Świat książek przeplata się w moim życiu z muzyką i teatrem. Nie jest to jednak kolejny blog z recenzjami - dzielę się tu moimi kulturalnymi inspiracjami i odkryciami, a także emocjami, które chociaż nieuchwytne, można próbować zamknąć w słowie.

Wywiady

sobota, 19 sierpnia 2017

grażynaDzisiaj, z okazji soboty, dawno obiecany wywiad z Grażyną Bułką, jedną z najbardziej popularnych aktorek na Śląsku. Na co dzień można ją zobaczyć w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego i w Teatrze Korez. Za monodram „Mianujom mnie Hanka” otrzymała w tym roku Złotą Maskę w kategorii najlepsza rola kobieca. 

Wywiad ukazał się w "Sztajgerowym Cajtungu" nr 2(53).

Magdalena Kulus: Czy wakacje to dobry czas na teatr?

Grażyna Bułka: Na teatr jest zawsze dobry czas bez względu na to, czy są wakacje, czy jest zima. W wakacje większość teatrów ma przerwę, więc w lecie widzowie są stęsknieni za teatrem. 

M.K.: A czy masz czas na urlop?

G.B.: Mam. Często zdarzało się w moim życiu, że te wakacje były podzielone na pracę i odpoczynek, ale od pewnego czasu, od kiedy Grażyna Bułka trochę się zestarzała (śmiech), postanowiłam, że wakacje są tylko dla mnie. To jest czas, kiedy mogę naładować baterie, kiedy muszę odpocząć po intensywnym sezonie – innej możliwości nie ma. W tym roku w wakacje gram tylko raz – podczas Chorzowskiego Teatru Ogrodowego. 

M.K.: Widzowie Chorzowskiego Teatru Ogrodowego będą cię mogli zobaczyć w monodramie „Mianujom mnie Hanka”. O czym on jest i dlaczego trzeba go obejrzeć?

G.B.: Przyznam, że nie jestem w stanie ubrać w słowa, dlaczego ta „Hanka” jest taka ważna, bo ona jest ważna dla różnych ludzi w różnym stopniu. Dla mnie jest ważna prywatnie i zawodowo, ponieważ takie teksty (ten napisał Alojzy Lysko) zdarzają się czasami raz na całe życie. Mnie na szczęście zdarzyło się to drugi raz, dlatego że pierwszym takim wspaniałym tekstem jest dla mnie „Cholonek” Janoscha. Natomiast „Hanka” jest spektaklem, który porusza każde pokolenie, bez względu na to, czy ma się dwadzieścia, czy sto lat. Nawet nie trzeba go oglądać, wystarczy posłuchać, by go przeżyć tak, jak ja go przeżywam i jak przeżyli go widzowie, liczeni w setkach, którzy już go zobaczyli. To jest historia kobiety, jej życia, zmagań, upadków i wzlotów, pokazana przez pryzmat całej zawieruchy wojennej, która przetoczyła się przez nasz kraj, a przede wszystkim przez Śląsk. Dotyczy też plebiscytu i odpowiedzi na pytanie: kim jestem? Kim my, Ślązacy, jesteśmy? Ten spektakl jest też ważny dla „nieślązaków”, żeby zrozumieli na czym polega ta nasza śląska historia, która jest diametralnie inna od historii Polski. Dlaczego ona jest taka, dlaczego jest tak bolesna, dlaczego my ciągle do niej wracamy i dlaczego musimy ją wszystkim spoza Śląska tłumaczyć. Spektakl ten jest też fantastyczny ze względu na warstwę językową, dlatego że pan Lysko napisał tekst piękną, szlachetną gwarą śląską, a ja bym powiedziała: językiem śląskim. Językiem, za pomocą którego mogę wyrazić wszystkie uczucia ludzkie. Jest tak bogaty w słownictwo, że bardzo przyjemnie się go słucha. Historia Hanki jest dla mnie dodatkowo poruszająca, bo jej losy dotykają w pewnym sensie losów mojej rodziny. Tak naprawdę każdy Ślązak przeżył podobną historię. Dlatego wszystkich na to przedstawienie serdecznie zapraszam. Każdy, kto przyjdzie i poświęci mi te 75 minut, sam sobie odpowie na pytanie, czy było warto. Mój przyjaciel, Darek Niebudek, który je obejrzał, powiedział, że życzy mi, żebym grała ten spektakl jak najdłużej, bo za pomocą tego monodramu jesteśmy w stanie ludziom wytłumaczyć, o co nam chodzi w temacie śląskości. To jest edukacja poprzez teatr, a nie przez zagmatwane tłumaczenia i uczenie się historii. Trzeba tego posłuchać i zobaczyć, jak przez życie jednej kobiety wiele się przetoczyło. Ona zbiera to życie jak nitki w swoich ostatnich dniach i wspomina. Co nie znaczy, że „Hanka” jest tylko smutna, bo jest to momentami bardzo zabawne przedstawienie. Tak jak w życiu, które jest przecież słodko-gorzkie.hanka

