzić. 

To właśnie jedzeniu (a raczej niejedzeniu) autorka poświęciła najwięcej uwagi. Z jednej strony mamy Natalię, która liczy dosłownie każdą kalorię, z drugiej zaś – Linkę, która potrafi się delektować każdym kęsem. Ich stosunek do jedzenia bezpośrednio przekłada się na stosunek do własnego ciała. Natalia jest wobec niego surowym sędzią, tymczasem Linka coraz lepiej je poznaje, akceptuje i docenia.  

Afirmacja ciała i jego degradacja – bohaterki, chociaż są rówieśniczkami – mają zupełnie różne podejście do tego samego zagadnienia. Tym samym Joanna Jagiełło pokazuje, jak ogromne znaczenie w życiu nastolatek ma fizyczność, wygląd i wszystko, co z nim związane, ile emocji wywołuje szeroko pojęta cielesność. Żyjąc w grupie rówieśniczej nie tylko nie można odstawać – przede wszystkim nie można wyglądać źle, czyli grubo. Nadwaga jest wśród nastolatków mocno piętnowana. Z drugiej jednak strony czas szkoły średniej to bardzo często moment, w którym zaczynamy poznawać swoje ciało, rozumieć je i z nim współpracować. Wiąże się to zazwyczaj z inicjacją seksualną i pierwszymi związkami, w jakie wchodzi młody człowiek. 

I tutaj autorka zdobywa się na wyjątkową szczerość, bo ujawnia, że wiele nastolatek współżyje, ale się do tego nie przyznaje, ponieważ jest to źle odbierane przez dorosłych. Pojawia się pytanie o dojrzałość – kiedy tak naprawdę stajemy się dorośli? Czy wtedy, gdy kończymy osiemnaście lat? A może wówczas, gdy wyprowadzamy się z rodzinnego domu? Czy granicą dorosłości staje się podejmowanie decyzji, także tych o współżyciu? „Za pół roku z okładem będę pełnoletnia. Wreszcie stanę się pełnoprawnym człowiekiem”  – myśli Linka, która z racji wieku nie może pójść sama do ginekologa. Kupuje więc tabletki antykoncepcyjne przez Internet, zażywa je niezgodnie z instrukcją i zachodzi w ciążę. 

Joanna Jagiełło obala więc mit, że młodociane matki to lekkomyślne panienki lekkich obyczajów. Dokładnie opisuje historię Linki, która jest świadoma konsekwencji, jakie niesie ze sobą współżycie. Dziewczyna jest odpowiedzialna, podejmuje liczne próby zdobycia środków antykoncepcyjnych, rozmawia na ten temat z siostrą. Okazuje się jednak, że dopóki nie ma osiemnastu lat, musi sobie „jakoś” radzić. Brak kompetentnego lekarza, odpowiedniej porady, ale też właściwego podejścia doprowadza do tego, że ostatecznie dziewczyna orientuje się, iż spodziewa się dziecka.   

Po raz kolejny więc autorka dowodzi, że dorośli nie są nieomylni, co więcej – że nie chcą i nie wychodzą naprzeciw oczekiwaniom młodzieży. Czasami wydają się być pełnoletnimi dziećmi, zagubionymi i wciąż niedojrzałymi, które nie są gotowe na to, by zostać rodzicami. Tak jest w przypadku rodziny Natalii – jej mama ma obniżone poczucie własnej wartości i zapada na depresję, a jej ojciec odchodzi do młodszej kochanki. Obydwoje pozostawiają córkę samej sobie, chociaż teoretycznie cały czas sprawują nad nią opiekę. 

W "Tiramisu z truskawkami" najbardziej bolesna jest samotność. Pomimo tego, że ścieżki bohaterów się przecinają, tak naprawdę każdy z nich radzi sobie na własną rękę. Dopiero na końcu okazuje się, że „nikt nie jest samotną wyspą”, a razem dużo łatwiej borykać się ze wszystkimi lękami, które niesie współczesny świat. 

wtorek, 01 sierpnia 2017

Gruby, wakacyjny kurz osiadł mi na tym blogu, czas więc chyba najwyższy na obiecane dawno temu nadrabianie zaległości :) 

kurs szczęściaZaczniemy od książki :) Na początku roku pisałam, że zaopatrzyłam się w kalendarz Beaty Pawlikowskiej. Bardzo go lubię, używam codziennie, często też zaglądam na facebookowy profil tej autorki. Udało mi się w końcu wypożyczyć jakąś jej książkę (w bibliotece stale są do nich kolejki!). "Kurs szczęścia" zaczęłam czytać na wsi, podczas wielkiej ulewy. Słuchałam deszczu, jadłam śniadanie, czytałam i wsiąkłam. Pół weekendu spędziłam z Beatą. 

