Świat książek przeplata się w moim życiu z muzyką i teatrem. Nie jest to jednak kolejny blog z recenzjami - dzielę się tu moimi kulturalnymi inspiracjami i odkryciami, a także emocjami, które chociaż nieuchwytne, można próbować zamknąć w słowie.

Teatr

niedziela, 25 czerwca 2017

Śląsk, piąta strona świata, to miejsce, gdzie zacierają się granice, a historia bawi się ludźmi i narodami. Nie sposób zamknąć go w sztywne ramy ani opowiedzieć od początku do końca. Można tylko próbować odsłaniać po kawałku, zestawić z tysiąca zabawnych, tajemniczych i fascynujących ludzkich historii. 

Mieszkam na Śląsku od 34 lat i muszę przyznać, że odkrywam go, a przy okazji śląską gwarę od niedawna - głównie dzięki bliższym i dalszym znajomościom z osobami, które cenią i szanują tę ziemię, jej tradycje i historie. Dlatego cieszę się, że trafiłam do Teatru Śląskiego na "Piątą stronę świata". 

plakatPowiedzieć, że jest to świetna sztuka, to za mało. To doskonale skrojone przedstawienie na podstawie książki Kazimierza Kutza pod tym samym tytułem. 

Narrator, opowiadając historię swojej rodziny i przyjaciół, pokazuje tak naprawdę trudne dzieje śląskiej ziemi ostatnich kilkudziesięciu lat. Jest tu wszystko, co pamiętają i czego nie chcą pamiętać Ślązacy. Jest radość i cierpienie, pamięć i tęsknota za tym, co nieodwołalnie minęło. To przemijanie staje się głównym tematem - takie przemijanie, które łapie za serce i gardło. 

Monumentalna i symboliczna scena wesela jest po prostu mistrzowska - przypomina filmowe kadry, stanowi podsumowanie i pozwala w pełni zrozumieć, jak różnorodny jest Śląsk i jego mieszkańcy. Uświadamia, jak wiele śląskie rodziny musiały przejść i zachęca, by tę zagmatwaną, śląską historię poznawać właśnie tak - z perspektywy poszczególnych osób, ludzi i wspólnot, a nie poprzez historyczne fakty i podręczniki. 

Zastanawia mnie, dlaczego tak nie uczono nas o Śląsku w szkole? Dlaczego nikt nam nie tłumaczył, w jak trudnych sytuacjach byli postawieni mieszkańcy tych ziem, ile przeszli i jaki to miało wpływ na losy całych rodzin. Daty niestety szybko ulatują z pamięci, tymczasem historia opowiedziana w "Piątej stronie świata" zostanie we mnie na długo. 

Spektakl Roberta Talarczyka zbudowany jest ze słów i symboli - mało tu rekwizytów, scenografia też jest skromna. Dlatego - pomimo sporej obsady - można się skupić na snutej przez głównego bohatera (Dariusz Chojnacki) opowieści. 

Sezon w Wyspiańskim zakończony, ale jeśli nie byliście na "Piątej stronie świata", możecie sobie ją zaplanować na jesień. Naprawdę warto, bo to jeden z tych spektakli, które po prostu trzeba zobaczyć. 

fot. oficjalny plakat "Piątej strony świata"

wtorek, 25 kwietnia 2017

W Katowicach (oprócz teatrów) najbardziej lubię stare kamienice. Właśnie w takiej mieści się Scena w Malarni Teatru Śląskiego. Muszę przyznać, że całkiem niedawno odwiedziłam ją po raz pierwszy. Nie wiem, jak to się stało, ale zawsze chodziłam na dużą scenę albo na kameralną, a do Malarni - nigdy. 

malarniaselfieTymczasem okazało się, że jest klimat - i to od samego wejścia, a właściwie od podwórka, bo wokół obdrapane, niegdyś kolorowe balkony, na jednej ze ścian budynków bajkowy mural, nieopodal Rawa, a nad nią zawieszony neon "zachód słońca". Taki misz-masz, sztuka wysoka i niska- wszystko na bardzo małej przestrzeni. 