M.K.: Tak jak wspomniałaś, przez 75 minut sama występujesz na scenie. To jest chyba trudne zadanie? 

G.B.: To jest najtrudniejsze zadanie aktorskie i najtrudniejsza forma teatru. Nigdy nie chciałam grać monodramów, ale one dwukrotnie odnalazły mnie same. Najpierw była „Poczekalnia”, którą zrobiłam w zasadzie dla mojego syna, bo to on tę sztukę napisał. To miało być moje ostatnie wykonanie monodramu (śmiech), ale Mirek Neinert, dyrektor Teatru Korez, wziął mnie „pod włos” i znienacka dał mi tekst „Hanki”. Przeczytałam i wiedziałam, że to jest to...

M.K.: Że zagrasz.

G.B.: Powiem ci, że ja nawet nie wiem, czy ja to gram. Kiedyś jedna dziennikarka zapytała, dlaczego ja ten spektakl tak przeżywam. A ja jej wyjaśniłam, że nie znam innego aktorstwa. Moje aktorstwo polega na tym, że się angażuję, nie potrafię grać „sposobem”. Jest jakaś forma, którą trzeba sobie narzucić, ale ja zazwyczaj, zwłaszcza takie trudne teksty, staram się odtwarzać sercem i duszą. 

M.K.: A jak wyglądały przygotowania? Na co kładliście szczególny nacisk?

G.B.: Tak jak mówiłyśmy, ten spektakl to jest godzina i piętnaście minut gadania. Do tego są piosenki. Całe zeszłe lato, z dwutygodniową przerwą na urlop, uczyłam się tekstu. Dlatego, że tylko dosłowne odwzorowanie tego, co zostało napisane przez pana Alojzego Lyskę, ma sens. W „Hance” nie można mówić własnymi słowami ani improwizować. Ten język jest dosyć trudny, skomplikowany, nawet dla mnie, chociaż ja go znam od dzieciństwa, bo wyssałam go z mlekiem matki. Różni się też trochę od tego, którego się nauczyłam. Jest w nim bardzo dużo starośląskich zwrotów, składnia jest nieco inna. Trzeba więc było się tego nauczyć. To trwało mniej więcej dwa miesiące. A potem to już szło. Z Mirkiem Neinertem (reżyserem "Mianujom mnie Hanka", M.K.) rozumieliśmy się bez słów. On fantastycznie potrafił mnie poprowadzić. Dał mi dużo swobody, był takim moim nauczycielem i mistrzem, który potrafił mnie uruchomić i zatrzymać w odpowiednim momencie. Te próby zazwyczaj kończyły się tak, że oboje bardzo się wzruszaliśmy. Razem płakaliśmy, to było dla nas takie oczyszczenie. Dla mnie do dziś to przedstawienie jest formą katharsis. Po każdym spektaklu czuję trud i przyjemność. 

M.K.: Słyszałam, że bardzo często po nim płaczesz.

G.B.: Tak. I na nim, i po nim. 

M.K.: Z czego to wynika?