Pawlikowska nie poucza, nie nakazuje, nie rządzi. Raczej pochyla się z troską nad każdym swoim czytelnikiem. I to faktycznie działa, bo ma się wrażenie intymnej rozmowy z kimś bliskim. Chce się ją kontynuować, słuchać, wykonywać proponowane ćwiczenia. Autorka jest autentyczna, bo wykazuje się empatią i zrozumieniem wszystkich ludzkich słabości. Poza tym o wielu kwestiach uznanych powszechnie za wstydliwe, mówi wprost. Nie owija w bawełnę. Ale podkreśla też, że zmiany wymagają decyzji, konsekwencji i wewnętrznej siły. Nie obiecuje, że będzie łatwo. 

Książkę wypełniają ćwiczenia, jest sporo miejsca na własne notatki. Znajdziecie w niej również mnóstwo popularnych, żółtych karteczek, które stały się znakiem rozpoznawczym Pawlikowskiej. 

Czy "Kurs szczęścia" działa w praktyce? Nie mam pojęcia. Jak mam wolną chwilę, to śpię, a nie praktykuję ;) Ale wiele z tej książki wyniosłam. I powinien ją przeczytać każdy, kto boryka się z codziennością. Pawlikowska koi, pociesza i daje nadzieję, a także konkretne wskazówki. I wie, o czym mówi, bo sama w życiu wiele przeszła. 

Lubię ją. Będę czytać dalej. Myślę, że warto :) 

Spróbuj po raz pierwszy w życiu 

wziąć odpowiedzialność

za to jak żyjesz

Beata Pawlikowska

piątek, 16 czerwca 2017

michalinaFilm o Michalinie Wisłockiej bardzo mnie wzruszył. Reklamowali go jako film o seksie, tymczasem to jest historia miłości. Taka, że aż wgniata w fotel (a co niektórych w wózek). 

Wypożyczyłam więc sobie jej "Wspomnienia z czasów beztroski" - o tej pierwszej, wielkiej miłości, która tak bardzo pogmatwała jej życie. No i co? Wynudziłam się za wszystkie czasy. Gdyby ta książka miała redaktora, który okroiłby listy i pamiętnik z niepotrzebnych szczegółów, na pewno czytałoby się ją lżej. Lepiej. Milej. I z większym zainteresowaniem. Bo w takiej formie jest to pasjonująca lektura głównie dla rodziny Autorki. 

Doczytałam do końca - i dobrze, bo przy końcówce Wisłocka pisała o wojennej rzeczywistości, co akurat mnie interesuje. Poza tym w książce - poza korespondencją i pamiętnikiem - znalazły się jej komentarze i uwagi do konkretnych sytuacji i te są w tej publikacji najciekawsze. Jest ich jednak niewiele. 

Po tak żmudnej lekturze robię sobie od Wisłockiej przerwę. Ale zapewne skuszę się jeszcze na jej biografię ;)

PS. U mnie ożywczo grzmi i leje. Balkon otwarty. Kocham wiosnę/lato - także w tej wersji :) 

13:50, blondyn_i_blondyna83 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 maja 2017

Kiedy zdawałam maturę z historii, uczyłam się dat, faktów, nazwisk. Nikt natomiast nie wyjaśniał mi, jak trudna była sytuacja na tych ziemiach, które zmieniały "właścicieli" i przynależność narodową. Nikt nie opowiadał nam, uczniom o skomplikowanych historiach rodzinnych, o tym, jak na ziemiach polskich, już po drugiej wojnie światowej, ścierali się Niemcy i Polacy. 

domtesknotNauczono nas, że wojna się skończyła, ale przecież to nie oznaczało powrotu do dawnego porządku. Piotr Adamczyk w swojej powieści "Dom tęsknot" na przykładzie wrocławskiej kamienicy pokazuje, jak splatały się historie Polaków i Niemców - nawet tych, którzy Polskę na zawsze opuścili. Pozostawili po sobie domy, mieszkania, przedmioty codziennego użytku i dzięki nim jeszcze przez wiele lat byli tutaj, w naszym kraju obecni. 

Narracja prowadzona przez Adamczyka to swego rodzaju gawęda, opowieść głównego bohatera - snuta od dzieciństwa aż po dorosłość. Mamy tu więc szczegółowe opisy pozostawionych przez Niemców przedmiotów, ale też opis mieszkania i sąsiadów, a ci stanowili naprawdę osobliwą grupę polsko-niemiecką. 

Mieszają się więc w tej historii zwyczaje, języki, rytuały i nie ma jasnych ram, poza ramami czasowymi. Bo tłem dorastania Piotrusia są ważne, historyczne wydarzenia, które bezpośrednio wpływają na życie całej rodziny.

Dlatego ta powieść tak przypadła mi do gustu - bo jest w niej nostalgia za tym, co odeszło, ale też dynamika powojennej historii. Każdy mieszkaniec kamienicy to osobna opowieść naznaczona przynależnością narodową i społeczną. 

"Dom tęsknot" to jednak nie tylko typowy, powojenny przekrój społeczny. To uczucia - wzruszenia, rozstania i powroty, to w końcu pierwsza i ostatnia miłość, doświadczenia seksualne i życiowe rozczarowania. Do tego wszystkiego dochodzi szczypta magii - poszukiwanie legendarnego kielicha Lutra - i po prostu od lektury nie można się oderwać. 