Kolejnym zaskoczeniem była winda - wielka winda towarowa w starej (jak mniemam) kamienicy. W windzie oczywiście lustro i obowiązkowe selfie z Kasią (jakżeby inaczej!:). Bardzo komfortowo i bez schodów dostałam się więc do środka. Panowie z obsługi przemili i zorientowani - po prostu rewelacja. Byłam (i nadal jestem!) pod dużym wrażeniem.  

A na scenie "Antygona w Nowym Jorku" - klasyk. Kilkanaście lat temu oglądałam to przedstawienie w zupełnie innej wersji na Dużej Scenie Teatru Śląskiego. Wtedy mnie przerażało, a teraz - zasmuciło. Bo Antygona w Malarni ma taki nostalgiczny rys - może przez wszędobylski, padający z sufitu śnieg, może przez skromną, wręcz ascetyczną scenografię, a może dzięki eterycznej Krystynie Wiśniewskiej, która gra Anitę. 

W główną rolę (Saszy) wciela się Wiesław Sławik nominowany w tym roku do Złotej Maski. Ale mnie najbardziej podobał się dawno niewidziany Jerzy Głybin, czyli cwaniaczek Pchełka - niby zabawny, a tak naprawdę zagubiony i żyjący mrzonkami. Pchełka jest obrazem wszystkich tych, którzy na co dzień doskonale udają zaradnych i wygadanych, w głębi duszy zaś są samotni, opuszczeni i przerażeni sytuacją, w jakiej się znaleźli. malarnia

W Malarni pojawiła się jeszcze Ewa Leśniak, która mimo wielu świetnych ról cały czas funkcjonuje w mojej świadomości jako ciocia Ewa z programu telewizyjnego dla dzieci ;) Chodzi oczywiście o "Zgadulę" prowadzoną na żywo, którą oglądałam zawsze z wypiekami na twarzy, bezskutecznie próbując się do niej dodzwonić. W "Antygonie" aktorka fenomenalnie zagrała Policjantkę, która występowała głównie wśród publiczności. 

Jednak największe wrażenie w tym spektaklu zrobiło na mnie niezwykle plastyczne Ciało o czarnych oczach, tak ucharakteryzowane, że trudno mi powiedzieć, kto tak naprawdę je grał (w tej roli zamiennie występują Milena Staszuk i Katarzyna Dudek). Nigdy nie widziałam, by w teatralnej przestrzeni ktoś w ten sposób pokazał trupa - co więcej, by trup był tak przeraźliwie blady, smutny i przejmująco pogrążony w beznadziei. Niby nieżywy, ale jednak żywy, bo zdarzało mu się oskarżycielsko spoglądać to na Pchełkę, to na Saszę. Siedziałam w pierwszym rzędzie i bałam się go jak dziecko :D  

"Antygona w Nowym Jorku" co jakiś czas to tu, to tam pokazywana jest na nowo i nigdy się nie nudzi - ani publiczności, ani twórcom, ani aktorom. Bo to naprawdę uniwersalna historia, która - jak pokazuje zakończenie - dotyka każdego z nas. Warto zobaczyć chociaż raz. 

fot. Kasia Kowieska

niedziela, 23 kwietnia 2017

Najbardziej lubię sztuki, które angażują widza, takie, w których zaciera się granica między aktorami i publicznością. Gdy więc weszłam na scenę kameralną Teatru Śląskiego, a tam już można było zobaczyć występujących w "Kamieniach" artystów, chociaż widzowie dopiero się rozsiadali, poczułam przyjemny, pełen oczekiwania dreszczyk. Od początku można było wyczuć, że będzie się działo!