G.B.: Mając pięćdziesiąt parę lat, ma się już jakieś doświadczenie życiowe. Jestem matką dwóch synów, mam swoje problemy, także zdrowotne i jak mówię o pewnych rzeczach słowami Hanki, to czasami wyobrażam sobie siebie w takiej sytuacji. Nie potrafię nad tym przejść do porządku dziennego. To dlatego ten spektakl tyle mnie kosztuje. 

hanka1

M.K.: Widzowie też się wzruszają i czasami podejmują z tobą dialog.

G.B.: Też się zdarza. Czasami nawet ich do tego zachęcam. Często, gdy opowiadam jakąś historię, to potwierdzają, że tak właśnie było. Namawiam ich też do śpiewania razem ze mną. I oni śpiewają. Na początku musiałam być na „Hance” stuprocentowo skupiona, teraz w sumie też, ale mam na tyle ten tekst osadzony, że mogę sobie czasami pozwolić na kontakt z widzem. To jest żywy teatr. W pewnym momencie przestaję to traktować jak teatr, a zaczynam to odbierać jak spotkanie. Niektórzy twierdzą, że ten spektakl wymyka się spod jakichkolwiek definicji. 

M.K.: Czy mogłabyś powiedzieć też coś o rekwizytach? W „Hance” jest ich niewiele, ale wiem, że mają dla ciebie duże znaczenie. 

G.B.: Tak. Gram w sukience mojej mamy. Wyszukiwałam rekwizyty właśnie u niej. Szukałam głównie starych zdjęć i przy okazji otworzyłam szafę mojego ojca, który nie żyje już prawie trzydzieści lat. W jednej z szuflad znalazłam jego stare okulary. Nikt nie pamiętał, że one tam są. Rogowe, duże, piękne okulary mojego taty. Wprawiłam do nich nowe szkła i w nich gram. Sukienka mamy, okulary taty i mam poczucie, że oni są ze mną. 

M.K.: Czy te rekwizyty nie są symbolem ciągłości pokoleń, znakiem, że ta nasza śląskość przechodzi z pokolenia na pokolenie?

G.B.: Pięknie to powiedziałaś i ty jako pierwsza to nazwałaś… Ja po prostu to czułam, wiedziałam, że muszę mieć jakiś element od mojej mamy, nie sądziłam, że znajdę coś osobistego po moim tacie. I faktycznie, to jest taka ciągłość. To jest taka moja nić, która wiąże mnie z XX wiekiem.  

M.K.: Wracając jeszcze do języka Hanki, wspominałaś, że nie jest on najłatwiejszy. Czy ktoś, kto zna słabo gwarę albo w ogóle, może przyjść na ten spektakl?hanka2

G.B.: Nawet powinien. W języku Alojzego Lyski jest bardzo mało niemieckich zwrotów. To jest czysty, śląski język i on jest bardziej zrozumiały dla osób spoza Śląska niż ten, którym się posługujemy teraz, bo nasz język jest bardziej zniemczony. Oczywiście, nawet ja znalazłam tam takie słowa, których nie rozumiałam, tłumaczył mi je pan Alojzy.

M.K.: Śląskie przedstawienia, w których występujesz w Korezie, czyli „Cholonek” i „Mianujom mnie Hanka” cieszą się ogromnym zainteresowaniem widzów. Jak myślisz, z czego to wynika?

G.B.: Chyba najbardziej z tęsknoty. W grę wchodzi też sentyment, chęć powrotu do młodych lat i pokazania swoim wnukom świata, którego już nie ma. Bo tego Śląska, który ja pamiętam z dzieciństwa, już nie ma i on nigdy nie wróci. Kiedyś, jak była Barbórka, to od rana grały orkiestry, szło się na mszę, były akademie w domach kultury, potem tata brał mnie na kopalnię – bo mój tata to był naprawdę fajny Ślązak… No i widzisz, jak ja mogę być inna, jak z każdej strony dotyka mnie coś, co jest z tym Śląskiem związane! Ale wracając do przedstawień, to muszę powiedzieć, że my niejedno młode pokolenie wychowaliśmy już na „Cholonku”. „Hankę” też zdarza mi się grać dla młodzieży i trzeba przyznać, że młodzież pięknie przyjmuje to przedstawienie, wzrusza się. Cieszę się, że panuje teraz swego rodzaju moda na śląskość. Oczywiście nieskromnie powiem, że mam nadzieję, że widzowie przychodzą też na te spektakle ze względu na mnie (śmiech).