Starannie napisana, przemyślana, trochę sentymentalna, pozbawiona jedynych słusznych sądów książka. Polecam! :) 

 Grafika - cytat z "Domu tęsknot", źródło: besty.pl

czwartek, 04 maja 2017

W moim pokoju jest kilka kupek nieprzeczytanych książek, z których co jakiś czas wybieram sobie typowe babskie czytadło. Mam wielką słabość do romansów, powieści obyczajowych i psychologicznych. "Ta druga" Joy Fielding, którą zabrałam ze sobą na majówkę, łączy w sobie wszystkie te elementy. 

"Najpierw umiera twoja duma, później zdrowy rozsądek. Wkrótce ginie także twoja dusza" - pisze Joy Fielding o kobietach, które uzależniły się od mężczyzn. Od ich miłości, ale też od ich zainteresowania, stanowczości, czułości. Czasami - od ich siły. Autorka pokazuje, na jak wiele sposobów mężczyźni odbierają kobietom poczucie własnej wartości, prawo do marzeń i własnego zdania. 

Czy jest to książka feministyczna? Tak, jest. Fielding obnaża wprawdzie kobiece słabości - zamiłowanie do przystojnych mężczyzn i ich szerokich ramion. Nie ukrywa, że potrafimy kochać pomimo i to przez długie lata. Nie potępia tego. Daje pełne prawo do babskich sentymentów. Z drugiej jednak strony wyraźnie mówi: odejdź, póki możesz. Jeżeli nie jesteś szanowana, kochana, doceniana - odejdź czym prędzej. Odejdź, jeśli związek zabiera ci radość życia i nie pozwala ci się rozwijać.

Głównym tematem powieści jest zdrada, rozpad małżeństwa, ale pojawia się też anoreksja, samospełniająca się przepowiednia, przemoc domowa i tzw. rodzinna gra pozorów. Wątków jest wiele, ale są idealnie prowadzone, splatają się i sprawiają, że "Tą drugą" czyta się jednym tchem.

serceNie jest to powieść tylko dla tych, którzy musieli poradzić sobie z konkurentką. To lektura dla kobiet, którym zależy na tym, by być pełnią - w życiu i w małżeństwie, które nie godzą się na role drugoplanowe i nie chcą być jedynie tłem dla mężczyzn. Książka Joy Fielding budzi odwagę i przypomina starą prawdę, że dobry związek mogą stworzyć tylko ci, którzy czują się spełnieni. Żeby coś budować, trzeba inwestować w siebie i stale czerpać z zewnątrz - z pasji, satysfakcjonującej pracy, zainteresowań, z czegoś, co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi i chcemy się tym szczęściem dzielić z innymi. Inaczej, prędzej czy później, wypalimy się i będziemy trwać w czymś, co tylko przypomina miłość, a jest po prostu przyzwyczajeniem. 

Fielding pokazuje proste schematy, tak proste, że aż trudno uwierzyć w ich powszechność i powtarzalność. Jestem jednak pewna, że wiele mężatek, czytając tę powieść, zastanowi się nad swoim związkiem, jego kondycją i dalszym rozwojem. Bo zdrada dotyka wielu par. I zazwyczaj składa się na nią mnóstwo czynników, które łatwo przegapić lub zlekceważyć. 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

kalendarze"Kalendarze" kupiłam sobie w sierpniu tamtego roku na pocieszenie. Nie pamiętam, z jakiego powodu się pocieszałam, ale każdy pretekst jest dobry, by kupić sobie kolejną książkę, prawda? :) Przeczytałam całą "Cukiernię pod Amorem" Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk i kilka innych powieści tej autorki, byłam więc pewna, że będzie to kolejna literacka uczta, pełna zaskoczeń i niespodzianek. 

Nieco więc się rozczarowałam, bo akcja "Kalendarzy" nie toczy się wartko. Raczej zbudowana jest ze szczegółowych opisów, jest takim specyficznym rejestrem wspomnień. Początkowo więc czekałam, kiedy w końcu coś się wydarzy, a później dałam się nieść tej kojącej opowieści. 

Myślę, że każdy w tej książce znajdzie coś ze swojego dzieciństwa, bo zazwyczaj jako dzieci przeżywamy podobne przygody i mamy typowe dla kilkulatków dylematy. Poza tym nostalgia za tamtym czasem - czasem beztroski jest zawsze taka sama. 

"Kalendarze" to nie tylko spojrzenie wstecz i celebrowanie przeszłości. To również bolesne rozważania o naszej przemijalności i o nieuchronności zachodzących wokół nas zmian. Wszystko kiedyś się kończy - bez względu na to, czy się z tym zgadzamy, czy nie. 

Wielkim atutem tej książki jest język, jakim posługuje się Autorka. Lubię jej styl i narrację, dlatego "Kalendarze" czytałam z dużą przyjemnością. Polecam tę lekturę na długie jesienne wieczory i na zimne, wiosenne popołudnia - takie jakie mamy właśnie teraz :)

 
1 , 2 , 3
Tagi