kamienie

I faktycznie, bo już po dwudziestu kilku minutach wyglądało na to, że główny bohater umarł. Jeden z aktorów dosiadł się do nas i powiedział, żebyśmy się nie martwili, bo przecież zapłaciliśmy za bilety, spektakl trwa, nie ma więc opcji, by Wojciech (Mateusz Znaniecki) naprawdę zszedł ;)

Igranie z losem, czyli podejmowanie dialogu z widzami, czasami może doprowadzić do tego, że sztuka utknie w martwym punkcie i tak było akurat podczas spektaklu, który miałam przyjemność oglądać. Inteligentna publiczność ma w zanadrzu inteligentne odpowiedzi, a do tego także poczucie humoru, momentami więc aktorzy mieli mocno pod górkę. Ale dali radę :)

"Kamienie" to historia korespondenta wojennego Wojciecha Jagielskiego i jego żony Grażyny. Mistrzostwem jest pokazanie tak trudnej relacji w tak krótkim czasie na tak małej scenie. Potrzebna jest do tego ogromna wyobraźnia, ekspresja, ale też wrażliwość. Dynamika tego przedstawienia przypomina pędzącą coraz szybciej karuzelę. Niby wszystko wokół jest cały czas takie samo, ale obrazy zmieniają się i powtarzają, a w końcu zlewają w jedno. 

Tempo nadane przez bohaterów pozwala podskórnie wyczuć napięcie nerwowe, które nękało Grażynę Jagielską przez wiele lat pracy jej męża. Budowanie tego napięcia momentami bywa przerażające, bo dotyka każdego, kto w tę sztukę się zaangażował - a uwierzcie mi, trudno być wobec niej obojętnym. kamienie1

Autotematyzm, dynamika, doskonale dobrane środki wyrazu plus fenomenalna gra młodych aktorów (oprócz Znanieckiego na scenie pojawiają się Katarzyna i Bartłomiej Błaszczyńscy) sprawiają, że "Kamienie" mogę Wam nie tylko polecić, ale też uznać za jeden z lepszych spektakli, jakie oglądałam w ostatnich miesiącach. Trudno się po nich wraca do spokojnej i przewidywalnej rzeczywistości, ale przecież o to chodzi - by teatr dotykał tego, co w nas najwrażliwsze i uśpione pod kołderką codzienności. 

fot. Katarzyna Kowieska

Więcej fotografii na fanpage'u Nieuchwytne

sobota, 01 kwietnia 2017

Po obejrzeniu w wykonaniu Teatru Bez Sceny "Psiunia" i "Diabelskiego młyna" "Mleczarnią" byłam nieco rozczarowana. Dwóch mężczyzn w izbie wytrzeźwień to jednak trochę za mało jak na mój teatralny apetyt. Momentami trudno było się nie wyłączać, bo pojawiało się zbyt dużo wątków i dygresji.  

Ale trzeba przyznać, że sztuka ta ma w sobie wyjątkowy rodzaj nostalgii, tęsknoty za raz na zawsze utraconą arkadią. Bo czy tak naprawdę wszyscy nie jesteśmy jak ci dwaj bohaterowie? Przecież każdy z nas, dorosłych, ma swoją mleczarnię, którą wspomina, ma ukochany zakątek, miejsce, w którym spędził dzieciństwo i ma też izbę wytrzeźwień, w której próbuje się odnaleźć jako dorosły człowiek. 

Oglądając tę sztukę, trzeba podjąć refleksję o upływającym czasie. Czy rzeczywiście szczęśliwi jesteśmy tylko jako dzieci? Czy gubimy na zawsze tamtą radość i beztroskę? Ile osób ranimy, zawodzimy, przemierzając życie? Ile bliskich nam osób bezpowrotnie tracimy? Jak wiele ważnych ludzi "przegapiamy", bo jesteśmy zbyt niedojrzali i niemądrzy?

mleczarnia

Im dalej, tym bardziej refleksyjnie, nostalgicznie, nastrojowo - w dużej mierze za sprawą videoprojekcji, opuszczonych podwórek i bawiących się w tle dzieci. Ale chwilami bywa też - podobnie jak na izbie wytrzeźwień - bardzo dynamicznie, a nawet zabawnie. 