M.K.: Właśnie chciałam to powiedzieć – że spektakle te przyciągają po prostu świetną obsadą (śmiech). A jak myślisz, czy ta kultywowana przez ciebie śląskość ma szansę przetrwać? 

G.B.: Mam nadzieję, że przetrwa. Robię wszystko, żeby przetrwała. Sądzę, że wielu jest takich jak ja. Dopóki żyje język, dopóty żyje kultura. I dlatego my tak bardzo o ten śląski język walczymy.

fot. selfie z Grażyną - Grażyna Bułka, reszta fotek Radek Ragan.



poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Wizyta w Teatrze Bez Sceny to jak powrót do korzeni, bo występują w nim głównie aktorzy związani z Teatrem Śląskim, w którym bardzo często bywałam jako nastolatka (ależ to były fajne czasy!). Spośród aktorów najbardziej lubiłam wówczas Andrzeja Warcabę, Jerzego Głybina i Andrzeja Dopierałę - twórcę Teatru Bez Sceny. Teraz, po latach, miałam okazję nie tylko zobaczyć jego autorski teatr od kuchni, ale też przeprowadzić z nim wywiad. A że akurat trwały próby do spektaklu "Przytuleni" w wywiadzie udział wzięła także Pani Ania Kadulska - również etatowa aktorka Teatru Śląskiego. 

Było przemiło i na pewno jeszcze tam wrócę!

wywiad

Magdalena Kulus: Czy trudno jest pogodzić pracę aktora z działalnością (tak wszechstronną!) na rzecz własnego teatru?

Andrzej Dopierała: Jeżeli chodzi o działalność mojego teatru, to jedyna część, jakiej chciałbym się pozbyć, to część administracyjna i załatwianie pieniędzy. Gdyby ktoś to robił za mnie faktycznie dobrze, to byłoby super. Jeżeli chodzi o stronę artystyczną – robię to, na co mam ochotę. Do tej pory się udaje, tylko ma to swoją cenę.

M.K.: Jaką?

A.D.: Życia osobistego, ponieważ wszyscy aktorzy Teatru Bez Sceny pracują zawodowo w dużych teatrach, najczęściej w Teatrze Śląskim, więc ten teatr robią po godzinach, kosztem swojego wolnego czasu. Sprawa musi być na tyle ważna, żeby warto było ten czas poświęcać, a nigdy nie ma pewności, że spektakl nam wyjdzie. Ale jeśli jest materiał, w który warto zainwestować, to się staramy. 

M.K.: Myślę, że aktorzy ufają Panu w kwestii doboru wystawianych sztuk, więc to chyba nie jest dla nich duże ryzyko?

A.D.: Być może tak jest, rzeczywiście. Sam jestem aktorem, więc wiem, co aktorzy najbardziej lubią. Kiedy szukam tekstu, to myślę przede wszystkim o aktorach, a dopiero potem o inscenizacji. Jeżeli aktorzy będą mieli dobry materiał do pracy, a do zagrania pełnokrwiste role, to wtedy na pewno się zaangażują. Aktorzy, z którymi pracuję, wiedzą, że te role są „myślane” specjalnie dla nich.

Anna Kadulska: Zgadza się, aktorzy poświęcają nawet część swoich wakacji, by przygotować się do spektakli w Teatrze Bez Sceny. Gdy Andrzej zaproponował mi kolejny materiał, bardzo interesujący, to zdecydowałam się i w ten sposób biorę teraz udział w próbach do spektaklu „Przytuleni”, który będzie miał premierę 24, 25 i 30 sierpnia. 

M.K.: Do kogo jest adresowana ta sztuka?

A.D.: Na pewno do widzów dojrzałych emocjonalnie. 

A.K.: Takich, którzy zastanawiają się, do czego zmierzają i co zostawią po sobie.

A.D.: Tak jest w przypadku wszystkich naszych przedstawień – nieważne, czy robimy komedię czy dramat. „Przytuleni” to akurat dramat w reżyserii Gabriela Gietzky'ego, tylko dla dorosłych – i ze względu na treści damsko-męskie zawarte w tym spektaklu, i ze względu na całe przesłanie. proba

M.K.: Czyli Teatr Bez Sceny unika tak popularnych teraz typowych fars?

A.D.: Jeżeli chodzi o komercję, to nas nie dotyczy. Nawet jeżeli przedstawiamy teksty komediowe, to celowo je „brudzimy”. Takim właśnie tekstem jest „Psiunio”, którego pokażemy w ramach Chorzowskiego Teatru Ogrodowego. Ten spektakl jest bardzo śmieszny, można go było zrobić zupełnie komediowo, ale ja starałem się go przedstawić tak, by spod tego śmiechu nagle wyszło jakieś drugie, trzecie i czwarte dno, i żeby ten śmiech zamarł na ustach widzów. Mam nadzieję, że tak się dzieje. Podobnie było w innym naszym spektaklu – „Diabelskim młynie”. Jeśli komedia – to mądra. A jak dramat – to dramat z elementami tragikomicznymi. 

M.K.: „Psiunia” można więc uznać za spektakl, który składa się z kilku warstw. Do kogo jest głównie adresowany?

A.D.: „Psiunio” jest dedykowany wszystkim, którzy lubią psy i ogólnie zwierzęta, ale też dla tych, którzy ich nie cierpią, bo to jest sztuka o konsekwencjach posiadania pupila. Spektakl ten jest też dla osób, które są w związku. Opowiada o kruchości ludzkiej politury, o tym, że łatwo z tego dobrego wyobrażenia o sobie przejść do czegoś, o co się nie podejrzewaliśmy lub co skrzętnie ukrywaliśmy. Rzecz się dzieje wśród ludzi inteligentnych, kulturalnych, ze średniej klasy, którzy zostają wytrąceni ze swojego samozadowolenia. „Psiunio” jest bardzo śmieszny, ale momentami też straszny. 

M.K.: Chociaż wszystko krąży wokół psa, zwierzę nie pojawia się jednak na scenie. Czy kiedyś się zdarzyło się Państwu występować z żywym inwentarzem?

A.D.: Zwierzęta są nieprzewidywalne i często bywają lepsze od aktorów, odbierają uwagę widzów. 

A.K.: Mieliśmy kiedyś okazję grać z kozą w sztuce o Wyspiańskim. Lata temu w „Ślubach panieńskich” pojawił się też pies, ale szybko z niego zrezygnowano.

A.D.: Teatr Bez Sceny też miał epizod ze zwierzętami. W finałowej scenie w spektaklu „Panna Julia” pojawiały się czyżyki. Bardzo lubiłem ten efekt, ale był bardzo kłopotliwy – trudno je było potem złapać.  

M.K.: „Psiunio” to też sztuka bardzo emocjonalna. Czy jakoś specjalnie przygotowujecie się do tego typu aktorskich zadań?

A.K.: Nie, nie przygotowujemy się specjalnie. Natomiast podczas grania w Teatrze Bez Sceny trzeba być szczególnie wyczulonym na partnera. Przed każdym spektaklem trzeba się „nastroić” – w przypadku Teatru Bez Sceny „nastrajamy się” z jeszcze większą czułością na słuchanie partnera i na to, by „podawać” mu prawdziwe emocje. „Psiunio”, którego pokażemy w ramach Chorzowskiego Teatru Ogrodowego, będzie dla nas o tyle trudny, że zagramy go w innej przestrzeni, nieco mniej kameralnej. Jest to dla nas swego rodzaju sprawdzian.  