Wydaje mi się, że spektakl ten jest trudny do zagrania - na scenie są przede wszystkim dwaj aktorzy, Andrzej Dopierała i Wiesław Sławik. Dużo tekstu, mało wytchnienia, pełne skupienie, mnóstwo historii do zapamiętania - bo jak się można domyślać życie bohaterów obfitowało w liczne zwroty akcji. Obydwaj Panowie jednak jak zwykle stanęli na wysokości zadania i jak zwykle byli świetni :) 

"Mleczarnia" to spektakl dla widza, który szuka zadumy. Ja na razie (zarówno w życiu jak i w teatrze) szukam niespodzianek :) Ale i tak to przedstawienie zostawiło we mnie ślad - taki "osad" jak po dobrej, chociaż na pewno nie lekkiej lekturze. 

czwartek, 09 marca 2017

W końcu udało mi się zobaczyć "Kometę, czyli ten okrutny wiek XX wg Jaromira Nohavicy". W pierwszym momencie byłam nieco rozczarowana, bo ubzdurało mi się, że będzie zespół na żywo, a były podkłady i śpiewający aktorzy. Ale szybko mi minęło, bo było tak pięknie, że tego braku zespołu w ogóle się nie odczuwało. Jak zwykle w Korezie na scenie pojawił się Dyrektor, jak zwykle przy minimum środków udało się stworzyć niezwykłą atmosferę i jak zwykle na końcu nie chciało się wychodzić (chociaż po wyjściu okazało się, że na zewnątrz nastała piękna, wiosenna i ciepła noc).

Przed spektaklem, buszując za kulisami z Mrówką, poznałam Panią Elę Okupską, która w "Komecie" zachwyciła mnie swoją naturalnością i barwą głosu. 

"Kometa" to jednak nie tylko piosenki, to też świetnie dobrane videoprojekcje i... stół na kółkach, który staje się wozem (fascynujące, jakie rozwiązania stosuje się w teatrach, zwłaszcza tych kameralnych). 

A już w czerwcu Korez organizuje urodziny Nohavicy - z tej okazji odbędzie się koncert w podcieniach Centrum Kultury Katowice. Biletów już nie ma, ale w dniu koncertu (9 czerwca) można przybyć i (jak to określił Dyrektor) powalczyć ;) A jest o co, bo to będzie naprawdę wyjątkowe spotkanie :) Już nie mogę się doczekać! 

dyrektorZ Dyrektorem w Korezie :) fot. Izabela Mikrut

sobota, 04 marca 2017

Po tygodniu grzecznego siedzenia w domu, rozmyślania, pisania i nadrabiania zaległości wszelkiego typu z radością powitałam wiosenne słońce i piątek :) Piątek, który był początkiem mojego weekendu w teatrze, bo tak się złożyło, że trzy dni pod rząd będę intensywnie obcować ze sztuką. 

Zaczęłam od "Pojedynku" w Teatrze Korez i chociaż nie lubię się dodatkowo bać (w życiu codziennym mam dosyć stresu), to tym razem bałam się z przyjemnością, zwłaszcza w momencie, gdy w rezydencji głównego bohatera wysiadło światło i pojawił się ekscentryczny detektyw. 

Cały ten spektakl jest grą - intrygą, domysłami, zwłaszcza, gdy w trakcie psuje się główny rekwizyt i widzowie już naprawdę nie wiedzą, co było w scenariuszu, a co nie, w którym momencie aktorzy improwizują i jak to wpłynęło na ogólny wydźwięk sztuki. 