A.D.: Bo nasza scena w Katowicach na ulicy 3 Maja jest wyjątkowa, mamy tylko 40 miejsc. wejscie

A.K.: Dla aktorów to frajda, że jesteśmy tak blisko widza. Widzom pewnie też jest przyjemnie, że są na wyciągnięcie ręki. Nasze spektakle to takie kameralne spotkania, jakbyśmy grali u kogoś w domu. Czasami ta bliskość zaskakuje – na przykład w przedstawieniu „Dla Julii” matka bardzo dużo pali – lubi mocne, śmierdzące papierosy. Kiedyś pani w pierwszym czy drugim rzędzie dostała ataku kaszlu, musiała wyjść i zażyć tabletki, była mocno oburzona. Usłyszałam nawet, jak mówi: „Niech ona wreszcie zgasi tego papierosa!”. 

M.K.: Jednym słowem teatr staje się życiem, a życie – czy staje się teatrem? Czy jest jakaś przestrzeń w Państwa codzienności, w której teatru nie ma?

A.K.: My nie wierzymy w życie pozateatralne (śmiech). 

A.D.: Ale dobrze jest je mieć, nawet trzeba je mieć, by zachować zdrowie psychiczne. Myślę, że wszelka przesada jest szkodliwa.

M.K.: A czy po tylu latach na scenie odczuwają Państwo jeszcze tremę? Czy z czasem ona mija?

A.K.: Jest trema i trzeba się z tym pogodzić, że pozostanie do końca. Część starszych aktorów, naszych mistrzów mówi, że z wiekiem ta trema może nawet rosnąć. Jak się jest młodym to do występów podchodzi się z większą nonszalancją. Jednak jeśli aktor się dobrze przygotuje do spektaklu, to trema jest do opanowania. Kiedy czekam na rozpoczęcie przedstawienia i słyszę, jak na widownię wchodzą ludzie, to wiem, że jestem gotowa. I wtedy to już nie jest trema, to jest fantastyczne uczucie. 

M.K.: Serdecznie dziękuję za rozmowę. 

A.D.: My również. Zapraszamy na spektakle Teatru Bez Sceny, zwłaszcza na ten, którego premiera odbędzie się jeszcze w sierpniu. 

 

Wywiad ukazał się w "Sztajgerowym Cajtungu" nr 6 (50) 2016. Recenzja "Psiunia", którego można było zobaczyć 19 sierpnia w Chorzowskim Centrum Kultury - już niebawem. 

fot. Ela Kamińska

piątek, 19 sierpnia 2016

Po raz pierwszy z Teatrem Montownia zetknęłam się dwa lata temu - wówczas robiłam wywiad z Marcinem Perchuciem. W tym roku udało się porozmawiać z Rafałem Rutkowskim. Spotkaliśmy się w Teatrze Korez tuż przed spektaklem "Żołnierz Polski". 

Wywiad został opublikowany w "Sztajgerowym Cajtungu" nr 5 (49) 2016, jest już nieco archiwalny, ale myślę, że warty przytoczenia: 

rr

 
Sztajgerowy Cajtung: To już kolejny występ Montowni na CHTO. Czy wiele jest takich miejsc, do których wracacie cyklicznie?

Rafał Rutkowski: W Polsce jest takich miejsc kilka. Jesteśmy stałymi bywalcami nie tylko CHTO, ale też Letniego Ogrodu Teatralnego. Na schodach Górnośląskiego Centrum Kultury graliśmy nasze pierwsze przedstawienia. W Chorzowie i w Katowicach jesteśmy bardzo, bardzo często. Do tego dochodzi jeszcze Gliwickie Lato Teatralne. Mamy sentyment do Śląska, wracamy tu chętnie i z uśmiechem na ustach. 

SzC: Bardzo nas to cieszy. Lubicie podróżować, czy jest to raczej obowiązek zawodowy?

RR: Jak jest przesyt podróżami to wiadomo, że jest kłopot. Osobiście bardzo lubię podróżować i gdybym tego nie lubił, to pewnie nie uprawiałbym fachu aktorskiego. Teatr Montownia ma w swojej filozofii przemieszczanie się, z założenia nie jest stacjonarny. 

SzC: Jaka była Wasza najbardziej ekstremalna artystyczna wyprawa?