Groza w "Pojedynku" jest przyjemna, oswojona, taka w sam raz, bo doprawiona komizmem i świetną grą aktorską. Na scenie mój ulubiony Dyrektor (Mirosław Neinert) i Artur Święs, którego (przyznam) doceniłam dopiero na końcu. 

Po wszystkim człowiek zostaje z refleksją, jak bardzo ryzykowne jest ubarwianie sobie życia. Czasami, z ułańską fantazją, robimy coś, co ma dodać kolorytu naszemu zwyczajnemu żywotowi. Zapominamy jednak, że podejmując jakąś decyzję, wpływamy też na egzystencję innych ludzi i nigdy nie możemy przewidzieć, jaką lawinę wywołamy. 

Bonusem do spektaklu było wystąpienie Dyrektora, który zapowiadając dzisiejszą "Kometę", wzruszał nas i rozśmieszał (jak zwykle). A absolutnym zwieńczeniem tego wieczoru stał się młody mężczyzna w kapeluszu, który na pół autobusu opowiadał o... trumnach i mamuni. Czasami doprawdy można się pomylić, co jest teatrem, a co życiem. 

bozedary

Przed spektaklem jadłyśmy z Kasią sałatki w rejonie Boże Dary :) Strefa Centralna - bardzo fajna knajpa z klimatem, polecam! 

czwartek, 15 grudnia 2016

Teatr Bez Sceny po raz pierwszy odwiedziłam w wakacje, przy okazji wywiadu, który robiłam z jego twórcą - Andrzejem Dopierałą. Wówczas jednak wnętrza miały zupełnie inny, nieco roboczy charakter, odbiegający od tego, co miałam przyjemność zobaczyć w jedną z listopadowych niedziel.

Lubię małe sceny tworzone z pasją przez kameralne grono - dlatego tak często bywam w Teatrze Korez. Teatr Bez Sceny dodatkowo na wstępie zachwycił mnie prawdziwie domową atmosferą. W oczekiwaniu na spektakl można było usiąść przy stoliku, przegryźć ciastko, posłuchać Sinatry, zerknąć na wiekowy kredens. Przemiło się czekało na spektakl. 

Samo przedstawienie było dla mnie wielkim zaskoczeniem - myślałam, że będą to typowe rozważania na tematy damsko-męskie, a tu - niespodzianka! "Diabelski młyn" składa się z nagłych zwrotów akcji i ze świetnych dialogów. Dużo w tej komedii dramatów, zranień, wzajemnych oskarżeń. Akcja toczy się wartko i niektóre sceny musieliśmy ze znajomymi omówić jeszcze po wyjściu z teatru, by tak naprawdę dotrzeć do ich sedna. Tym właśnie cechuje się dobra sztuka - że zostaje "na człowieku" i potrzeba czasu, by ją ostatecznie zrozumieć i przetrawić. 

diabelski młyn

fot. Teatr Bez Sceny

Na scenie pojawiło się tylko dwoje aktorów (Agnieszka Radzikowska i Andrzej Dopierała), ale iskrzyło między nimi tak, że momentami odwracałam wzrok, bo nie czułam się jak widz, lecz jak... podglądacz. Mała przestrzeń Teatru Bez Sceny sprzyja budowaniu atmosfery intymności i wrażeniu uczestniczenia w czymś, co dzieje się naprawdę.

Sztuka - rewelacyjna, gra aktorska - na najwyższym poziomie, a samo miejsce - bardzo klimatyczne. Na pewno tam wrócę :) 

piątek, 23 września 2016

Jak widać - nadrabiam zaległości i wrzucam posty jeszcze z wakacji. Dzisiaj ciąg dalszy, czyli recenzja "Psiunia", która ukazała się w "Sztajgerowym Cajtungu" nr 7 (51). 