RR: Było ich kilka. Interesujące były nasze podróże do Chin czy na Syberię – tam występowaliśmy w Omsku. Warto wspomnieć też nasze występy w kopalni Guido 350 metrów pod ziemią, byliśmy tam wielokrotnie. Ekstremalne są na pewno nasze występy plenerowe. Na przykład na przedstawienie, które zrobiliśmy z Piotrkiem Cieplakiem w Warszawie na Agrykoli, przyszło około 3000 osób. A na Dworcu Centralnym w Warszawie w drugi dzień świąt dwukrotnie graliśmy z muzyką na żywo naszą autorską szopkę.

SzC: A co na to żony, że w drugi dzień świąt opuszczacie domowe pielesze i idziecie grać na Dworcu Centralnym?

RR: Żony są chyba przez to naszymi żonami, że to akceptują. Gdyby nie akceptowały, nie mogłyby być z aktorami. Dwóch z nas ma żony aktorki, więc one najlepiej to rozumieją. Moja żona jest entuzjastką teatru, pracuje też przy Teatrze Montownia w dziale produkcji, jest od tych wszystkich papierowych spraw, więc też akceptuje ten mój nieco marynarski tryb życia. 

SzC: W ramach marynarskiego trybu życia 12 sierpnia w Sztygarce zaprezentujecie „Trzech Muszkieterów”, czyli jeden z efektów szeroko zakrojonego planu przeniesienia na scenę lektur... Jaki jest klucz doboru książek, które przedstawiacie na scenie?

rrrr

RR: Zaczęło się właśnie od „Trzech Muszkieterów”, bo reżyser, Giovanny Castellano, stwierdził, że my, Teatr Montownia, jesteśmy jak muszkieterowie i to był jego pomysł. W finale tego przedstawienia sugerujemy, że pokażemy coś następnego, że będzie ciąg dalszy. W sumie to był żart, ale przetworzył się on w kolejne przedstawienie – „Quo vadis” w mojej adaptacji i reżyserii. Szalony pomysł – w cztery osoby pokazać starożytny Rzym i te wszystkie przygody. Myśleliśmy o tryptyku, więc potem powstała „Calineczka dla dorosłych” i ona jest zamknięciem tego cyklu. Wybieraliśmy po prostu znane pozycje, które można w jakiś ciekawy sposób przedstawić. Może będzie jeszcze czwarta część, ale na razie nie mamy pomysłu.

SzC: Jeżeli jesteście jak muszkieterowie, to który z Was ma najwięcej cech muszkietera?

RR: Poniekąd każdy z nas ma ich trochę, bo filozofia muszkieterów to jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Przez prawie 20 lat działalności tak to w naszym teatrze działa. Wszyscy jesteśmy odważni, lubimy odrobinę ryzyka, mamy poczucie humoru. Nie wiem, jak z jazdą konną, bo ja na przykład nie jeżdżę (śmiech). Szermierki uczyliśmy się w Akademii Teatralnej, bo w wielu dramatach, zwłaszcza szekspirowskich, są pojedynki.

SzC: Adaptacje literackie wystawiacie przy współpracy z innymi teatrami. Skąd taki pomysł?

RR: Teatr Papahema, z którym gramy „Calineczkę”, odkryliśmy przypadkowo. Dwa lata temu ogłosiliśmy konkurs, w ramach którego chcieliśmy wspierać niezależne grupy teatralne – merytorycznie i finansowo. Trzy zespoły przeszły wstępne eliminacje, powstały więc trzy premiery. Idąc za ciosem, Teatr Papahema zaproponował, by zrobić coś wspólnie. Od słowa do słowa pomyśleliśmy, że z lalkarzami „Calineczka” mogłaby fajnie wyjść. Takie połączenie dwóch światów – młodości i doświadczenia. Oni mają teraz fantastyczny czas i na pewno jeszcze coś zrobimy wspólnie. My, jako ci starsi, czerpiemy energię z tych młodszych, a oni się mogą od nas czegoś nauczyć. To są bardzo teatralni ludzie z wyobraźnią, mają podobną filozofię teatru – małymi środkami chcą osiągnąć duży efekt, lubią znak teatralny, formę. Dobrze nam się współpracuje. Papahema to trochę jak Montownia sprzed dwudziestu lat. 