Podobno w Polsce większość zbrodni jest popełnianych w gronie rodzinnym. Wydaje się to mocno przesadzone, ale gdy obejrzy się „Psiunia”, można się nad tym poważnie zastanowić. Bo okazuje się, że czasami drobny incydent prowadzi do otwartego konfliktu. Bywa, że konflikt ten przeistacza się w zwyczajną, błahą sprzeczkę, ale może też wywołać prawdziwe demony. 

psiunio

W zeszły piątek (19 sierpnia) Teatr Bez Sceny zaprosił nas do domu Zoe (Anna Kadulska) i Alexa (Andrzej Dopierała). Szybko można było zapomnieć, że tak naprawdę znajdujemy się w Chorzowskim Centrum Kultury, bo widownia została przeniesiona na scenę. Aktorzy byli (dosłownie) na wyciągnięcie ręki – podobnie jak ma to miejsce w Teatrze Bez Sceny, który od jakiegoś czasu posiada niezwykle kameralną siedzibę przy ul 3 Maja 11 w Katowicach. 

Trzeba być naprawdę świetnym aktorem, by grać w takiej bliskości widza, który przecież od razu wyłapuje „fałszywą nutę” i wszelkiego rodzaju niedociągnięcia. W „Psiuniu” niedociągnięć nie było – co więcej, historia dojrzałego małżeństwa była opowiedziana tak, że miało się wrażenie, iż przyglądamy się prawdziwemu, narastającemu konfliktowi. 

Konflikt ten rozpoczął się od zaginięcia psa. To wydarzenie było prawdziwym katalizatorem – wspomnień, wzajemnych oskarżeń, żali, ukrytych do tej pory pod ciepłą kołderką codzienności. Żeby nie było zbyt dramatycznie, w sztuce pojawia się też Adam, przyjaciel rodziny, którego rewelacyjnie zagrał Dariusz Wiktorowicz. Nie jest to postać typowo komiczna, ale wnosi sporo humoru. Mimika Wiktorowicza, a także jego sceniczna swoboda budzą wesołość wśród publiczności, natomiast jego przemowa potępiająca psy i ich właścicieli po prostu bawi do łez.  

zpsiuniem


Pies (a raczej jego nieobecność) jest tu motywem przewodnim. Sztuka ta (o dziwo!) łączy zarówno tych, którzy te zwierzęta kochają, jak i tych, którzy je nienawidzą. Z jednej strony mamy tu zatroskaną o los pupila Zoe, z drugiej zaś racjonalnie podchodzących do sprawy mężczyzn. 

Czy pies to tylko zwierzę? A może – jak się często powtarza – to najlepszy przyjaciel człowieka? Ile w nas empatii, a ile zwyczajnego poczucia obowiązku? W jaki sposób pies nas ogranicza? Więcej nam daje, czy raczej zabiera? Wszystkie te pytania można sobie zadać, oglądając spektakl „Psiunio”. Ale to kwestie, które są „na powierzchni” tej sztuki. Jeśli wejdziemy w nią głębiej, zastanowimy się nad tym, jak mało trzeba, by przekreślić całe swoje dotychczasowe życie. Czasami wystarczy jedna noc, jedna szczera rozmowa, by spakować walizki i zacząć wszystko od nowa. 

Anna Kadulska w roli Zoe zachwyca – jej naturalność na scenie, jej troska o Psiunia, jest naprawdę urzekająca. Prezentuje całą paletę emocji – od smutku, przez zazdrość, po stoicki spokój pozbawiony nadziei. Dariusz Wiktorowicz – bawi, a Andrzej Dopierała rolą Alexa pokazuje, że nawet najspokojniejszego mężczyznę można wyprowadzić z równowagi. 