SzC: Jakie są – poza literackimi – inspiracje Teatru Montownia? Skąd bierzecie pomysły?

RR: One się trochę biorą z rozmów, z naszego widzenia świata. Nadal jesteśmy ludźmi, którzy nie boją się ryzyka. Lubimy pewien rodzaj „fun’u” w teatrze, szukamy zabawy. Robimy to, żeby uprawiać ten fach i nie zwariować. Inspirują nas też reżyserzy, którzy z nami pracują, którzy wnoszą do naszego świata coś innego, rozbijają go, a także miejsca, w których gramy. Występujemy w wielu teatrach, a w każdym są inni ludzie, inna atmosfera. Cały czas jesteśmy w ruchu. 

SzC: Wracając do „Muszkieterów” – jest to spektakl trudny do zagrania. Co w nim było dla Was największym wyzwaniem?

RR: Nasi „Muszkieterowie” momentami przypominają komedię dell’arte – ona wymaga precyzji, skupienia, koncentracji. Nie mamy szpad, pojedynkujemy się „w powietrzu”, musimy dopasować się do dźwięku, zgrać z akustykiem. Nie można w tym spektaklu za bardzo improwizować. Utrzymanie dyscypliny, formy tej opowieści, jest rzeczywiście najtrudniejsze. Ona musi mieć swoje tempo, dynamikę, ale to jest kwestia prób, wyćwiczenia. Lubimy to przedstawienie, bo jest bardzo odświeżające. 

SzC: A co w tym spektaklu najbardziej Was bawi?

RR: Największą frajdę sprawiało nam odkrywanie, wymyślanie tych światów, postaci, które są kompletnie pokręcone, trochę jak z kreskówki. Składanie tego i wymyślanie żartów, poszczególnych numerów, konfrontacja tego z reżyserem, który jest z Kolumbii i patrzy zupełnie z innej perspektywy, stylistyki, innej tradycji teatru. To wszystko było dla nas bardzo zabawne. Tam jest wiele patentów, żartów, które do dziś nas bawią. 

SzC: Czyli podsumowując – warto obejrzeć „Muszkieterów”, bo jest tam dużo humoru, dużo dobrej gry aktorskiej, dużo niespodzianek. Dodałby Pan coś jeszcze?

RR: Myślę, że jest to w dobrym znaczeniu tego słowa rozrywka teatralna na – mam nadzieję – wysokim poziomie, gdzie piątka aktorów prawie bez rekwizytów buduje i pokazuje świat. Każdy mniej więcej zna historię muszkieterów – my staramy się ją pokazać w pięć osób i dysponujemy tylko szafą. Są pojedynki, morderstwa, intrygi, jest Londyn, Paryż. Jest to przedstawienie dla każdego, na tyle dynamiczne, że może być alternatywą dla telewizji. Można przyjść z sześcioletnim dzieckiem i z sześćsetletnią babcią – uśmiechnąć się i rozerwać. Polecam gorąco. 

Rozmawiała: Magdalena Kulus

Teatr Montownia to jedna z pierwszych niezależnych grup teatralnych w Polsce. Założyli ją w 1996 r. trzej absolwenci ówczesnej warszawskiej PWST: Adam Krawczuk, Rafał Rutkowski i Maciej Wierzbicki. Później dołączył do nich Marcin Perchuć, również absolwent PWST. Krytycy zgodnie twierdzą, że Montownia jest jedną z ważniejszych grup, jakie pojawiły się na polskim rynku teatralnym. Montownia konsekwentnie definiuje własny model teatru – niezależnego, wolnego od biurokracji, otwartego na nietuzinkowe pomysły i gotowego wspierać innych twórców. Montownia jest teatrem, który nie posiada własnej sceny, obecnie gra gościnnie m.in. w Och-teatrze, Teatrze Polonia oraz w Studio Buffo. (źródło: www.teatrmontownia.pl)

fot. (od góry): Elżbieta Kamińska, Radek Ragan

Tagi