W „Psiuniu” zbrodnia się nie pojawia, ale wisi w powietrzu, bo atmosfera jest ciężka, a w zasięgu ręki znajduje się nóż. Niby jest śmiesznie, ale wnioski są raczej przygnębiające. Bo Teatr Bez Sceny uświadamia, jak pieskie życie prowadzi wielu z nas. 

widownia

fot. Radek Ragan. My z Kubą w pierwszym rzędzie :)

niedziela, 07 sierpnia 2016

sztygarkaDwa lata temu zostałam zaproszona do współpracy przy "Sztajgerowym Cajtungu", gazetce festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego. Dzięki temu miałam okazję robić wywiady m.in. z Marcinem Perchuciem i Piotrem Bukartykiem, a także obejrzeć kilka świetnych spektakli. Ostatnio była to "Goła baba", monodram Joanny Szczepkowskiej:

Joanna Szczepkowska, a właściwie jej eteryczna bohaterka, weszła na scenę bocznym wejściem, niosąc ze sobą walizkę i parasolkę. Miało się więc wrażenie, że to jedna z nas – tych, którzy siedzieli na widowni. Szybko jednak okazało się, że to postać wyjątkowa, arcywrażliwa, żadna tam zwyczajna, goła baba. 

Jej monolog, a raczej występ – koncert grania na ciszy – zdumiewał. Absurd gonił absurd – a całość można określić mianem „sztuki dla sztuki”. Dlatego publiczność Sztygarki milczała oniemiała. Pierwsze, nieśmiałe chichoty pojawiły się, gdy na długim sznurze, rzędem, powieszone zostały… śpiewające parasole. Nie do końca było wiadomo, czy wypada się śmiać (bohaterka wprowadziła publiczność w nieco podniosły nastrój), ale kiedy jeden z parasoli… zmarł – nie było już wyjścia. 

W sumie jednak ta zwiewna, ubrana w błękity, niezrozumiana przez społeczeństwo istota, budziła jednak głównie współczucie. Wystarczyło kilka gestów, parę słów, by widz poczuł całym sobą, jak bardzo jest samotna i nieszczęśliwa. Tym bardziej, że wyznała, iż wszystkie jej artystyczne zamierzenia niweczy i torpeduje ulubienica publiczności – ordynarna, bezpośrednia „goła baba”.  

„Gołą babę” publiczność zgromadzona w Sztygarce mogła poznać w drugiej części spektaklu. Wielka, gruba, ubrana niechlujnie i wielowarstwowo – trzeba się było mocno wysilić, by zobaczyć w niej Szczepkowską. Gdy tylko pojawiła się na scenie, od razu atmosfera stała się luźniejsza – zapewne też za sprawą rzucanych od czasu do czasu na widownię gum żujek. Kto jak kto, ale „goła baba” potrafi rozbawić widzów, a swój występ kończy oczywiście striptizem. 

Trudno powiedzieć, co wzbudziło większy podziw widzów – mistrzowska kreacja dwóch tak różnych postaci, zewnętrzna przemiana w „gołą babę”, błyskotliwe teksty czy zaskakująca puenta. Jedno jest pewne – gdy spektakl się skończył, po sali unosił się szmer podziwu. W „Gołej babie” każdy – niezależnie od płci i wieku – znajdzie coś dla siebie. 

Joanna Szczepkowska gra ten monodram od 1997 roku – był on więc wielokrotnie omawiany i recenzowany. Jedyne co mogę dodać, to wyrazy uznania – „Goła baba” jest nadal w formie – bawi, wzrusza i pobudza do refleksji. Co więcej – cały czas jest aktualna, niezależnie od tego, czy potraktujemy ten spektakl jako rozważania o szeroko pojętej sztuce i jej odbiorze, czy też jako swoistą przypowieść o naturze kobiety. W każdej wysublimowanej kobiecie jest trochę „gołej baby”, a w każdej „gołej babie” kryje się wrażliwa i delikatna przedstawicielka płci żeńskiej – mówi swoim występem Joanna Szczepkowska. Jeśli więc nie udało Wam się zobaczyć „Gołej baby” w zeszły piątek w Sztygarce, musicie to koniecznie nadrobić. Tej sztuki nie można przegapić! 

Recenzja ukazała się w "Sztygarowym Cajtungu" nr 4 (48) 2016.


Tagi